O POCZĄTKU JESIENI

Dobrze, że się trochę ociepliło, bo już miałam oceniać tegoroczne lato, że ma (miało) nowoczesne podejście do work – life balance. Ani jednego dnia nadgodzin – od razu w pierwszy dzień jesieni NARA, jeb drzwiami – i już go nie ma, a jesień nawet nie miała czasu na kawkę i siku, tylko od razu musiała się do roboty zabrać. No ale niedziela się zrobiła ładna i pojechaliśmy na spacer do Arkadii.

Zwykle bywamy tam po sezonie, więc miło było dla odmiany pozwiedzać otwarte wnętrza i trochę zmartwiła mnie rzęsa na stawach. To chyba niedobrze, jak jest za dużo rzęsy? I dlaczego ona się nazywa „rzęsa”, skoro jest zielona i płaska? Botanicy albo nie mają wyobraźni, albo mają jej za dużo.

Abstrahując od rzęsy – poza sezonem jest mniej ludzi, co jest jakby oczywiste, więc musiałam trochę manewrować Mangustą, żeby nie zakłócała omdlałego nastroju szczekaniem (serio, taki był nastrój oniryczny, ludzie spacerowali powoli, siadali na ławeczkach – jak nie w XXI wieku, bardzo fajnie). Natomiast (muszę się do czegoś przyczepić, oczywiście) co kilka chwil wchodziłam w CHMURĘ zapachu perfum. Nie wiem, ile trzeba na siebie wylać perfum, żeby w plenerze ciągnąć za sobą takie ogony – nawet nie chcę sobie tego wyobrażać w pomieszczeniu. 

Ja od kilku lat mam tak, że zapach większości perfum bardzo mnie drażni. Niektórzy tłumaczą to zmianą w składzie – wytwórcy przerzucili się na tańsze składniki, zwłaszcza bazę, ale może po prostu z wiekiem tak się robi. Niewiele zostało zapachów, które nie doprowadzają mnie do migreny i mdłości – ogrody Hermesa na przykład, a i to nie wszystkie. Nawet nie mam jak przetestować, bo w perfumerii od razu boli mnie głowa, mogę powąchać dwa – trzy zapachy i muszę wyjść. W tym tempie nieprędko znajdę jakieś nowe perfumy, które nie przytłaczają. No i na tym tle – te wyperfumowane na niedzielę panie. Szkoda, że nie miał im kto wytłumaczyć, że tylko w marksizmie – leninizmie ilość przechodzi w jakość i w ogóle to w złym tonie. A może one miały uszkodzony węch po covidzie?… No naprawdę nie wiem.

No trudno – zostaje jeżdżenie do Arkadii po sezonie. Ale miło było w końcu obejrzeć Gabinet Etruski. 

Na dodatek śniła mi się Rzecznik Praw Dziecka – zabrała mi sweter z Parfois, bardzo ładny (teraz już chyba będę musiała go sobie kupić).

Nadal mam zaległości w serialach, bo w weekend musiałam oglądać z N. oba Vabanki – są na Netflixie –  przy okazji wyskoczyła mi zapowiedź jakiegoś serialu z Kathy Bates. Chętnie zdegustuję, jak rzucą, bo bardzo Kathy Bates poważam. No i „Klarę” muszę nadgonić, moja koleżanka jest zachwycona i twierdzi, że to najlepsza terapia antydepresyjna i motywująca i że ona chce każdy dzień zaczynać nowym odcinkiem „Klary”. 

A książkowo – wyskoczyło mi, że wyszła autobiografia Margaret Atwood i znowu będę musiała kupić książki, chociaż jeszcze mam całkiem sporą kupkę wstydu. 

Z okazji jesieni była na obiad zupa z gąsek. Grzyby to jedna z bardzo niewielu rzeczy, które lubię w jesieni. 

PS. Ale noce już zimne, jesienne – nie ma się co oszukiwać; gudbaj, poranna herbato na tarasie.

