O ŻYCZENIACH NA ŚWIĘTA I KOSZYCZKU

Spokojnych i miłych Świąt!

Oby wszystkie tegoroczne kalorie były tak skuteczne, jak reprezentacja Polski w piłce nożnej – czyli niech każdy po świątecznym obżarstwie schudnie jakieś sześć kilo.

(Chociaż oczywiście nikt nie zamierza się obżerać, tylko delektować babką wielkanocną. Wczoraj staliśmy w kolejce po babkę czterdzieści minut! Ludzie wynosili z cukierni paczki wielkości domku fińskiego, prawie się czułam jak naga, wychodząc tylko z tą jedną babką. Znowu jakiś kataklizm nadciąga, tym razem w branży cukierniczej?).

N. gdzieś wyczytał, że do koszyczka wielkanocnego wkłada się ser. SER? W życiu się u nas nie wkładało sera.

Wkładacie ser do koszyczków?

 

O…

Już nawet nie klnę.

Przekleństwa skończyły mi się tak pod koniec zeszłego tygodnia.

PS. Jedyne pocieszenie jakie przychodzi mi do głowy to takie, że chwilowo robaki nas nie zjedzą, bo w takie zimno robaki śpią. Zapytajcie pana od „Trupiej farmy”.

 

O TYM, ŻE NIE CHCĘ SZERZYĆ DEFETYZMU, ALE NADZIEI NIE MA I NIE BĘDZIE

Szczypawka rzygała, a mnie boli oko. Niby mam drugie, ale jakoś tak – przyzwyczaiłam się, bo ja się do wszystkiego przyzwyczajam, jak stary kundel.

Nastrój – czarna rozpacz, białe króliki i cholagoga, jak mawiali Fachowcy. Trzy dni się kołczowałam, żeby pozbierać i poskładać pranie z suszarki. Jak ten trend się utrzyma, to sernik zamiast na Wielkanoc zrobię na rozpoczęcie wakacji. Albo na zakończenie. W dodatku kupiłam wiaderko Presidenta, po czym okazało się, że nie ma najlepszych recenzji i trzeba go odsączać.

N. natomiast nie odpuszcza i machnął w weekend 78 kilometrów na rowerze – do mnie w ogóle nie docierają takie informacje, nie potrafię sobie tego nawet WYOBRAZIĆ, jak liczby urojonej albo siódmego wymiaru. Natomiast za każdym razem, jak się przebierze w strój na rower, coś się we mnie osuwa jak klif w Orłowie: „Ja z tym facetem mieszkam pod jednym dachem i za niego wyszłam. Mam na to papier z pieczątką. A nie, nie mam, bo zaniosłam do notariusza, ale jak pójdę do urzędu, to dadzą mi drugi. Jezus Maria, czy on nie mógłby przynajmniej normalnych SPODNI założyć?…” – i w ten deseń. Nie wiem, DLACZEGO męskie ubrania rowerowe muszą wyglądać tak jak wyglądają, ale za każdym razem jak wyrusza w trasę to go błagam – jak zsiądzie z roweru przy ludziach, żeby NIE PODCHODZIŁ do dzieci. W ogóle najlepiej do nikogo niech w tym nie podchodzi, ale jeśli już tak wypadnie, to przynajmniej żeby trzymał się jak najdalej od nieletnich. I kobiet w ciąży.

Natomiast widziałam prognozy pogody na święta. NIE MA NADZIEI. Już nigdy nie będzie żadnej wiosny, tylko ruska bomba atomowa i wszystkich nas zjedzą robaki. Dobranoc (no co, wstałam dziś o trzeciej).

 

O TYM, ŻE ŚMIERDZI I LEKTURA MI SIĘ KOŃCZY

1. Czuć zgnilizną – i wyjątkowo nie mówię tu o miłościwie nam panującym rządzie, tylko o zapachu powietrza – normalnie stara zatęchła piwnica, rozkład i zbutwienie. I jak tu nie zwariować? Wiosno, ty leniwa szantrapo.

