O OHYDNEJ, ZIMNEJ I MOKREJ SOBOCIE

 

Uwaga, będę bardzo oryginalna: zimno mi. Przez cały czas mi strasznie zimno, okropnie zimno, nie pamiętam, kiedy mi było tak zimno, nawet, jak było o wiele bardziej zimno. Wysiadło mi krążenie i trochę wysiadła mi wyobraźnia w temacie „jak przeżyję tę zimę, skoro w ogóle nie zauważyłam, żeby było lato”.

Nic mnie nie rozgrzewa, nawet wątek „Podła teściowa to mało powiedziane”. Wstawiłam rosół z podwójną włoszczyzną, jak on nie da rady, TO JUŻ NIE WIEM. N. będzie wiózł na wakacje zamrożoną tuszkę (tuszycę). Nie mam odwagi się zabrać za pedicure, bo mam TAK potwornie zmarznięte stopy, że boję się, że poodpadają mi palce. I jak wtedy zaczepię japonki?… O co?…

Pozbyliśmy się kuny (tfu, tfu, przez lewe ramię), to trafił nam się tej jesieni bardzo pracowity kret. Trzaska kopce nie bacząc na nadgodziny. N. po każdej inwentaryzacji dostaje rybiego oka i rzuca groźbami karalnymi, np. ostatnio doszedł do wniosku, że jak go dorwie, to zrobi mi kapcie. No ja nie wiem, z jednego kreta? Mogą być przyciasne.

Tylko wyjazd mnie ratuje psychicznie. Naprawdę. A jak mówię do N., że powrotny bilet komuś niedrogo odsprzedamy, to on się śmieje. NIE ROZUMIEM, DLACZEGO.

I uczę się po hiszpańsku zdania „Ratuje mi pan / pani życie” (przez pierwsze dwa dni będę to mówiła każdej osobie, która mi poda kieliszek wina) („Usted me salva la vida”).

O PŁCI KRABÓW

 

Pozostając na moment w temacie krabów, to są kobiety – kraby i mężczyźni – kraby. Mężczyznę – kraba można złapać i zjeść zawsze (hue, hue), a kobietę – tylko czasami, gdyż może akurat się rozmnaża, a wiadomo, że kiedy kobieta się rozmnaża, to nie bardzo lubi być gotowana i jedzona. W celu ustalenia płci przewracamy kraba na plecy i patrzymy, jaką ma klapkę w pancerzu na brzuszku. Kraby – panowie będą mieli taki chudy i długi trójkąt, a panie – szeroki i płaski. Na stronie jakiegoś amerykańskiego patrioty przeczytałam, że „lady krab ma na brzuchu Capitol Building, a mister krab – Washington Monument”. I to by się zgadzało. Płeć krabów nauczyłam się rozróżniać na kolacji u naszego znajomego w Hiszpanii („O, a tu masz mujer, zjedz mujer, są smaczniejsze”).

A pozostając w temacie jedzenia – Zebra poszła na obiad i dali jej ogórkową z ryżem. OGÓRKOWĄ Z RYŻEM! Czy ktoś widział kiedyś większe świętokradztwo, niż ogórkowa z RYŻEM?… Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. Chyba już prędzej bym zjadła deser Rachel (mielona wołowina z dżemem, bitą śmietaną i biszkoptami), niż ogórkową z ryżem. Co to się z tym światem dzieje!…

Ale za to jest nowy King i nowy South Park! King nie wiem, jeszcze nie kupiłam (ale kupię, bo ciąg dalszy „Lśnienia”, no to HALO), ale South Park wspaniały. O prywatności w Internecie i o tym, że Rząd nas wszystkich śledzi („Hello? Government?… It’s me, Butters”).

 

PS. Chciałam kilka dni temu, żeby N. jeszcze nie szedł spać, tylko ze mną porozmawiał, więc wybrałam interesujący DLA NIEGO temat – czy ryby umieją pływać do tyłu. Odpowiedział mi, że umieją, ale nie lubią. Więc zapytałam, czy wie, że dorsze rzygają. Powiedział, że wie, i poszedł spać. Bez sen su.

O KRABACH

 

Te kraby, co się urwały z chińskiego statku w Szczecinie i rozlazły po mieście, to ja serdecznie zapraszam do mnie. Chodźcie, chłopaki, chodźcie! Mniam. Z majonezem aioli – mniaaaam. A i bez majonezu też.