O LEKTURACH

Wczoraj nad drzwiami na suficie siedział TAKI pająk, że nawet N. lekko zbladł i długo szukał pudełka, do którego bydlak się zmieści i nie wygryzie w nim dziury podczas wynoszenia go z domu. Tak, czytałam „Projekt Hail Mary”, gdzie bohater był wielgachnym pająkiem i czułam do niego sympatię. Natomiast jeśli chodzi o te nasze ziemskie, to jakoś nie mogę się przełamać. 

Tymczasem Zebra poszukiwała Biblii, bo okazuje się, że lata płyną, a pierwsza licealna nadal musi przerobić Biblię. Obie doszłyśmy do wniosku, że nasze egzemplarze albo zostały w domu rodzinnym, albo jakaś świnia pożyczyła i nie oddała. Któregoś dnia zrobię specjalny seans voodoo, dedykowany osobom, które nie oddały mi książek, ale to tak na marginesie. W pewnym momencie Zebra westchnęła, że kiedyś to by poszła na pierwszą pocztę z brzegu i tam by kupiła, a teraz to nie wiadomo. Powiedziałam jej, że jak byłam ostatnio, to co prawda nie widziałam Biblii, ale za to było dużo przepisów siostry Anastazji. Zebra trochę sceptycznie, że nie wie, co pani od polskiego na to. MOIM ZDANIEM – gdyby taka pani od polskiego zamiast siedemdziesiątej nudnej rozprawki dostała przepis na siekane kotlety drobiowe z warzywami, toby jeszcze moją siostrzenicę w rękę pocałowała i pochwaliła za nieszablonowe myślenie. Zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy dostają pierdolca na punkcie białkowych posiłków. A w Biblii co? Manna i szarańcza. 

Zresztą nie wiem, nie wtrącam się, współczesna edukacja mnie przeraża. 

A propos edukacja współczesna, to na Netflixa wjechała „Lalka”, w której podobno Rzecki ma bogate życie seksualne, a Izabela mówi na środku ulicy „Ty chujcu borsuczy”. Wieszczę ogromną oglądalność, co prawda od pana Prusa to chyba tylko nazwiska bohaterów zaczerpnięto, ale za to jest kolorowo i nowocześnie. Osobiście na razie nie zamierzam – właśnie dotarło do mnie, że nawet „The Pitt” nie skończyłam, zostały mi chyba trzy odcinki, no ale zaraz jesień, plucha, ciemności, syf, malaria i hipokryzja i znowu się zacznie oglądanie. 

Brakuje takiej funkcji, jak mi serwis podsuwa tytuły, żeby można było wcisnąć „ABSOLUTNIE NIE” i ja bym sobie tym guzikiem oznaczyła te wszystkie cholerne reality shows. Nie wiem, dlaczego to dziadostwo się pojawia na równych prawach z filmami i serialami, bo powinno mieć osobną kategorię, najlepiej oddzieloną piętnastometrowym murem, obsypanym tłuczonym szkłem i owiniętym drutem kolczastym. Pod napięciem. Nie umiem wyrazić słowami, jak bardzo nie znoszę reality shows i uważam, że przyczyniają się do zgnilizny ludzkości. W każdym razie – bardzo bym chciała, żeby ABSOLUTNIE mi się nie pojawiały w propozycjach. Nie chcę nawet wiedzieć, że istnieją. Wolałabym już nawet reklamy środków przeczyszczających.

Widziałam na Reddicie wątek, w którym fani Cormorana Strike’a wyliczali termin premiery następnego tomu – podobno pod tytułem „Sleep Tight, Evangeline”. Podstawą analizy jest wpis JK Rowling z kwietnia tego roku, że napisała już trochę więcej, niż połowę. Optymistom wychodzi wiosna przyszłego roku. Nie jestem optymistką – ale fajnie by było (zwłaszcza po TAKIM zakończeniu). 

