O RYBACH (NIEOBECNYCH)

Przebywamy na rybach – to znaczy N., ja do towarzystwa (żeby mu za dobrze nie było – nie po to się żenił).

Na razie leje łamane na wieje. Podobno fala na jeziorze jest w złą stronę – żeby coś złowić, to trzeba być na drugim brzegu. Więc w sumie na razie przez pół godziny łowił i jak rozmawiał z kumplem, to stwierdził, że ryba była niełaskawa.

Jeśli o mnie chodzi – to jestem po stronie ryb, nie wędkarzy. Nie biorę w tym udziału, spaceruję z Mangustą (a przynajmniej się staram – kiedy nie leje). Dobrze, że wzięłam dwie pary sportowych butów, to na zmianę schną – ach, to polskie lato! Ale komary mnie zdążyły pogryźć – jakoś im deszcz nie przeszkodził.

Jedna smażalnia w okolicy, co była bardzo dobra, to się popsuła. Za to jagodzianki z Olsztynka – niezłe (jeszcze ze trzy dni tego deszczu i nie wejdę w spodnie z Uniqlo).

A propos spodnie – wyskoczył mi kilkukrotnie artykuł „Zabójcze spodnie z Zary” – i nie chodzi o ich urodę, tylko o długość. To te, co mają nogawki o pół metra za długie i ciągną się za człowiekiem (płci żeńskiej, bo to z działu „kobieta”). Podobno na SOR-ach w całej Europie są opatrywane panie, które zdecydowały się nosić te spodnie – nie kończy się to dobrze, zwłaszcza na schodach. Prawdziwe, dosłowne fashion victims.  Zawsze mnie zastanawiało, jak w tym chodzić i myślałam, że widocznie jestem za mało elegancka – okazuje się, że to nie jest odzież do chodzenia, tylko do sesji zdjęciowych. Może powinien być osobny dział? 

No i tak to. Pani z domku obok (w lesie, nad jeziorem) chodzi na pomost spowita w biały dres i z markową torebką. Nie na promenadę – na pomost w lesie, taki do rzucania wędki. Ale jest bardzo miła, porozmawiałyśmy o Manguście – ja w dresowych spodniach moro i tiszercie z jamnikiem w berecie. Miałam torebkę, owszem – ale na psią kupę (niemarkową, za to biodegradowalną). Może powinnam kupić sobie biały dres? Tylko w moim przypadku to jest odzież na kwadrans, zwłaszcza jak pada deszcz – zaraz będę miała spodnie całe w psich łapkach i błocie. Podziwiam takie kobiety, ale zdecydowanie do nich nie należę.

Dobra, bo chwilowo nie leje – biorę Mangustę i mój tyłek na spacer.

O ŚMIECENIU NA TARASIE

Na sośnie nad tarasiem siedzi jakiś zwierz, zajada szyszki, a łuskwinami pluje na taras. Mogło sobie usiąść na KTÓREJKOLWIEK sośnie – ale nie, musiało akurat na tej, z której śmieci lądują na tarasie i ja muszę je zamiatać kilka razy dziennie! Chociaż może to z troski o mnie, żebym robiła więcej kroków i miała aktywność fizyczną. No, to mam – przy okazji polecam silikonowe szczotki do zamiatania. Może nie są najlepsze dla środowiska, ale za to najlepiej się nimi sprząta trudne powierzchnie. 

Chciałam w tym miejscu zaznaczyć, że jako jedyna z najbliższego towarzystwa nie mam smartwatcha, który wszystko liczy i pokazuje. Na pewno byłabym na ostatnim miejscu z moimi wynikami, poza tym one potrafią być niemiłe i uszczypliwe – wysyłają złośliwe komunikaty, a ja nie mam w życiu miejsca na taką NEGATYWNĄ ENERGIĘ. Co to, to nie. Trzeba mieć te resztki godności własnej.

