AAAAAAAAUGUSTOWSKIE NOCEEEE…

(Polecam polską wersje sałatki caprese: bierzemy hodujemy w ogródku pomidorki czereśniowe, a gdy sa dojrzałe, kroimy na połóweczki i podajemy z serem korycińskim, pokrojonym w kostkę; zero przypraw).

Na Mazurach byłam.
Oj bo mój mąż kupił dwa jachty i musiał je obejrzeć (rychło w czas).

Więc romantyczny mazurski weekend zaczęłam od kiszki ziemniaczanej w oberży „Pod Czarnym Baranem” („Co pani umie, pani Steniu?” – Kiszke ziemniaczana umiem!”). Wiecie, że nawet była interesująca. Tylko trochę trudna w odbiorze (mój mąż syczał „TO SIE JE Z FLAKIEM!”).

Następnie w apartamencie hotelu w Rynie czekała na mnie butelka schłodzonego Moeta i winogrona. No przyznam, że mnie zaskoczył. Po tylu latach. Za to targanie słoneczników w moje imieniny. (Phi! To ja co drugi dzien mogę targać te słoneczniki!…)

No bardzo było romantycznie.
Nawet będąc cyniczną suką nastrój mnie ogarnął, kiedy spacerowałam sobie po ryńskiej marinie, karmiłam kaczki i łabędzia goframi, a z przyjeziornej dyski leciało „ZOOOOOOOOSTAAAŃMY RAZEEEEEEEM JA I TYYYYYYYY!”, a później poszliśmy do winiarni…

– Ty mi lepiej powiedz, dlaczego ten recepcjonista TAK SIĘ UŚMIECHA na twój widok. PAMIĘTA CIĘ Z POPRZEDNIEGO POBYTU? Mów mi tu zaraz, co nawywijałaś!

Pfff, akurat. Uśmiecha się bo jestem sympatyczna (a może np. z tyłu zwisała mi nitka? Tez prawdopodobne).

A żeby juz było CAŁKIEM romantycznie, to zapomniałam zapłacic za telefon i mi wyłączyli.

Ech.
Idę robić sałatkę z pomidorów, póki sezon. Tym razem z winegretem.

ŻE CO? ŻE KICHUJ?…

Wstaje rano – wua la, ptaszkowie śpiewają, plecy mnie rypią…

STOP!
To moje IMIENINY!
W imieniny się człowiek NIE STARZEJE o rok! Więc DLACZEGO rypią mnie plecy?…

Następnie udałam sie do pracy. Zapowiedziałam, że W TYM ROKU IMIENINY RAZEM Z POŻEGNANIEM. Cukierków tylko kupiłam.

Następnie dostałam NAJGŁUPSZE W CAŁYM MOIM ZYCIU polecenie zawodowe.
Wykonałam je.

Później przez cały dzień miałam pielgrzymkę. Odkąd powiedziałam, że odchodzę, to nijak nie mam kiedy przeczytać horoskopu, zagrac w pociąg czy chociaż wejśc na Pudelka, żeby sprawdzić, jak tam silikon Wiki Bekhamowej się miewa. CO PIĘTNAŚCIE MINUT przychodzi jakas dusza wyżalić się, jakie to okropne, że odchodzę, jak mnie tu wszyscy kochają i co to będzie. I naprawdę tylko dwie osoby przyniosły mi niejako przy okazji wniosek o podwyżkę, więc nie wiem. Szczerze mówią, czy co?…

Następnie dostałam wiecheć półtorametrowych słoneczników. NAPRAWDĘ OLBRZYMI i naprawde piękny.
I naprawde musiałam go targać do domu pociągiem podmiejskim, bo mój małżonek bawi dziś w stolicy Galicji (do której mieliśmy pojechać obydwoje, jutro, a tak się złożyło, że pojechał on sam, dziś. Wyrwę mu kiedyś nogi z dupy czy nie wyrwę?… Oto jest pytanie). Szłam sobie ulicą jak jakiś oszalały wielbiciel Van Gogha.

A bukiet był taki ciężki, że rozbolały mnie plecy, które jakby w ciągu dnia UCICHŁY.

I tak oto moje życie na przestrzeni dnia zatoczyło koło.

