O TYM, ŻE NIE CHCĘ SZERZYĆ DEFETYZMU, ALE NADZIEI NIE MA I NIE BĘDZIE

Szczypawka rzygała, a mnie boli oko. Niby mam drugie, ale jakoś tak – przyzwyczaiłam się, bo ja się do wszystkiego przyzwyczajam, jak stary kundel.

Nastrój – czarna rozpacz, białe króliki i cholagoga, jak mawiali Fachowcy. Trzy dni się kołczowałam, żeby pozbierać i poskładać pranie z suszarki. Jak ten trend się utrzyma, to sernik zamiast na Wielkanoc zrobię na rozpoczęcie wakacji. Albo na zakończenie. W dodatku kupiłam wiaderko Presidenta, po czym okazało się, że nie ma najlepszych recenzji i trzeba go odsączać.

N. natomiast nie odpuszcza i machnął w weekend 78 kilometrów na rowerze – do mnie w ogóle nie docierają takie informacje, nie potrafię sobie tego nawet WYOBRAZIĆ, jak liczby urojonej albo siódmego wymiaru. Natomiast za każdym razem, jak się przebierze w strój na rower, coś się we mnie osuwa jak klif w Orłowie: „Ja z tym facetem mieszkam pod jednym dachem i za niego wyszłam. Mam na to papier z pieczątką. A nie, nie mam, bo zaniosłam do notariusza, ale jak pójdę do urzędu, to dadzą mi drugi. Jezus Maria, czy on nie mógłby przynajmniej normalnych SPODNI założyć?…” – i w ten deseń. Nie wiem, DLACZEGO męskie ubrania rowerowe muszą wyglądać tak jak wyglądają, ale za każdym razem jak wyrusza w trasę to go błagam – jak zsiądzie z roweru przy ludziach, żeby NIE PODCHODZIŁ do dzieci. W ogóle najlepiej do nikogo niech w tym nie podchodzi, ale jeśli już tak wypadnie, to przynajmniej żeby trzymał się jak najdalej od nieletnich. I kobiet w ciąży.

Natomiast widziałam prognozy pogody na święta. NIE MA NADZIEI. Już nigdy nie będzie żadnej wiosny, tylko ruska bomba atomowa i wszystkich nas zjedzą robaki. Dobranoc (no co, wstałam dziś o trzeciej).

 

4 Replies to “O TYM, ŻE NIE CHCĘ SZERZYĆ DEFETYZMU, ALE NADZIEI NIE MA I NIE BĘDZIE”

  1. 78!!!
    Nie no, znam takich, co potrafią i 200, ale moje niedzielne 33,44 km uważam za niezłe osiągnięcie, zwłaszcza, że jechaliśmy 5 km po żwirówce, z której kilka dni wcześniej zdarli warstwę żwiru i został piasek z gliną. Co ja się nakurwiłam w myślach! (na głos nie mogłam, bo jak ze ślubnym jedziemy, to komórki robią za krótkofalówki uruchamiane głosem, niby sobie mogłam kląć, ale mąż zdjąłby słuchawki i nie usłyszałby, gdybym coś ważnego mówiła, np. zatrzymaj się i daj mi wodę)
    Jakbym po rozwałkowanym placku półkruchym przed upieczeniem jechała! Spokojnie mogę dodać jeszcze z dychę do końcowego wyniku. Nawet nie mogę nikogo obsobaczyć za tę trasę, bo sama ją wybrałam. No, chyba, że gminę. No, chyba, że asfalt tam wyleją niedługo, to im daruję.

  2. No nie mogę, faktycznie rowerzysta nie jest moim ulubionym widokiem, może od pasa w górę. Reszta brrrr. Na zewnątrz jest bosko ;))), pada deszcz ze śniegiem, więc w sumie się cieszę, bo moje okna poczekają chyba do lata (o ile będzie). Borówa rzygała wczoraj, nie wiem, może coś zeżarła na zewnątrz. Ten pies jest niereformowalny, tłumaczę, że w domu lepsze, ale może to taki gówniarski wiek. Tak więc pod kocyk drogi Panie 🙂

  3. Ej tam, ja myślę, że kobieta jak jest w ciąży, to już gorsze rzeczy widziała niż facet w rajtkach rowerowych. A jeśli nie widziała, to powinna się zacząć hartować. A dzieci? Cóż. Może im to kiedyś życie uratuje, jak się za młodu nauczą obcych bać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*