(No już, już. Za momencik. Jeszcze tylko tydzień i trzy dni).

Mimo, że skandynawskie kryminały znudziły mi się dość dokumentnie, to zahaczyłam zębem o „Krzyk pod wodą”. Można przeczytać, jak ktoś ma wolne dwie godzinki; nie, żeby coś ten, ale nie zgrzyta w zębach. Najciekawsze, czego się dowiedziałam, to że jest taka choroba, w wyniku której człowiekowi przez całe życie rosną dłonie, stopy i uszy. Zresztą, uszy przez całe życie to chyba rosną wszystkim, ale jakoś pomału, a choremu – szybko i nieproporcjonalnie. No widzieli państwo. Ja mam taką chorobę, że rośnie mi dupa, nazywa się lenistwo.

Wczoraj mnie „Wiedza bezużyteczna” poczęstowała informacją: „Ludzie, którzy chodzą późno spać, są inteligentniejsi od ludzi, którzy kładą się wcześnie i wstają z samego rana”. HA. Natychmiast wysłałam to SMSem do mojego ukochanego męża  – pobudki o 5.30 w weekendy i na urlopie oraz „Zgaś to światło!” o 22.30, podczas gdy ja uwielbiam zarywać noce i oglądać wschód słońca od drugiej strony. Właśnie niedawno zarwałam noc z „Metro 2033” – rosyjska fantastyka jednak ma coś w sobie. Drugą część też mam, koleżanka łuczniczka mi pożyczyła, ale trochę sama nie wiem, bo piszą, że już nie taka dobra.

Tak czy siak, krabika bym opędzlowała. Fajnie macie w tym Szczecinie.

 

PS. A Hiszpanie mówią między sobą na Młyn Pod Mariaszkiem „Diablo pequeno” i jedzą tam głównie drożdżówki z kruszonką.

O TALERZYKU, CO LEŻAŁ

 

Nie wymagajmy za wiele, w końcu to pierwszy poniedziałek jesieni. Czyli punkty ujemne liczą się potrójnie (i idziesz do więzienia).

Na wstępie wsadziłam sobie do oka palec ubrudzony podkładem. W oku znajdowała się soczewka i oba produkty trochę się pogryzły, więc świecę jednym okiem na czerwono jak Terminator.

Następnie po drodze do pracy lało na autostradzie, więc obowiązkowo, skoro nic nie widać, to koniecznie jeden ambitny TIR wyprzedzał lewym pasem rząd innych TIR-ow, oczywiście pod górę. Oczywiście, nie bardzo mu to wychodziło i zrobił się dość fajny korek, a sytuacji na granicy wypadku naliczyłam tak z dziesięć, bo oczywiście natychmiast wszyscy się brali wyprzedzać tego TIR-a z lewej pomiędzy TIR-ami z prawej.

Wchodzę na miękkich kolanach do biura, odreagować na kolorowo i… TAK! Cukierki nie działają!

Jak mawiał klasyk: Bawię się nożem, jest coraz gorzej.

Na pocieszenie mam pumpernikiel ze śliwką, ale nie wiem, czy to wystarczy.

 

O ZIMNIE I CHANDRZE

 

(Cały czas powraca do mnie we wspomnieniach TORT, a raczej zelówka trampka nasączona męskim dezodorantem; nie mogę oglądać zdjęć, bo aż mnie otrząsa).

Zimno mi. Cały czas mi zimno. W domu noszę dwie pary skarpet i zastanawiałam się wczoraj nad trzecią. Skwierczę N. do telefonu, żeby szybciej wracał i napalił w kominku, gdyż uświerkam, na co on ma dla mnie dwie rady: a) wyjdź do ogródka, b) zjedz szprotkę. Totalnie chce się mnie pozbyć.

Na fali lekkiej chujni obejrzałam pierwszy film Almodovara, który zupełnie mi się nie podobał: „Drżące ciało”. Nic. Niczym na mnie nie zagrał. Wpadł jednym okiem i wypadł drugim. I wiecie, ja nie rozumiem fenomenu Javiera Bardem. Ze taki przystojny. Serio? Ale, serio serio? Jako aktor oczywiście świetny, ale wizualnie to ja się go trochę boję. Boris Karloff to przy nim był miły, puszysty króliczek.