Obejrzałam parę dni temu „Małą Miss”, którą mi sprezentowałą Zibra. BARDZO niebanalny film z Toni Colette, którą kocham, a Zebra mnie straszyła, że pozamiata mną jak „Jabłka Adama”. Nie pozamiatał, bo w sumie był bardzo ciepły, ale był moment grozy. NA WYBORACH MAŁYCH MISS. Te dziewczynki… Były… Takie… STRASZNE!!!!!!!!!!! takie MONSTRUALNIE POTWORNE!!!! Jak bym zobaczyła TAKĄ MAŁA DZIEWCZYNKĘ z LOKAMI, TAPIREM, W MAKIJAŻU i w dziwkarskiej sukience – to bym od razu dostała ZAWAŁU. A jeszcze jak one sie strasznie uśmiechały!… MATKO BOSKA, myslałam, że za chwilę RUSZĄ W TŁUM KŁAPIĄC ZĘBAMI, jak laleczki w „Barbarelli” albo nie wiem… Wywrócą im się oczy białkami do góry i zaczną toczyć pianę i syczeć po aramejsku…

TEN MOMENT W FILMIE BYŁ NAPRAWDĘ STRASZNY.

Ale reszta – spoko.
Wszystkie rodziny sa nienormalne.
That’s a fact.

JAKI TEN ŚWIAT JEST DZIWNY

(bardzo dziwny! Właśnie skończyłam konstruować przemyślną pułapke na mole, coś w rodzaju origami z tektury, a w środku lep i FEROMON, który na dodatek przyciąga tylko samce! Jakie to humanitarne! Przylatują podymać i giną przyklejeni wszystkimi sześcioma włochatymi łapami do podłoża – DOBRZE IM TAK, TRZEBA BYŁO SIEDZIEĆ W DOMU Z ŻONĄ).

Miałam taki surrealistyczny weekend.
W dodatku pamiętam go tak… POKLATKOWO. W sensie wybrane obrazy utrwalone w niesamowitej masie czerwonego wina.

Oczywiście znowu wypaliłam paczkę fajek, choć przecież nie palę, a noca w ogrodzie zalęgli mi się LUDZIE. Konktretnie na hamaku i konkretnie Hanka. A żeby było weselej, to tej Hanki szukała przez pół nocy Ewka. Bardzo było wesoło.

Schodzę rano na dół z potwornym bólem głowy, a na moim tarasie trzy piękne kobiety piją szampana na sniadanie. No to im zrobiłam jajecznicy do tego szampana, bo mi te dwa dania (kuchni staropolskiej) bardzo ze sobą konweniują.

W międzyczasie na kanapie w salonie leżały jakieś zwłoki z czarnymi stopami.

– Dlaczego nie umyłaś Piotrkowi nóg? – zagaił Hankę mój małżonek.
– I NIE WYPIŁAŚ WODY? – dokończyła Hanka.

Kocham te poranki, kiedy piekne, skacowane kobiety piją szampana na moim tarasie.

(trochę mniej kocham, kiedy musze się pozbierać, wytrzeźwieć i pojechać do pracy w poniedziałek rano, ALE TO JUZ NIEDŁUGO, ha! Tym się tylko pocieszam, bo nawet na tej końcówce jest TAK syficznie, że naprawdę, gdyby nie zdjęcia duchów, to nie wiem jak bym dała radę. Szczególnie MAŁE DZIEWCZYNKI SIEDZĄCE NA SWOICH GROBACH oraz TWARZE W TELEWIZORZE NAD BAWIĄCYM SIĘ DZIECKIEM bardzo mnie inspirują. O, TU trochę tego jest).

Idę robić Andrzeja i delektowac się lekturą od Hanki – PONURĄ OPOWIEŚCIĄ o seryjnym mordercy.

O.

PS. KTo zna jakąś dobrą historię o duchach?… DAWAĆ MI TU!

CAŁĄ NOC NIE SPAŁAM, BO…

…mój domowy ekspert od sztuki kulinarnej północnej Hiszpanii wyjął z czeluści tylko jemu znanych hiszpańskie SERY (które jedzą tylko on i Hanka. Dla mnie one smakują jak świeczka, ale oni je UWIELBIAJĄ) i cały wieczór je KĄPAŁ I PRZEWIJAŁ. Sprawdzał łokciem wodę, czy nie za ciepła, i kazał mi przynosić delikatne bawełniane ściereczki, w które może je wytrzeć. NIE ZA SZORSTKIE!