2. Buty mi się rozwiązują. I to nie, że jedna para, tylko każde sznurowane jakie założę. Nie wiem o co chodzi, ale ciągle potykam się o sznurowadła. Może to taka metafora mojego życia – Wszechświat delikatnie próbuje mi coś dać do zrozumienia.

3. Oxycort jest na receptę! No wiecie co? Potrzebowaliśmy do psiego ucha, a tu ci masz – na receptę. Czyżby kreatywna dzisiejsza młodzież odkryła, jak się nawalić oxycortem? Co się z tym światem dzieje.

4. Książki o Archiwum X – znakomite (ta Izy Michalewicz lepsza, niż autorstwa pana Piotra Litki i dwóch kolegów – więcej szczegółów i tła, niektóre sprawy się powtarzają). Jedna sprawa już drugą noc mi się śni, bo mąż ofiary (podejrzany zresztą) jest z Żyrardowa, a ja skądś znam twarz zmarłej dziewczyny. Cos okropnego.

5. Za to książka o Gorgonowej – trochę rozczarowująca; rozumiem że intencja autora było podkreślenie całego tła obyczajowego, niż zadbanie o techniczne detale zbrodni, ale są wyraźne dziury w opisie. A już minimum co powinno być zamieszczone, to plan domu, bez którego trudno sobie to poukładać w głowie i wyciągać wnioski.

6. Okien nie umyję i już. Ideologicznie.

7. I to by było na tyle, jak mawiały Szadoki.

 

O TYM, ŻE NADAL RACZEJ KISZKA

W spożywczaku na rogu wprowadzili do asortymentu pyszną pastę z tuńczyka – z kaparami – i bardzo dobrze, bo już odrobinkę nie mogłam patrzeć na pastellę jajeczną na biurowe śniadanie. No cóż, jako piętrowy arcyleń nie jestem typem Człowieka z Lanczboksem; teraz i tak jest luksus, kilka lat temu musiała mi wystarczyć bułka z kefirem.

W ramach nadchodzącej wiosny Szczypawka zaliczyła w weekend klasyczną bakteryjną biegunkę, a w kiszkach grała jej górniczo – hutnicza orkiestra dęta. Musiała znaleźć coś przepysznego w ogródku, obstawiam kocie gówno (no niestety – fuj, ale takie są fakty, takie jest życie). Dobrze, że miałam nifuroksazyd i skończyło się na wpychaniu w gardziołko przeciętych tabletek owiniętych w masełko.

A jak się skończyła sprawa z Józkiem? (tak, to Jysk 😉 ). No więc, skończyła się dwoma kocykami – oliwkowym i morskim. Przy czym oliwkowy został mi natychmiast skonfiskowany.

 

Nastrój konstans: wszystko jest do dupy i mogłaby w końcu pierdolnąć ta asteroida. Na razie przyszła paczka z Gorgonową, Diatłowem i polskim Archiwum X, co powinno mi wystarczyć do końca tygodnia, a później to nie wiem, co będzie. Chyba w końcu sama kogoś zamorduję.

 

O SERZE (GŁÓWNIE) I ZADANIU PONAD SIŁY

No dobrze, może ciut za nerwowo zareagowałam na te wyskakujące zające i przepisy na sernik, ale jak zwykle kalendarz mi się nomen omen pokiełbasił i wydawało mi się, że to już w przyszłym tygodniu. Ten czas popierdziela jak galopujący wielbłąd po pustyni i już naprawdę wszystko się człowiekowi zapętla.

Tak, jajka na wszystkie sposoby są bardzo w porządku. Ale przyznam się po cichu, że znudziły mi się te nowoczesne serniki, takie piankowe, w kąpieli wodnej, z różnymi cudacznymi dodatkami i na ciasteczkowym spodzie. Zjadłabym kawałek takiego zwykłego, ciężkiego, zwartego, na kruchym cieście z kratką na wierzchu i o smaku białego sera, a nie jakiegoś nie wiadomo czego. Już nawet niech będzie z rodzynkami (wydłubie się). Ech.