O matko, za chwilę prezenty na Gwiazdkę trzeba wymyślać. Słabo mi.

O ZIELONYM ROSOLE I ZIELONYM SOKU

Miałam piękny sen! Śniło mi się, że jadłam lody waniliowo – kurczakowe z KFC. Z chrupiącymi kawałkami panierki.

To miło, że dla odmiany coś miłego – bo w zeszłym tygodniu był taki dziwny dzień, kiedy po sieci krążyło zdjęcie Trupa ufarbowanego na bruneta, a mi wyszedł zielony rosół. Zielony! I żeby jeszcze jakiś ładny odcień, ale nie – taki zjadliwie zielony, od razu widać, że niespożywczy. Bardzo złowieszczy przypadek. I cały rosół trzeba było wylać, N. bardzo przeżywał, ale na sam widok go otrząsało.

Na dodatek u sąsiada leży gołąb – od dość dawna, bo dusza przeniosła się do Krainy Wiecznych Łowów, a szczątki doczesne leżą ze dwa metry od naszego płota. Leżą i najwyraźniej nikomu nie przeszkadzają (to ten sąsiad od gwiżdżących dzieci), bo mają w zwyczaju „karmić kotki” – czytaj: wywalać resztki z garnka na trawnik, tak po prostu. Więc ten gołąb to tylko kolejny szkielet do kolekcji, w sumie gdybym nie patrzyła w tamtą stronę, toby mi bardzo nie przeszkadzał, tylko że on niestety migruje do mojego ogródka. Naturalnie w kawałkach, w kocich pyskach. I są takie poranki albo popołudnia, gdzie Mangusta radośnie biega i pokazuje mi, że znalazła SKARB w postaci skrzydła, a później bardzo się dziwi, że parcia z płaczem barykaduje się w chałupie, zamyka drzwi i okiennice i dzwoni po brygadę w kombinezonach HAZMAT. A przecież gołębie skrzydło jest takie praktyczne – jak piesek skończy z nim biegać i obgryzać, to można zamieść okruchy ze stołu… niedobrze mi.

Naprawdę bym wolała, żeby sąsiad dekorował krasnalami, a nie zwierzęcymi kośćmi. Nawet łabędzie z opon byłyby lepsze. Ale niestety, nikt mnie nie pyta o zdanie w tej kwestii, a gołąb nadal ma potencjał do migrowania. 

A na deser dowiedziałam się, że znowu nie jestem oryginalna – otóż, od zawsze mam problem z rozwiązującymi się sznurówkami. Jeszcze te bawełniane od tenisówek się trzymają, ale w sportowych butach najczęściej są okrągłe w przekroju, śliskie, bo z tworzyw sztucznych i rozwiązują mi się ZAWSZE. Żebym nie wiem, jak mocno zawiązała. I otóż okazuje się, że to jest dość POWSZECHNE (kto lubi być POWSZECHNY? Każdy by wolał być wyjątkowy, nes pa?) i nosi nazwę BABSKI WĘZEŁ. Ostatni moment zawiązywania kokardki – trzeba przełożyć te skrzydełka odwrotnie. Oczywiście winię system powszechnej edukacji, bo tak mnie nauczyli w przedszkolu – nikt wtedy nie myślał o tym, że będziemy nosić oryginalne pumy i adidasy z cholernie śliskimi sznurówkami, które trzeba zamotać profesjonalnym węzłem żeglarskim. Juniorki jakoś się nie rozwiązywały.

Z cyklu „nie nadążam za modą” mam następujące typy tegorocznej jesieni:

– puchowe kurtki z krótkimi rękawami (nie kamizelki – kurtki, ale rękaw ledwo do łokcia);

– grube bluzy dresowe z dekoltem off – shoulder (czyli ciepłe, ale ramię gołe).