Następnie sery lezały na blacie RZĘDEM i emitowały woń.

Woń jak woń, ale poważnie bałam się, że one po prostu z tego blatu za chwilę ZESKOCZĄ i zaczną się radośnie gonic po chałupie i poszczekiwać. Bo tak wyglądały. ŻYWO I RADOŚNIE. Wcale nie jak nabiał.

Dobra.
Pojechały już.
JAK ICH HANKA NIE ZJE NA MIEJSCU, to weźmie je ze sobą na wynos!
DRUGI RAZ POD JEDNYM DACHEM NIE ZAMIERZAM Z NIMI SPAĆ.

Idę się przebrać za mandarynę (żeńska wersja mandaryna, nie kopia polskiej piosenkarki) i dołączam do serów.

OGÓRKI, OGÓRKI… I OGRODNIKA CÓRKI

Co tu napisać – w myślach się gubię,
Czy żart swawolny, czy dobrą radę,
Jedno ci powiem – bardzo cię lubię
I na pamiątkę swój podpis kładę.

Dzieci teraz nie mają pamiętników. Maja tamagoszi i Barbie i kucyki pony (fioletowe! W PELERYNACH!!!!), maja końskie głowy do stylizacji… Ale pamiętniki?…

Kto miał PAMIĘTNIK?
Ja miałam. Biały taki ze złoconymi wzorami na okładce. I w ogóle to było okropne, bo ja nic nie umiałam narysować, a co najgorsze – moja matka TEŻ nic nie umiała narysowac. A wtedy jak się komus DAŁO PAMIĘTNIK ŻEBY SIĘ WPISAŁ, to nie było to tamto – trzeba było wymyśleć zarówno dobry tekst, jak i oprawę graficzną. No więc ja graficznie kulałam, niestety. Dośc potężnie. A dziewuchy cudów dokonywały. Np. jedna miała opracowany numer z wiewiórką. Jak dostawała pamiętnik do wpisania, to jej matka miała trzy dni roboty, bo rysowała wiewiórkę. Przepiękną. A ja nic. Zawsze pisałam wierszyk, a dookoła musiałam pierdolnąć szlaczek, bo zarówno abstrakcja, jak naturalizm sa mi niedostępne.

I takie oto wierszyki pamiętam: „Życie podobieństwo róży ci dało – lecz było dla ciebie łaskawsze – bo róża podobac się raz tylko może – a ty podobasz się zawsze” (w dodatku dziewczyna mi to napisała. No. Dziś by ją Minister Edukacji oddał do poprawczaka w krótkich abcugach za cóś takiego).

Albo nieco zmodyfikowana wersja o różach i fiołkach: „Na górze parówki, na dole schab, a my się lubmy jak Flip i Flap”.

Chłopacy w ogóle nie mieli wyobraźni i wpisywali „Na ostatniej stronie wpisał się mąż żonie, nic nie narysował bo obiad gotował”. I faktycznie nic nie rysowali, cwaniaki.

Były i klasyki naturalnie, na przykład: „Gdy opuścisz szkolne mury i w daleki pójdziesz świat, niech ta kartka ci przypomni koleżankę z dawnych lat”.

I wiecie co, chyba tej szczypty poezji w narodzie brakuje, bo odkąd ludzie nie mają pamiętników, to wyżywają się w zaproszeniach ślubnych.

A teraz niech mi się każdy wpisze wierszykiem.
Może być twórczość własna.

(Hanka może ten o kogucie za stodołą).

"KOŃ Z SOLĄ? SOLIKOŃ!"

Lubię sobie znajdować fajne zajęcia w weekendy. Tedy umyłam lodówkę. Lodówkę – potwora. Rozebrałam ja na kawałki i umyłam je w wannie. Ciekawe, czy teraz ja złoże z powrotem.

JAK DORWĘ kogoś, kto mi ROZLEJE MLEKO w lodówce albo wsadzi jakieś OCHŁAPY Z GRILLA NIE OWINIĘTE W FOLIĘ – zatłukę.