Ponieważ ostatnio wpadam ze skrajności w skrajność, to z nieoglądania seriali wsiąkłam w „For All Mankind”, który to od dawna polecał mi jeden znajomy mecenas, a ja jakoś tak się namyślałam. I jak odpaliłam pierwszy odcinek, to najchętniej bym oglądała NON STOP, tylko cały czas N. albo Mangusta coś chcą. A to do biura pojechać, a to zakupy, a to jeść, no powiadam państwu – życie rzuca kłody przed telewizor (oglądam na dużym ekranie, bo na to zasługuje). Po raz kolejny w roli twardziela w kosmosie – Joel Kinnaman, ale bardzo pasuje, więc się nie czepiam. Końcówka pierwszego sezonu taka, że co pięć minut łapię się za serce – nie oszczędzają ani widza, ani bohaterów (to nie jest serial tego typu, że komplet bohaterów zostanie z widzem do końca, od razu mówię). I ma pięć sezonów, a nie nędzne osiem odcinków (coraz krótsze te seriale ostatnio robią). 

Za to „Dziwna pogoda w Tokio” – naprawdę dziwna, może faktycznie zbyt duże różnice kulturowe; czasem trudno odróżnić, co się wydarzyło naprawdę, a co jest jakimś snem czy abstrakcyjną wizją. Ale taka „Dziewczyna z konbini” czy „Ukochane równanie profesora” też były dziwaczne, ale przy tym wciągające i podążało się za narratorem. Po lekturze kolejnej japońskiej książki mam takie wrażenie, że tam ludzie czują się bardzo samotni i nie można niczego powiedzieć wprost (może właśnie to jest główna przyczyną). 

Ponieważ nie nadaję się – jak widać – do literatury ambitnej, to postanowiłam w wakacje powyciągać książki z wydawnictw Kameleon i Salamandra – kupowałam je kiedyś do czytania w pociągach i były naprawdę fajne, a trafiały się klejnoty, jak powieści Barbary Trapido czy Williama Gibsona. Na razie wyciągnęłam „Dublerkę” Deborah Moggah (która prawie jest moją dobrą znajomą, po tym jak Nina Stibbe opisała jej zwyczaje związane z ogrodem, ubieraniem się, przyjmowaniem gości i pisaniem – Deborah potrafi pisać wszędzie i w każdych warunkach, np. jedząc tosty z jajkiem naprzeciwko włączonego telewizora). 

Przynajmniej cieplej się zrobiło. Idę pozamiatać taras.

PS. Władek Jagiełło był sporo niższy od Jadwigi, ale podobno miał poczucie humoru.

O SPRZĄTANIU I SERWATCE

Otóż aktualnie dla odmiany – niż Bernardette. Jak dwie noce temu zaczęło wiać, to się zastanawiałam, czym obciążyć psa, żeby mi jej nie porwało podczas porannej toalety. 

Polskie lato w natarciu. Na razie przyznaję mu takie 3/10 (daję 3 punkty, bo przynajmniej wulkan u nas nie wybuchł i nie było szarańczy – JESZCZE). Chociaż pewnie gdybym była na wczasach nad morzem, to nie przyznałabym ani jednego punktu.

Zginął mi jeden album ze zdjęciami, w efekcie posprzątałam już w kilku szafkach – nie znalazł się, ale przynajmniej mam posprzątane szafki. Jedna pani z internetów mówi, że patent na odgruzowanie domu jest taki, że bierze się do ręki torbę, obchodzi się z nią dom i ładuje do niej pięć rzeczy, które chcemy wyrzucić. Wystarczy pięć. Tylko to trzeba powtarzać CODZIENNIE. To jest niezły pomysł, bo mam dosłownie ciarki wzdłuż kręgosłupa na samą myśl o generalnych porządkach, a takie wyrzucanie pięciu dziennie – phi, czasem z samej lodówki mam więcej (nie jestem z tego dumna, głównie przeterminowany nabiał). 

Na razie z szafek poszło do wyrzucenia tyle, że mam ze dwa tygodnie wolnego, albo i więcej.

Z innych mądrości internetowych: na wszystkie moje problemy rozwiązaniem będzie picie serwatki. Oraz zjadanie nasion babki płesznika. Serwatki nie piłam nigdy w życiu, co innego maślankę. Może być maślanka? Pewnie nie, ci internetowi guru są bardzo kategoryczni. A babka płesznik brzmi jak coś, czym można się nieźle zakrztusić. No chyba, żeby popić serwatką. 