I „Dwa dni w  Nowym Jorku” też w ogóle nie. No przepraszam, ja bardzo lubię żarty ze stereotypów kulturowych, ale jakieś minimum wyrafinowania by się przydało. Z „Dwóch dni w Nowym Jorku” wynika, że Francuzi śmierdzą, a spokrewnione kobiety zachowują się jak opóźnione w rozwoju tchórzofretki i wyzywają od dziwek. Na głos.

No więc nie wiem, czy to przez pogodę nic mi się nie podoba, czy to depresja związana z wiekiem, czy trafiły mi się wybitne gnioty. Chyba sobie trzeciego Iron Mana obejrzę na pocieszenie, Tony Stark leczy wszystkie chandry (prawie, PRAWIE kupiłam sobie lalkę „Tony Stark the Mechanic” w dresowej bluzie i dżinsach, już ją miałam w koszyku).

 

O TYM, ZE M. IN. MI ZIMNO

No więc uprawiam tak zwany powrót do rzeczywistości po jubileuszu.

Rozpustnie mi życie płynie, bo Strójwąsa jem budynie (to żart, oczywiście, bo nie lubię budyniu, już wole kisiel, choć najchętniej to żadne z powyższych, tylko te malutkie galaretki z Kredensu).

Wywlokłam się dziś z domu w największym, najdłuższym swetrze, jaki znalazłam. W końcu mamy lato! Plus szalik, oczywiście.

Nawet w alkoholizm nie mogę sobie popaść (a w co innego można popadać w taka pogodę, hę?), bo COŚ mi się takiego zrobiło, że nie mam ochoty na wino! Nawet, jak już piję, to lampkę i to wszystko. WYPRASZAM SOBIE! W tym wieku bez nałogów to jak Quasimodo bez garbu, w tej chwili ma mi wrócić umiłowanie do wina, co ja będę robić w Hiszpanii? Trzeźwa siedzieć? Niedoczekanie.

Piękny, przepiękny jest ten nowy film z Julie Delpy i Etanem Hawke („Przed północą” chyba? Trzecia część tego ich cyklu). Powoli się rozkręca, cały przegadany, nic się nie dzieje (do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam nadzieję, że kozy się na nich rzucą i ich rozszarpią), ale małżeńskie dialogi – bezbłędne. Julie wychodzi z hotelowego pokoju, trzaskając drzwiami i z majtkami w ręku (miałam potworny stres o te majtki, ja się bardzo denerwuję, kiedy ludzie chodzą bez majtek, tak mam), a na końcowej scenie wzruszyłam się jak dzika świnia, kiedy wszystko wisiało na włosku i zależało od tego, co ONA powie. Dawno nie widziałam lepszego filmu o miłości, tyle powiem (prawdziwej miłości, a nie tam, że on zobaczył ją i kombinuje, jak by tu bzyknąć).

Nie mogę patrzeć na prognozę pogody, gdyż chce mi się wyć.

 

 

O, NIESTETY, BARDZO MI PRZYKRO, TORCIE

 

(Trochę jestem przeziębiona, bo a) N. nie chciał napalić w kominku, mimo, że miałam bardzo zimny nosek, bo twierdził, że zimny nos to zdrowy, oraz b) goście mi wyłazili do ogrodu w te i wefte, a ja za nimi, przypilnować, żeby mi czegoś nie wynieśli, na przykład kreta albo doniczki, no i teraz mnie telepie. APSIK!).

Nawet nie było tak strasznie, tzn. dla mnie, bo ja dostawałam śliczne prezenty – rękodzieło artystyczne, biżuterię, Freddy’ego Krugera z dodatkową głową oraz porcelanowego R2D2 w postaci słoika na ciasteczka (na JAKIE CIASTECZKA! W moim wieku to już tylko glony, ziółka i proszki na wątrobę!). Ale N. przeżył chwilę grozy, kiedy to moje koleżanki ze szkoły wypiły mu całą wódkę. Ha! Minę miał, jak ja, kiedy oglądałam zza kanapy „Haunting in Connecticut”.

Ale i tak całą imprezę ukradł TORT.

N. zamówił tort w cukierni w Żyrardowie, chociaż prosiłam, żeby nie, mówiłam i tłumaczyłam, żeby nie. Niestety, jak wiadomo, z samcem ALFA nie da się przeprowadzić żadnej dyskusji na argumenty.