Albo nie.
ZANIM ZATŁUKĘ, będzie musiał UMYĆ LODÓWKĘ. Całą. Szczoteczką do zębów. A potem zatłukę.

Co u Szczypawki?
Ma się świetnie. Nie chce jeść smażonego sandacza. A ja owszem. I brzuch mnie teraz boli. O. A mówi się, że ryby zdrowe.

Doszłam w Capital City do odcinka, w którym Max przyjechał do Warszawy. Bardzo mi się spodobała wizualizacja moich rodaków jako niedomytych kolesi w skórzanych kurtkach i z wąsami oraz romantyczna kolacja Maxa, podczas której spożywał kiełbasę z tłuczonymi ziemniakami na stole nakrytym ceratą w biało – niebieską kratkę.

Kto nie widział na Youtube występów duetu „Two Polish Boys”, ten trąba.

PADA. PO PROSTU LIPIEC (NIE MINISTER)

Pająk mi drogę przebiegł.
Ale nie profesor.
Bez tytułu naukowego, za to z ośmioma nogami.

Spędziłam dzien na zastanawianiu się, jak by tu sie okazac suką po tym awansie. Na razie wymyśliłam, że:
– będe rano zabierała listę, stawiała haczyki za 3 min. spóźnienia i kazała pisać wyjaśnienia ze szczegółami;
– będe zwoływała zebranie na 16.10, spóźniała się pół godziny i mówiła, że teraz to juz muszę iść, ale spotkajmy się wobec tego jutro za pięć ósma;
– będe chodziła po pokojach, zaglądała każdemu przez ramię w monitor i pytała „A czym się teraz zajmujesz”;
– każę wszystkim napisać RAPORT OTWARCIA, a w nim – co zrobili przez ostatni rok oraz jakie mają cele i gdzie widzą się w departamencie za rok;

Ma ktoś jakies fajne pomysły? Zeby poszło w eter, że jestem MEGA STRASZNĄ SUKĄ i żeby nie chciał u mnie pracowac żaden następny kosmita (na razie mam listę oczekujących jak na przeszczep nerki, cholera jasna!).

Oraz jadłam wczoraj przepyszną zupę.
Karaibska się nazywała.
Chyba była z sokiem pomarańczowym, a może z ananasem… Cytrusy w każdym razie, ale zupa wytrawna i w ogóle przepyszna. Na forum Kuchnia na gazecie nie ma przepisu. Ma ktos pojęcie, jak taką zupę wykonać?…

NOCĄ WAS ZASKOCZĄ

Śmiejcie się wszyscy z profesora Pająka… Śmiejcie… Tylko ciekawe, co powiecie, kiedy nagle PĘDZĄCY UFONAUTA NAWIEDZI WASZ DOM!

MÓJ WŁASNIE NAWIEDZIŁ
WCZORAJ
W NOCY

Wtargnął mi do lodówki!!!!!!!!!!

Przysięgam!

Siedziliśmy w kuchni… N. wyjął coś z lodówki, zamknął drzwi i nagle CAŁA LODÓWKA ZACZĘŁA ŁOMOTAĆ, jakby tam w środku COŚ siedziało i gwałtownie chciało się wydostać.

Chryste Panie, co przeżyłam, to moje!
N. też lekko zzieleniał na twarzy.
Po jakiejs minucie przestało, ale żadne z nas się nie rwało sprawdzić, czy zdechło tam w środku, czy jakoś wylazło przez agregat, a może się przyczaiło za słoikiem z dżemem?…

Zawsze się trochę bałam tej mojej lodówki, nie dość, że czasem dyszy jak Darth Vader (ma nawet taką ksywę, np. N. mówi „znowu coś się zaśmiardło w Vaderze”), to jeszcze, okazuje się, udziela noclegu włóczącycm się po Ziemi ufonautom.

No i tak o.
„Co robicie w sobotę wieczorem?” – „A, nic specjalnego, mamy UFO w lodówce”.

Odkrywam coraz więcej pozytków płynących z posiadania MacBooka. Na przykład – nie musze oglądać „OSĄDZONEGO” ze Sly Stallone, tylko normalnie kładę sobie maczka na kolanach i puszczam Capital City.