Robiłam ostatnio porządki w skrzynkach mailowych – jakie smutne czasy nastały, że w spamie mam głównie maile od panów, oferujących wsparcie prawne. Kiedy to się stało? Żadnej fantazji. A gdzie nigeryjscy książęta, którzy chcą mi przekazać swoją fortunę? Gdzie oferty powiększenia penisa, niedrogo i efektywnie? Ta generacja Z wszystko psuje, naprawdę. Nie piją alkoholu, nie powiększają penisów, tylko by udzielali wsparcia prawnego – banda nudziarzy. Jak to powiedział Harrison Ford w „Shrinking” – cieszę się, że spieprzyliśmy im planetę. 

Czytam „Dziwna pogoda w Tokio” – nie wiem, co sądzić o pogodzie, ale w życiu nie przeczytałam dziwniejszego opisu grzybobrania. 

O ROZKOPANYM MADRYCIE

No więc – w Madrycie byliśmy.

Wiem – miewałam w życiu lepsze pomysły, ale bilety były sprzed pół roku i dwa razy przebukowywane i dotarliśmy do momentu, w którym trzeba było podjąć decyzję – albo w tę, albo weftę. No to pojechaliśmy – przez dwa pierwsze dni było chłodniej, niż w Polsce! Ale później już cieplej. Czyli piekielny kocioł z wrzącą siarką.

Cały Madryt w remontach. Calutki – gorzej, niż Warszawa; gdzie nie poszliśmy, tam płoty, siatki i panowie z młotami pneumatycznymi. Nawet w parku Retiro, do którego popełzliśmy, żeby nie dostać udaru – a tam Palacio de Cristal w remoncie. No nic, poszliśmy na wystawę w budynku obok, bo zawsze człowiek trochę odpocznie w klimatyzacji – a tam wystawa o wojnie domowej. No jak nie idzie, to nie idzie. 

Ale i tak jestem z siebie dumna, że tyle kilometrów zrobiłam w taki upał – głównie przedpołudniami i głównie dzięki spodniom z Uniqlo. Bo N. zaciągnął mnie do Uniqlo, jest zakochany w ich ciuchach, głownie spodniach, bo uratowały mu życie w upale w Japonii. Powiedział, że nikt nie robi takich spodni na upał i MA RACJĘ – żadne inne lniane spodnie nie są tak rewelacyjne, miękkie i przewiewne. Każdy inny len czy mieszanka mnie drapie – a w tych przechodziłam trzy upalne dni i jedyne czego żałuję, to że nie wzięłam wszystkich dostępnych kolorów z tego fasonu, a kosztowały w okolicach 20 eurasi. Po prostu cudo. Ale za to bolą mnie stopy, bo chodziłam w sandałkach, nie byłam w stanie się przemóc i założyć zakrytych butów i teraz mam za swoje. 

No i hotel mieliśmy z niespodzianką – co prawda działała klimatyzacja (nie to, co w Pobierowie), ale za to budziło nas jakieś łomotanie – jakby ktoś trzaskał drzwiami ogromnej szafy. Co się okazało – hotel był (jest) w kamienicy z zachowanymi oryginalnymi okiennicami. Wewnętrznymi i zewnętrznymi. DREWNIANYMI. No i one się tak tłuką, jeśli nie są zamknięte na rygiel. Jak wielka, drewniana szafa. 

Wnioski z wyprawy mamy takie, że chyba w przyszłości odpuścimy sobie Madryt latem. Ale za to będę częściej zaglądać do Uniqlo. 

Jak pięknie być w domu, gdzie poduszka ma odpowiednią wysokość (czyli jest płaska), kołdra nie jest utkana pod materacem (po co to utykanie – ile człowiek musi się naszarpać, zanim się położy), a piesek śpi obok. Mangusta znalazła sobie zajęcie – pilnowała szwagra. Zebra mi donosiła, że dopóki nie ma go w domu, to jest spokój, a jak tylko wróci z roboty – to Mangusta kładzie się obok niego i drze się na wszystkich, jak opętana. Szkoda, że nie mam jak zapytać, o co jej chodzi. Niezbadanymi drogami chadzają psie pomysły.

No to wstawiłam pranie i czekam na te obiecane deszcze. Trawa wyschła, a debile z gminy dziś od rana koszą. Ja nie wiem, kiedy i dlaczego ludzkość tak zgłupiała.