No i tort zaistniał. Zaraz po wyrzutniach confetti (następnego dnia rano: „Jezu, kochanie, jak my to teraz posprzątamy?…”). Podobno, PODOBNO miał być śmietankowy. Ha. Na moje, to była silikonowa pianka do uszczelniania okien wymieszana z dezodorantem Old Spice. Naprawdę wrażenia z jego konsumpcji były porównywalne z jazdą tyłem na koniu. (Choć dziś, jak sobie to wspominam, to raczej bym stawiała na męski dezodorant BAC)

A później działy się straszne rzeczy. Zapomnijmy o nich.

Nic to, jak mawiał Mały Rycerz. Weszliśmy w wieki średnie, a wiadomo, czym się one charakteryzują: Wyprawy Krzyżowe, płonące stosy i Hiszpańska Inkwizycja. Przynajmniej nie będzie nudno. Zawsze powtarzałam, że młodość jest przereklamowana.

 

O? TO JUŻ?

 

No dobrze.

To może ja się położę i dostanę histerii w związku z tym, że właśnie statystycznie jutro minie mi PÓŁ ZYCIA (co najmniej).

Gdzie wino.

 

PS. JEST! Pierwszy prezent; „100 mów pogrzebowych”, Ks. Julian Smoleński, Warszawa, Skład Główny w drukarni Stanisława Niemiery, 1890.

O TYM, ZE IDĘ ZWARIOWAĆ

 

To, co wczoraj na koniec dnia przeżyłam, to normalnie gdybym paliła, to bym trzęsącymi rekami odpalała dziś od rana fajka od fajka. I popijała brandy (nie znoszę brandy).

No więc.

Wraca N. z delegacji służbowej. Otwieram mu drzwi z klucza, no bo w końcu to on ten dom zbudował i niech sobie wejdzie, jak już się ze mną ożenił. N. wchodzi, oczywiście nie przerywając napierniczania przez komórkę (akurat organizował akcję policyjną, żeby posprzątać pijaka leżącego w poprzek nieoświetlonej wiejskiej drogi), a ja dostrzegam kątem oka jakiś RUCH. Patrzę dokładniej.

Z drugiego końca chałupy PĘDZI W NASZĄ STRONĘ szara włochata kulka! Pędzi jak oszalała! Trochę mniejsza od piłki tenisowej. PAJĄK! Ale JAKI! Ogromny, szary, włochaty i – co najlepsze – usłyszał głos N. i gna w jego stronę, mało sobie nie połamie nóg!

Ja oczywiście półzawał i wskoczyłam na żyrandol w przedpokoju.

Pająk przybiegł, zahamował ślizgiem, zamerdał odwłokiem i dał nura pod skrzynię na buty.

Ja wiszę na żyrandolu i nie rozumiem, co widziałam. To znaczy, widziałam już gnające pająki, nie raz. Ale zawsze w druga stronę – uciekały od człowieka, a nie DO! Zwiewały wypłoszone z kryjówki, a nie przybiegały z oddalonego kąta! Na dodatek, poprzedniego dnia skończyła się dwudniowa, dokładna depająkizacja połączona z polerowaniem płaszczyzn w całej chałupie – więc jak ten skurczybyk się ostał?…

N. skończył z policją, odłożył telefon, zdjął mnie z żyrandola i powiedział, że on zna tego pająka. Codziennie się z nim widzi, kumplują się. Nie widzi nic dziwnego w tym, że pająk się przybiegł z nim przywitać, a ja jak zwykle robię dramat, histerię i zamieszanie; mieszka sobie spokojnie pod skrzynią na buty i chyba nic mi od tego nie ubędzie.

No… niby nie ubędzie, ale trochę mi jednak słabo. I co sobie przypomnę, jak on GNAŁ z rozwianym włosem (na nogach), to naprawdę bym zapaliła z nerwów. I niech N. mu mnie nie przedstawia, niech on się ze mną nie wita, albo od razu powieszę w przedpokoju defibrylator (w Monako defibrylatory wiszą na latarniach, sama widziałam).

Chociaż. W robocie N. musi się czasem z takimi osobnikami dogadywać, że wierzę mu, że włochaty pająk w domu to dla niego relaks, rekreacja i sama przyjemność. (Ale musi się od razu zaprzyjaźniać?…)

Tak czy siak – wezmę i zwariuję, a MAM w tym roku powody, oj mam!