Aaaaaaaaaaaaaaaa! Jak ja kochałam ten seriaaaaaaaal!…

Kochałam się w Declanie i Hudsonie (nienawidziłam żony Hudsona, głupiej zdziry, która go zostawiła z małym dzieckiem) i chciałam byc taka jak Michelle i w ogóle JAK DOROSNĘ BĘDE MAKLEREM (dopiero po rynkach kapitałowych mi przeszło – o kurnamać JAKIE TO SĄ NUDYYYYYYYYYYYY), Boże i ta Sirkka normalnie bierze i wypija butelke Bolsa z lodem…

Ach.
Piękny serial.

Muszę schować masło do lodówki.
A JAK ON TAM SIEDZI?…

PS. Aaaaaaaa!… Może to TO mi wpadło do lodowki?…

BAB KATAR

Oj tam!
Rzeczywiscie.
KATAR W LIPCU.
Tez mi cos.
Pfffffff!

(z przodu zamiast nosa zwisa mi coś a la RURA OD DOKURZACZA bardzo starego i zniszczonego i zapchanego)

Doprawdy jaka ja jestem delikatna, jak nie przymierzając stułbia jakaś.
Dostałam kataru bo ZMOKŁAM JAK PIES przedzierając się w najgorszą ulewę dwa dni temu do ministerstwa (niech oni wszyscy sierścią porosną!), a dziś do pani notariusz.

Booooooooooże, pani notariusz normalnie aż długopis z reki wypadł.

– No ja nie mogę tak… od razu! Na szybko! Pani widzi co tu się dzieje!

(Rozejrzałam się. Kanciapa w lekko starej kamieniucy, zupełnie pusta, jeśli nie liczyć ziewającej przy biurku solarki z tipsami długości 6 cm).

– Noooooooo… Ja dziś oszalaję! – wrzasnęła pani notariusz – Pani da ten dowód! Ale to dopiero wpół do czwartej będzie do odebrania!

Była pierwsza.

– Ja zaczekam – powiedziałam, albowiem nie uśmiechało mi się wędrować w te i nazad po skondinąd opiewanej w wielu pieśniach stolicy.

I zaczekałam.

Pani notariusz nerwowo grała w pasjansa na swoim komputerze.

Solarka z tipsami mozolnie wklepywała do komputera jakies tajemne receptury.

Za półtorej godziny pani notariusz westchnęła ciężko, oderwała się od pasjansa i powiedziała:

– Panią proszę!

I wpusciła mnie do gabinetu.
Tam przy ciężkim stole odczytała mi treśc upoważnienia.

Wyjęłam jej papier z reki. Poprawiłam literówki, imiona, nazwiska, imiona rodziców, numery PESEL, NIP, skreśliłam kilka niezbyt korzystnych dla mnie zapisów, poprawiłam nieco ortografię, gramatykę, przecinki postawiłam, gdzie ich rola, a nie gdzie korespondowały optycznie z daszkami i ogonkami.

Pani notariusz nawet sie nie pogniewała.

– No widzi pani. Jak mam taki dzień jak dziś, to zupełnie nie moge sie skupić!

(TO ZNACZY JAKI?)

Zaledwie za 40 minut treśc upowaznienia była przepisana na nowo, ściągnięta dwukolorowym sznurkiem, opieczetowana 60 pieczątkami. Tipsiara kończyła wypisywać rachunek.

60 złotych.

Pfffffffff!
Za 3 godziny pracy?…
To mi by sie nie chciało tak harować za ledwo 60 zybli!
Naprawdę, co ten nasz naród chce od notariuszy! Że za dużo zarabiają? Co to za zarobek, rzeczywiście!

A pani notariusz trochę się przestałam dziwić, ze siedzi w takiej odrapanej kamienicy.

W drodze powrotnej do biura połamało mi parasolkę i zmokłam jak stary wodołaz.

Oraz dostałam awans.

Jesli chodzi o awanse i podwyżki, rozgryzłyśmy z Hanką system: Jeśli jesteś miła i pracowita – to cię zwalniają. Jeśli masz wszystko w dupie i mówisz to głośno – to cię awansują i dają ci podwyżki.

Tak to wygląda.

To cheers. Idę pić wino z mężem.