O LOBELIACH I DEPTANIU SOLI

W sprawie banku – kiedy tylko okazało się, że mogę płacić przez internet, włączyłam sobie luz i zen. Kontrolnie wchodzę poczytać komentarze na fejsbuku, z których wynika, że nadal wielu osobom różne rzeczy nie działają, a dodzwonić się nie idzie, więc postanowiłam nie mnożyć oczekiwań, na spokojnie założyć inne konto i zająć się rzeczywistymi problemami.

Na przykład niebieskimi lobeliami, które są przepiękne i kwitną jak szalone, ale odkąd przyszły upały, to podlewam je dwa razy dziennie, a one i tak mdleją po południu – chyba muszę im poszukać bardziej ocienionego miejsca. Oraz wykąpałam Mangustę w upały, bo też nie mogła sobie miejsca znaleźć i była oklapła jak te lobelie – od razu się zregenerowała i zjadła puszkę kurczaka.

Oraz, jak co roku, kochane ptaszki obsrywają mi taras na atramentowo, bo nażarły się czereśni (w kupach są pestki). 

N. nareszcie znalazł w garażu i zainstalował soda stream – zginął (zginęła?) nam w garażu po zimie, bo mamy płodozmian: na lato soda stream, na zimę – wyciskarka do pomarańczy. No i od miesiąca N. przetrząsał garaż – NIE MA, soda stream się zapadło (zapadł? zapadła?) pod ziemię. Prawie dostał gorączki, bo on – w odróżnieniu ode mnie – raczej ma porządek (ja mam coś w rodzaju kontrolowanego chaosu) i w miniony weekend zapowiedział, że albo tę cholerę znajdzie, albo wrzuca granat i urządza garaż od nowa. I znalazł – gdzie? Ano w pierwszym miejscu, w którym szukał i przysięgał, że właśnie tam odstawił i nie ma. A sprawdzał w międzyczasie z dziesięć razy. U nas się mówi na takie przypadki, że diabeł ogonem nakrył. 

Z internetowych trendów: deptanie soli. Od kilku dni wyskakują mi filmiki z paniami, które wysypują sól pod prysznicem – dużo, gruba warstwa ma leżeć – i po niej depczą, a następnie biorą prysznic. I to ma być prozdrowotne i odprężające i w ogóle. Ale chyba nie codziennie? Bo musiałyby tę sól mieć dostarczaną ciężarówkami, a taka ilość solanki w ściekach też nie jest obojętna dla środowiska. 

Poza tym o – co mi podpowiedział najlepszy kumpel i najwartościowszy pracownik N., czyli chat GPT (serio – N. się zakochał w chacie GPT, wykupił sobie wersje biznesową i zarzuca go robotą i nie można ich od siebie oderwać):

„Deptanie, stanie lub chodzenie po rozsypanej soli to według dawnych wierzeń i przesądów ludowych zapowiedź konfliktu, kłótni oraz pecha w domu. Według tradycyjnych przesądów, samo nastąpienie na sól oznacza rychłe spięcie, kłótnię z bliskimi lub długotrwały konflikt w rodzinie.”

Co to, to nie – ja nie mam energii na konflikty i spięcia, a pecha w domu sobie nie życzę. Wystarczy mi pech w banku.

Jakoś nie mam ostatnio nastroju na seriale – wolę siedzieć wieczorami na tarasie, skoro nareszcie zrobiło się ciepło (a nawet upał, bo u nas nie może być NORMALNIE). 

O TYM, ŻE PEŁNIA BYŁA STRASZNA

Nie wiem, czy to tylko u mnie, ale ostatnia pełnia mnie przeczołgała.

Najpierw Inpost zjadł mi paczkę, a właściwie – nie otworzył skrytki. Aplikacja się zawiesiła, a jak się odwiesiła – to paczka już była oznaczona jako odebrana. Były to okulary słoneczne, bez których postanowiłam, że przeżyję. Złożyłam reklamację, ale bez jakichś oczekiwań. Pomyślałam, że jak paczka się odnajdzie w odmętach systemu, to poproszę o przesłanie jeszcze raz albo coś. 

A następnie transferowali mi bank do VeloBanku.