Natomiast pozostając w temacie – od rana potwornie dziś śmierdzi w pracowej kuchni; zapach dobywa się z lodówki, więc pytam uprzejmie kolegów, czy może niechcący zamordowali dziwkę lub nieuczciwego kontrahenta i składują trupa? Na co oni, że to ekskluzywny ser z oferty Lidla. Na wszelki wypadek im uwierzę i nie będę sprawdzać (ale na mój nos to nie jest zapach nabiału, tylko przeleżałej padliny – więc TYM BARDZIEJ nie zamierzam sprawdzać).

A na dzisiejsze popołudnie mam trudne zadanie – wejść do Józka po spryskiwacz do kwiatków i wyjść TYLKO ZE SPRYSKIWACZEM, bez sterty polarowych kocy (fantastycznie miękkich i fantastycznie przecenionych) (których już nie mam gdzie układać, kurwa mać).

O TYM, ŻE BOJKOTUJĘ ŚWIĘTA

No i co – mróz idzie na weekend! Teraz, kiedy wszystko się rzuciło kiełkować, pączkować, kiedy bociany przyleciały, spacerują po łąkach i chętnie by coś przekąsiły. To będzie minus dwanaście.

Nie zgadzam się z określeniem, że Matka Natura to suka. Ani matka, ani suka – bo suki to najmilsze, najbardziej opiekuńcze istoty na świecie. Na moje oko, natura to stary kawaler – złośliwy i szczerbaty (i na drabince). Samotny i stetryczały, któremu nic w życiu nie wyszło i dlatego chce, żeby wszyscy dookoła też mieli źle i brzydko, i smutno, i do dupy. A przynajmniej żeby im wymroziło róże w ogródkach. No nic nie poradzę, że takie mam skojarzenia.

Wyszła nowa książka o Gorgonowej – oczywiście zamówiłam, ale dostarczą dopiero po weekendzie. Na razie musi mi wystarczyć „Ślepnąc od świateł” – wcale nie taka psychodelia, jak się obawiałam po recenzjach. Właściwie to niepokojąco namacalne i autentyczne są te opisy i wydarzenia.

Ale mnie denerwują reklamy wszelkiego świątecznego dziadostwa – nie mam ani siły, ani pomysłu na te święta. W ogóle mam już dosyć całego kalendarza, ciągle tylko święta i święta, ledwo człowiek po jednych posprząta, a już następne za chwilę. Znowu będzie w sklepach Armageddon i Francuska Rewolucja – tym bardziej, że teraz w niedzielę nieczynne i społeczeństwo nawet w zwykły tydzień wywozi kosze, jakby szykowało wyprawę na Biegun Północny.

Ale ej, chyba wychodzę z dołka, bo znowu mnie wszystko zaczyna wkurwiać. Ha! (Tylko jeszcze niech się cieplej zrobi).

 

O TYM, ŻE CZASEM WARTO POCZEKAĆ

Wiecie, że nawet papuga mojej koleżanki dostała depresji?

(Świetne zdanie do tłumaczenia na kolokwia – „Papuga mojej koleżanki miała depresję”).

Normalnie wozili ją do weterynarza na badania, pobierali kupę na posiew (ptaki nie sikają) i wyszła depresja. Tylko nie dopytałam, czy dostała jakiś papuzi prozac.

Wydaje mi się, powtarzam – WYDAJE – że jakby mi trochę przechodziło. Ale nie chcę okazywać nadmiernego entuzjazmu, bo ja generalnie nie jestem fanką nadmiernego entuzjazmu, poza tym jak się człowiek cieszy, to zaraz się wszystko zesra.

