Każda dieta, jaką znam, zaczyna się od kategorycznego „ograniczyć pieczywo”; później okazuje się, że chodzi o to, żeby właściwie ograniczyć wszystko, ale pieczywo jest na pierwszym miejscu. No i od kilku dni ograniczam i jestem z siebie bardzo dumna, po czym N. wraca z piekarni z CIEPŁYM bochenkiem z CHRUPIĄCĄ skórką.
Zjadłam jedną trzecią. Uwielbiam dobry chleb, a już ciepły i chrupiący budzi we mnie nienasyconego pierwotnego potwora chlebojada – i tak jestem z siebie dumna, że nie pożarłam całego. I tak moje wyrzeczenia do niczego się nie przydały – wszystko przez faceta, JAK ZWYKLE!
Jak co roku przed pierwszym listopada zagłębiłam się w poszukiwanie zniczy – i co roku jest z tym gorzej. Naprawdę, coraz trudniej jest kupić zwykły, szklany znicz, prosty i estetyczny. Oczywiście – w ofercie zniczy jest miliard, ale niestety producenci prześcigają się w pomysłowości. Są znicze oplecione metalowymi prętami, znicze – kopuły i znicze – piramidy, znicze z brylantami i brokatem, znicze z przyczepionymi plastikowymi aniołkami, boziami, kwiatami, z nalepionymi kalkomaniami, z wypisanymi dedykacjami albo mottem, z doczepionym całym mini – ogródkiem i Buka wie, co jeszcze. Już prawie znalazłam w jednym sklepie ogrodniczo – okazjonalnym, ale okazało się, że stał tyłem i jak go odwróciłam, to miał z przodu plastikowe serca i gałęzie. Jak nic nie znajdę, to może faktycznie wrócę i go kupię i odpiłuję to paskudztwo po prostu?… Bo inwencja mi się kończy.
Oczywiście nadal staramy się przeprosić Mangustę za naszą nieobecność, natomiast w tym tygodniu tak nam dała popalić, że szkoda gadać. N. wrócił z wyjazdu w środku nocy, oczywiście odbyło się huczne powitanie pancia z bieganiem dookoła podjazdu, po czym poszliśmy spać (N., skonany, ja zaspana). Nie zauważyłam, że ten mały gad zgarnął ze sobą do łóżka gumowego kurczaka – zwykle jej zabieram i kurczak zostaje na dole. Urządziła nam prawie godzinę takiej rozrywki, pizgała kurczakiem z jednego końca łóżka na drugi, skakała, szalała, zakopywała pod kołdrą, że naprawdę w pewnym momencie rozważałam zamknięcie jej w schowku pod schodami. RAZEM Z KURCZAKIEM (zabranie kurczaka nic nie dawało, bo się na niego gapiła i jęczała, żeby oddać). Następnego dnia w biurze nie mogłam znaleźć na pasku ikonki poczty, a w kuchni herbaty.
No ale przecież to nasze KOCHANE SZCZĘŚCIE i bez niej byłoby pusto i smutno. Tak sobie powtarzałam, jak ręce same wyciągały mi się do poduszki celem uduszenia małego potwora.
A na Netflixie rzucili serial, który oglądałam daaaawno dawno temu – „Unforgettable”. Nie był najgorszy, ruda pani detektyw obdarzona idealną pamięcią pomaga w łapaniu morderców, można było zerknąć. Natomiast serial jest z 2011 roku i pamiętam, że ona wtedy robiła na mnie wrażenie strasznie napompowanej silikonem – mój Boże!… Na dzisiejsze czasy to ma leciutko i bardzo delikatnie powiększone usta, w porównaniu z dzisiejszą modą na obrzmiałe pontony, i żadnych innych wypełniaczy – ani w policzkach, ani w brodzie, a nawet ma własne rysy twarzy i mimikę, co dziś jest coraz rzadsze.
Świat był taki relatywnie niewinny w 2011 roku. I ja też. Kto by pomyślał.
Zamówiłam książkę, która wyskakiwała mi w reklamach i intrygowała tytułem – „O objętości czasu”. Z opisu wynika, że to coś w rodzaju „Dnia Świstaka”, ale po skandynawsku i filozoficznie. No, zobaczymy.