W weekend była przerwa techniczna, a w poniedziałek rano moje konto zniknęło z jednego banku i nie pojawiło się w drugim. Naiwnie zadzwoniłam na infolinię, po czterdziestu minutach oczekiwania (muzyczka zdecydowanie lepsza w poprzednim banku) pan konsultant rozbrajająco poinformował mnie, że on mi w niczym nie pomoże, bo system padł. W internecie zaroiło się od komentarzy wkurwionych klientów, co mnie trochę pocieszyło, a trochę nie – niby nie jestem w tym sama, ale taki burdel niezbyt dobrze świadczy o banku. A może informatycy od migracji byli już z tego pokolenia, że mają work – life balance i po prostu nie przyszli w weekend do pracy, transferować klientów, bo mieli inne plany. A może prezes lubi zarządzanie przez chaos. Podobno jakiś wizjoner. No, to wyjątkowo mu się wizja zmaterializowała w jeden wielki megaburdel.

Najgorzej, że jak się tak zaczęłam zastanawiać, to właściwie mogą mi to konto zniknąć i nic nie zrobię. Bo odkąd nie ma papierowej korespondencji, cały mój dowód na to, że mam jakieś konto, to karta z banku (którą można podrobić) i jakieś maile (jeszcze jak można podrobić, a zresztą systematyczne je usuwam). Umowę z bankiem mam (albo nie mam) sprzed ponad dwudziestu lat, więc może już się rozleciała. Nawet nie zrobiłam sobie kopii ostatnich wyciągów, bo niedawno przenosili N. z jednego banku do drugiego i on KOMPLETNIE nie musiał nic robić, nawet instalować nowej aplikacji, tylko kolorek logo w telefonie mu się zmienił. Więc myślałam, że to taki bankowy standard. A zatem, nawet jak się już dostanę przed oblicze jakiegoś konsultanta, w telefonie czy na żywo, to on mi może spokojnie powiedzieć w twarz, że pierwszy raz na uszy słyszy, że ja mam jakiekolwiek konto. A taką kartę do konta to sobie można kupić w każdym sklepie z kartami. 

Pierwsze logowanie udało mi się we wtorek, późnym rankiem. Sprawy do wyjaśnienia będę wyjaśniać, kiedy czas oczekiwania na infolinii spadnie poniżej trzech godzin. W ramach testu kupiłam sobie koszulę w Zarze (mój ulubiony styl, cienkie bawełniane z haftami i zakładkami, koszmar do prasowania, ale wyglądają ślicznie). 

Kiedy tak siedziałam w poniedziałek, osuwałam się w otchłań szaleństwa i odświeżałam stronę, to już nie wiem, czy miałam halucynacje, czy naprawdę wyświetlił mi się filmik z panią, która nakładała na włosy majonez. I tłumaczyła, jakie to super dla włosów i zbawienne. I drugi z panią z Paryża, która wyciągnęła z lodówki ogryzki różnych serów, zeschnięte i zapleśniałe (pleśń odkroiła), wrzuciła do miksera z białym winem i zrobiła z tego maź, która się nazywa fromage fort i jest tres chic. Może być na grzanki albo do sałatki (ale pleśń żeby jednak odkroić). 

A we wtorek po południu Inpost przysłał mi ponownego linka do zaginionej przesyłki, więc tego samego dnia odzyskałam i okulary, i konto w banku. Powinnam była wypić toast szampanem z tej okazji, ale nie lubię szampana (ani kaca następnego dnia). 

Teraz najchętniej bym zażyła jakieś psychotropy uspokajacze i jakieś trzy dni posiedziała na kanapie w stanie półświadomości, ale oczywiście mój mąż i Mangusta mają inne plany i nici z relaksu. Jak się zdenerwuję, to zrobię francuski dip ze spleśniałego sera.

O PSICH IMIONACH

Pozwolę sobie tradycyjnie zacząć – co za porąbana pogoda! Wczoraj upał znienacka (i to akurat w dniu, kiedy miałam tyle rzeczy do załatwienia – po południu czułam się jak strzyga z udarem cieplnym, za to bardzo potargana), dziś od rana znaczące ochłodzenie relacji; gadałyśmy z koleżanką, że w zeszłym roku to już prawie cały miesiąc chodziłyśmy w sandałkach. A w tym? Może kilka dni.