O, wiem co jeszcze mnie wkurwia: za krótkie rękawy. Wszystko teraz ma za krótkie rękawy – trzy czwarte czy tam pięć ósmych – nawet kurtki czy płaszcze potrafią być z takimi rękawami! I ja się pytam, dlaczego? Rozumiem – jakieś lekkie koszulki, ale gruba zimowa bluza czy dresowa kiecka i rękaw TRZY CZWARTE! Nie znoszę, bo nie mogę sobie schować zziębniętych łap w rękawy. A Zebra mówi, że jestem głupia, bo takie rękawy to jest WYBAWIENIE dla takich kobiet jak my, czyli niskich. Podobno sylwetka na tym zyskuje. W dupie mam sylwetkę, wolałabym żeby mi było ciepło.

Takie mam brudne okna (i z takimi szerokimi szprosami), a ptaszki i tak w nie uderzają. W piątek to już jednemu szykowałam pogrzeb, tak walnął. Pozbierałam go z tarasu i ułożyłam w trumience, wyścielonej papierowymi ręcznikami. Z zakopywaniem postanowiłam poczekać aż N. wróci z podróży – i NA SZCZĘŚCIE, gdyż w tym czasie ptaszek widocznie doszedł do siebie, bo obsrał papierowe ręczniki i opuścił trumienkę o własnych siłach. Cieszę się, że go od razu nie zakopałam, bo by głupio wyszło.

 

O PADLINIE

Dziennik aktywności: 15:49 – uczesałam się (w sensie – przeciągnęłam szczotką przez kołtun) i wyczerpała mi się bateria.

Czuję się jak padlina – gdyby padlina kasłała; zdechłe wieloryby wybuchają – ale jednorazowo, a nie pięć dni bez przerwy!

Chujnia, patatajnia i inne wyroby cukiernicze, że tak pozwolę sobie podsumować sytuację.

 

PS. A proszki od kaszlu są do dupy – chociaż na opakowaniu mają napisane, że od kaszlu. House ma racje – wszyscy kłamią.

 

O TYM, ŻE KASZLĘ I WŁAŚCIWIE TO CAŁA MOJA DZIAŁALNOŚĆ CHWILOWO

No dobra, niech wam będzie – są pierwsze, nieśmiałe objawy wiosny. Na przykład sąsiedzi piją wódkę w szklarni. I widziałam dwie mrówki, jak się kręciły w okolicach miski z psim żarciem. Tylko ja chyba tej wiosny nie dożyję, bo mam kaszel połączony chyba z wypluwaniem płuc. W przerwach pomiędzy wypluwaniem płuc mówię do N. „Ja już chyba umieram” oraz „Ale się teściowa ucieszy” (i szwagierka). A on wcale nie protestuje, kiedy snuję wizję trzydniowego balu w Zgierzu z cygańską orkiestrą w ramach mojej stypy. W końcu jest realistą.

Wracając do sąsiadów – to jeden mówi do Szczypawki per KLUSECZKA – a to oznacza, że zima trwa już ZDECYDOWANIE za długo. Do mnie też mógłby powiedzieć KLUSECZKA (a raczej KLUCHA), ale nie ma okazji, bo ja rzadziej wychodzę do ogródka. Właściwie to wcale.

To może podzielę się świeżo nabytą mądrością życiową, żeby się nie zmarnowała jakbym miała zejść z tego świata, a brzmi ona: Jeśli nasza fryzjerka zaczyna gwiazdorzyć, to zdecydowanie odchodzimy bez żadnych skrupułów!

Idę sobie zrobić kubeł herbaty z sokiem z malin i dzikiej róży. Zaczynam z tego wszystkiego mówić bardzo seksownym basem, jak Hollywoodzkie wampy z epoki kina biało – czarnego. Natomiast przeszłam z fazy wkurwu do fazy depresji i rezygnacji – być może z niedotlenienia, no bo nie mam już połowy płuc. I jak słowo daję, wolałam ten wkurw.