I obejrzałam zwiastun filmu dokumentalnego o Elizabeth Holmes, tej od Theranosa – „You Can See Everything”. Ciarki mnie przeszły od stóp do czubka głowy i z powrotem. Ja tej baby nigdy nie lubiłam – pamiętam okładki z nią, wystrojoną w czarny golf jak Jobs, za którego kontynuatorkę się uważała, jak trzymała w palcach ten pojemniczek z krwią, i myślałam wtedy, że ona ma coś bardzo niedobrego w oczach. No i proszę – zaledwie kilkanaście lat później okazuje się, że miałam rację, a ona wylądowała w więzieniu (ale łagodnym, dla białych kołnierzyków). Podobno od razu się poskarżyła, że prywatny szef kuchni nie może jej kilka razy dziennie dostarczać świeżo wyciskanego zielonego soku, który jest dla niej bardzo ważny. Mogę jej wysłać zielony rosół, jakby mi znowu wyszedł (okropna baba). Czekam na ten dokument niecierpliwie.

O ELIKSIRZE URODY

Podejrzewam, że pająki wynoszone przeze mnie z wanny wspinają się do okna łazienkowego i wracają. Bo ze trzy ostatnie w ogóle się nie bały szklanki, w którą są przeze mnie łapane, tylko grzecznie podkuliły nóżki i do niej wskoczyły. Normalnie jakby znały procedurę – przejażdżki sobie robią, a później się chwalą na mieście. Nie wiem, co o tym myśleć.

Natomiast odkryłam eliksir młodości i urody, a właściwie to fejsbuk dla mnie odkrył – to jest bardzo proste, tylko trzeba zjadać codziennie puszkę sardynek. I już – ma się piękne WSZYSTKO – włosy, cerę, paznokcie, bo w sardynkach jest kolagen i najlepsze tłuszcze i witaminy, więc żegnamy botox, witamy sardynki. I mówiła o tym Francuzka, a wiadomo, że Francuzki są może i zołzy, ale szykowne, zadbane i szczupłe. 

No i dobrze, bo lubię sardynki (czego nie można powiedzieć o zastrzykach), ale CODZIENNIE? No nie wiem. Chyba jak coś trzeba jeść codziennie, to się szybko znudzi (frytki też? aż mnie kusi, żeby spróbować,  tylko że wtedy nie zmieszczę się nie tylko w dżinsy, ale i w drzwi wejściowe). Z drugiej strony – nie trzeba tych sardynek rąbać prosto z puszki, można sobie zrobić z nich różne fajne rzeczy i może wtedy się nie znudzą? Jakiś pasztecik z jajkami na twardo albo coś. 

W tym tygodniu w internetach króluje dyskusja, czy dzieci umrą od niezjedzenia codziennie kotleta. Bo okazało się, że więcej warzyw w szkolnych stołówkach to jest zamach na wartości, godność ludzką i „Polski już nie ma”. Bardzo pouczająca lektura na twitterze („Wara z zupą na wywarze warzywnym od mojego DZIECKA!!”) oraz powstają Stowarzyszenia Obrony Dzieci przed Fasolą. Trochę jak w „Konopielce”, kiedy nauczycielka ugotowała obiad. 

A nam stuknęły trzy lata z Mangustą. Już trzy lata?… Dopiero co wiozłam tego małego glutka na tylnym siedzeniu, cała w żałobie po Szczypawce, a ona wlazła mi na kolana i przytuliła się i tak już zostało. Mój kochany antydepresant – jest taka słodka, że nawet nie mam ochoty jej udusić, kiedy wychodzimy na siusiu o czwartej rano (aczkolwiek wolałam, kiedy było już widno o tej porze – chociaż to przecież nie Mangusty wina, tylko położenia geograficznego Polski). 

Czy musi tak wiać? W ogóle się nie wyspałam – wyło przez całą noc jak w „Tajemniczym ogrodzie” na wrzosowiskach i w ogóle protestuję i poproszę z kierownikiem.