Natomiast uprawiam kukurydzę. Wyświetliła mi się rolka, jak przyozdobić taras i jedna pani wsypała popcorn* do doniczki z ziemią i efekt był bardzo ładny, więc postanowiłam też, bo została nam taka wysoka doniczka, na którą nie miałam pomysłu w tym roku. (O maj gad, czy to znaczy że zostałam zinfluensowana? Czy jak tam się to pisze). W każdym razie – N. otrzymał gratis garść kukurydzy od naszego lokalnego dostawcy słonecznika, ciepnęliśmy to do doniczki i obserwujemy. Po czterech – pięciu dniach zaczęły wychodzić kiełki i teraz biegamy kilka godzin dziennie je liczyć. Zaczynaliśmy od czterech, a teraz mamy dwadzieścia cztery, a te pierwsze to już mają po kilka centymetrów – rosną w oczach! To znaczy – w doniczce rosną, tylko dość szybko. Frajda jest niesamowita, chyba lepsza zabawa, niż z rzeżuchą.

Znacie tego mema, że koleś nie ma pojęcia, jak mają na imię jego sąsiedzi, ale zna imiona wszystkich psów w okolicy? Jest to szczerozłota prawda. Ostatnio dowiedziałam się, że jeden pies na rogu ma na imię Darek (albo Derek – mamy z N. dyskurs, bo pancio go wołał i każde z nas usłyszało inaczej; ja obstawiam Dereka, no bo Darek dla psa to trochę bez sensu). Z kolei kawałek dalej jeden terierem ma na imię Rupert i N. się nawet z nim zapoznał, bo pomagał go zagonić do chałupy, kiedy Rupert sobie wyszedł na rekonesans przez otwartą bramę (ludzie, zamykajcie bramy do cholery jasnej). 

A wczoraj usłyszałam o jamniku, który miał na imię Beret, bo spał panciowi na głowie. No to Mangusta powinna zostać przechrzczona na Etolę, bo jako świeżo przybyły szczeniaczek spała mi na ramieniu, przytulona do szyi. A w bliskiej okolicy mamy niedługo festiwal Waldorffa, którego jamnik miał na imię Puzon. 

Czytam książkę „Wścibscy sąsiedzi” (to znaczy – zaczęłam wczoraj, ale padłam jak kawka po niezbyt wielu stronach, no bo ten wariacki dzień w upale). Na początku miałam obawy, że to taka podróba kryminałów Osmana, ale nie – chociaż klimat też brytyjski, bo fabuła dotyczy sąsiadów, zamieszkujących podniszczony dom – kamienicę w małym miasteczku. Jedna z bohaterek – emerytka – ciągle pije herbatę, a poza tym wszystko i wszyscy ją denerwują. Czy muszę artykułować, że prawie od razu poczułam z nią więź?…

A na Netflixa wjechał drugi sezon „Czterech pór roku” – ciekawe, czy taki dobry, jak pierwszy. Bardzo lubię wszystko, co wymyśliła Tina Fey. 

* Oczywiście, chodzi o popcorn zanim został popcornem, czyli ziarna kukurydzy, ktore były w opakownaiu opisanym jako “Popcorn do mikrofalówki”, bo to chyba dla niektórych jedyne znane źródło ziaren kukurydzy. Tak myślę.

O PAMIĘCI I PSIM BUDZIKU

Wyświetliła mi się reklama biustonoszy z pamięcią.

I to jest znakomity pomysł, bo – jak wiadomo – z pamięcią mi ostatnio nie po drodze, obrazowo ujmując – jeśli ja jestem dajmy na to u siebie na wsi koło Warszawy, to moja pamięć jest jakoś w Toronto. Albo Sydney. Albo leci na Wyspy Zielonego Przylądka i nie dzwoni stamtąd ani nie pisze.

Pytanie tylko, jak działa taka pamięć w biustonoszu – na niebieski ząb czyli bezprzewodowo? Czy raczej jak dyktafon- za każdym razem, jak chcę coś zapamiętać, to odchylam dekolt i szepczę i on to nagrywa? W zasadzie, jak tak sobie myślę, to każdy biustonosz może być biustonoszem z pamięcią – wystarczy zapisywać na karteczkach i wtykać je sobie za dekolt. Jedyny minus, że mogą drapać.

Trochę a propos niepamiętania, to pogoda w miniony weekend była tak ładna, że skusiłam się na kulkę  lodów o smaku kawowym, a N. na dwie jakieś owocowe. I naprawdę były niezłe te lody i w ogóle tak jakoś miło, że N. mnie pyta, dlaczego my w zasadzie nigdy nie byliśmy w Madrycie na lodach. Przez tyle lat – ani razu.

Półtorej godziny później i po trzech wizytach w toalecie przypomniało mi się, dlaczego nie byliśmy na lodach w Madrycie, ani w zasadzie nigdzie indziej. To znaczy – możemy iść, proszę bardzo, ale później nie powinniśmy się zanadto oddalać od hotelu. A najlepiej, gdybyśmy pozostali tak do półtora metra w okolicy wind. Ewentualnie w grę wchodzą sorbetowe, bez nabiału. Tylko po co? Moim zdaniem – najlepiej po prostu iść na wino. Wino człowiekowi nie robi takich podłych rzeczy.

Następne lody – kiedy znowu zapomnę, że nie toleruję mleka, a biustonosz mi o tym nie przypomni.

Musimy znowu zakroplić Mangustę przeciwko kleszczom, które w tym roku są wielkie, głodne i wcale mrozy nie zmniejszyły ich populacji. I wszędzie są krople na miesiąc, a przysięgam, że w zeszłym roku mieliśmy takie na trzy miesiące. Nie wiem, co się z nimi stało i dlaczego nie ma ich w sprzedaży (a może mam fałszywe wspomnienia? Takie w biało – żółtym kartonowym pudełku, z dołączoną rękawiczką – były takie, czy mi się przyśniło?).

„Lśniące dziewczyny” bardzo dobre. Za to trochę mniej dobre – Mangusty pobudki; zrywa nas z łóżka o 4.30, a zatem codziennie oglądam malownicze wschody słońca, a wieczorem jestem zdechła po dziewiętnastej. Nie wiem, jak jej przestawić budzik chociaż o godzinę. Albo przynajmniej o pół!… 

O KOMPOCIE I PRZEPISIE NA LASAGNE

Miałam dość fajny sen – śpiewałam „Midnight train to Georgia”; na pewno był przyjemniejszy, niż większość moich snów, w których błądzę po labiryntach jakichś gmachów / jest apokalipsa / muszę znowu zdawać maturę i nie mam spodni ani nie wiem, kiedy urodził się Mickiewicz / zalewa nas tsunami i tym podobne. W dodatku ja lubię śpiewać, byle nie „sto lat” na imprezie, to mi przez gardło nie przechodzi – ale coś na trzy głosy – proszę bardzo. 

Tymczasem podobno Amerykanie odkryli kompot pod nazwą „boiled strawberries”, przy czym strawberries wyjadają ze szklanki pałeczkami. Zuch chłopaki (i dziewczyny). Już jedna knajpa w Warszawie ma go w cenie 30 złotych za szklankę – koniecznie musimy powiedzieć pani właścicielce „Stokrotki” na Kaszubach, u której się stołujemy i zawsze jest kompot w cenie kilku złotych, żeby chociaż do 20 podniosła i nie psuła rynku!

(A propos Kaszub – zawsze, jak tam jedziemy, to wszyscy są tacy mili i uprzejmi, nawet trudna młodzież, ale to wszyscy wszędzie – że N. za każdym razem podejrzewa, że oni specjalnie są tacy mili, żeby go zdenerwować. Czy ktoś jeszcze to zauważył, czy tylko dla nas są tacy przyjaźni?)

Przeczytałam (na zmianę – na starość tak mi się robi, że lepiej mi się czyta kilka książek naraz na zmianę, no chyba że jakiś naprawdę wciągający tom trafię) dwie naprawdę dziwne książki: „Mój mąż” Maud Ventura i „Ogród rozpaczy ziemskich” Beatriz Serrano. Pierwsza jest o małżeństwie – francuskim, dodajmy – i jeśli francuskie małżeństwa klasy średniej tak wyglądają, to ja już nie wiem. Mam nadzieję, że to jednostkowy przypadek. Druga z kolei jest opowieścią singielki, prowadzącej niesatysfakcjonujące życie – ma wykształcenie artystyczne, a pracuje w agencji reklamowej w Madrycie i bardzo z tego powodu cierpi. Przez 2 / 3 książki strasznie mnie denerwowała i miałam ochotę kopnąć ją w tyłek, bo cierpiała i żarła garściami lorazepam, jakby musiała azbest układać, a nie hasełka sprzedaży szminek – ale zakończenie było zaskakujące i w sumie wyszło nieźle. 

Jak już się pogoda poprawiła, to od razu są upały – czy u nas nigdy nie może być NORMALNIE? Mangusta wykłada się na tarasowej kanapie jak Józefina Bonaparte na szezlongu, z tym, że Józefina raczej nie leciała co kwadrans do bramy, wydzierać się na wszystkich. Chociaż – kto ją tam wie, Francuzki są dziwne (przynajmniej ta jedna z mojej książki). 

Wyskoczył mi na fejsie przepis na słynna lasagne George’a Michaela. Z jajkami na twardo. No proszę, nigdy takiej nie jadłam. George to chyba powinien mieć przepis na musakę, nes pa?

O PRZYGNĘBIAJĄCYCH PORZĄDKACH

Dear Diary, jakoś strasznie dużo bieganiny mamy ostatnio i uchetana jestem jak nasza szkapa. Musiałam w końcu wziąć się za większe porządki w domu po rodzicach i wyrzucanie straszliwych ilości nagromadzonych rzeczy (nie przesadzam – niektóre ubrania to chyba jeszcze lata 70-te pamiętały) – strasznie mnie wyczerpało. Fizycznie i psychicznie. I pakowałam te worki i obiecywałam sobie, że nie będę kupować tylu ciuchów bez sensu, po czym wróciłam do domu, wzięłam prysznic i wylądowałam na Zalando w dziale „torby damskie shopper i tote” – BEZ UDZIAŁU ŚWIADOMOŚCI! Ale przysięgam, że nie kupiłam. Ani torby, ani nawet biustonoszy dla psa. 

Niektórzy ludzie potrafią robić regularnie gruntowne porządki z wywalaniem – ja nie, ale bardzo bym chciała umieć. Tak solidnie, z rozmachem, nie, że kilka poplamionych tiszertów i za małe dżinsy. Oczywiście, z wyjątkiem ceramiki – N. nie pozwoli wyrzucić nawet najmniejszej skorupki, a ja nie zamierzam z nim walczyć. 

A propos psa – ZNOWU nie mam jak wychodzić z Mangustą na spacer, bo co prawda się ociepliło (tfu, żeby nie zapeszyć!), ale w naszej okolicy grasują stada dzików. Loch z małymi warchlaczkami – jakie śliczne! Ale Locha już niestety nie taka śliczna i patrzy na człowieka dość groźnie. Nie wiem, czy na dzika działa strategia „stanąć bez ruchu i przeczekać”, tym bardziej, że Mangusta ani nie stanie, ani nie przeczeka, tylko będzie się darła jak opętana. Ale nie ucieknę przed dzikiem, bo jak? NIE BIEGAM – chyba nawet nie umiem. A zresztą na pewno dzik biega szybciej (większość przyrody ożywionej biega szybciej ode mnie, nie ma się co czarować – chyba nawet bluszcz rośnie szybciej, niż ja biegam). 

Za to udało mi się skończyć „Siostry na zabój” – drugi sezon jest bardziej mroczny i ma takie zwroty akcji, że parę razy podskoczyłam na kanapie pod sufit i o mało nie wbiłam sobie szydełka w oko. Niemniej jednak – skończył się, czego bardzo żałuję, bo bardzo polubiłam te wariatki i trzymam kciuki, żeby nakręcili sezon trzeci. W oczekiwaniu oglądam „30 Rock” na Netflixie i wzdycham z nostalgią, bo to stary serial – jacy wszyscy są tam młodzi i robią sobie żarty z tego, co stało się naszą rzeczywistością. Wczoraj jak leciał odcinek z Salmą Hayek w parku, to nawet N. się żywo zainteresował – sukienka, jaką miała na sobie w scenach w parku, była znakomicie dobrana do jej walorów, tyle powiem.

Czy ja mogę wreszcie wyciągnąć te letnie kiecki? Bo jeszcze kilka takich weekendów jak ostatnio i w żadną się nie zmieszczę (bo co można robić w takie zimno – tylko żreć i się nad sobą użalać). A bardzo potrzebuję się ubrać jakoś kolorowo, na poprawę nastroju.