O PSICH IMIONACH

Pozwolę sobie tradycyjnie zacząć – co za porąbana pogoda! Wczoraj upał znienacka (i to akurat w dniu, kiedy miałam tyle rzeczy do załatwienia – po południu czułam się jak strzyga z udarem cieplnym, za to bardzo potargana), dziś od rana znaczące ochłodzenie relacji; gadałyśmy z koleżanką, że w zeszłym roku to już prawie cały miesiąc chodziłyśmy w sandałkach. A w tym? Może kilka dni.

Natomiast uprawiam kukurydzę. Wyświetliła mi się rolka, jak przyozdobić taras i jedna pani wsypała popcorn* do doniczki z ziemią i efekt był bardzo ładny, więc postanowiłam też, bo została nam taka wysoka doniczka, na którą nie miałam pomysłu w tym roku. (O maj gad, czy to znaczy że zostałam zinfluensowana? Czy jak tam się to pisze). W każdym razie – N. otrzymał gratis garść kukurydzy od naszego lokalnego dostawcy słonecznika, ciepnęliśmy to do doniczki i obserwujemy. Po czterech – pięciu dniach zaczęły wychodzić kiełki i teraz biegamy kilka godzin dziennie je liczyć. Zaczynaliśmy od czterech, a teraz mamy dwadzieścia cztery, a te pierwsze to już mają po kilka centymetrów – rosną w oczach! To znaczy – w doniczce rosną, tylko dość szybko. Frajda jest niesamowita, chyba lepsza zabawa, niż z rzeżuchą.

Znacie tego mema, że koleś nie ma pojęcia, jak mają na imię jego sąsiedzi, ale zna imiona wszystkich psów w okolicy? Jest to szczerozłota prawda. Ostatnio dowiedziałam się, że jeden pies na rogu ma na imię Darek (albo Derek – mamy z N. dyskurs, bo pancio go wołał i każde z nas usłyszało inaczej; ja obstawiam Dereka, no bo Darek dla psa to trochę bez sensu). Z kolei kawałek dalej jeden terierem ma na imię Rupert i N. się nawet z nim zapoznał, bo pomagał go zagonić do chałupy, kiedy Rupert sobie wyszedł na rekonesans przez otwartą bramę (ludzie, zamykajcie bramy do cholery jasnej). 

A wczoraj usłyszałam o jamniku, który miał na imię Beret, bo spał panciowi na głowie. No to Mangusta powinna zostać przechrzczona na Etolę, bo jako świeżo przybyły szczeniaczek spała mi na ramieniu, przytulona do szyi. A w bliskiej okolicy mamy niedługo festiwal Waldorffa, którego jamnik miał na imię Puzon. 

Czytam książkę „Wścibscy sąsiedzi” (to znaczy – zaczęłam wczoraj, ale padłam jak kawka po niezbyt wielu stronach, no bo ten wariacki dzień w upale). Na początku miałam obawy, że to taka podróba kryminałów Osmana, ale nie – chociaż klimat też brytyjski, bo fabuła dotyczy sąsiadów, zamieszkujących podniszczony dom – kamienicę w małym miasteczku. Jedna z bohaterek – emerytka – ciągle pije herbatę, a poza tym wszystko i wszyscy ją denerwują. Czy muszę artykułować, że prawie od razu poczułam z nią więź?…

A na Netflixa wjechał drugi sezon „Czterech pór roku” – ciekawe, czy taki dobry, jak pierwszy. Bardzo lubię wszystko, co wymyśliła Tina Fey. 

* Oczywiście, chodzi o popcorn zanim został popcornem, czyli ziarna kukurydzy, ktore były w opakownaiu opisanym jako “Popcorn do mikrofalówki”, bo to chyba dla niektórych jedyne znane źródło ziaren kukurydzy. Tak myślę.

O PAMIĘCI I PSIM BUDZIKU

Wyświetliła mi się reklama biustonoszy z pamięcią.

I to jest znakomity pomysł, bo – jak wiadomo – z pamięcią mi ostatnio nie po drodze, obrazowo ujmując – jeśli ja jestem dajmy na to u siebie na wsi koło Warszawy, to moja pamięć jest jakoś w Toronto. Albo Sydney. Albo leci na Wyspy Zielonego Przylądka i nie dzwoni stamtąd ani nie pisze.

Pytanie tylko, jak działa taka pamięć w biustonoszu – na niebieski ząb czyli bezprzewodowo? Czy raczej jak dyktafon- za każdym razem, jak chcę coś zapamiętać, to odchylam dekolt i szepczę i on to nagrywa? W zasadzie, jak tak sobie myślę, to każdy biustonosz może być biustonoszem z pamięcią – wystarczy zapisywać na karteczkach i wtykać je sobie za dekolt. Jedyny minus, że mogą drapać.

Trochę a propos niepamiętania, to pogoda w miniony weekend była tak ładna, że skusiłam się na kulkę  lodów o smaku kawowym, a N. na dwie jakieś owocowe. I naprawdę były niezłe te lody i w ogóle tak jakoś miło, że N. mnie pyta, dlaczego my w zasadzie nigdy nie byliśmy w Madrycie na lodach. Przez tyle lat – ani razu.

Półtorej godziny później i po trzech wizytach w toalecie przypomniało mi się, dlaczego nie byliśmy na lodach w Madrycie, ani w zasadzie nigdzie indziej. To znaczy – możemy iść, proszę bardzo, ale później nie powinniśmy się zanadto oddalać od hotelu. A najlepiej, gdybyśmy pozostali tak do półtora metra w okolicy wind. Ewentualnie w grę wchodzą sorbetowe, bez nabiału. Tylko po co? Moim zdaniem – najlepiej po prostu iść na wino. Wino człowiekowi nie robi takich podłych rzeczy.

Następne lody – kiedy znowu zapomnę, że nie toleruję mleka, a biustonosz mi o tym nie przypomni.

Musimy znowu zakroplić Mangustę przeciwko kleszczom, które w tym roku są wielkie, głodne i wcale mrozy nie zmniejszyły ich populacji. I wszędzie są krople na miesiąc, a przysięgam, że w zeszłym roku mieliśmy takie na trzy miesiące. Nie wiem, co się z nimi stało i dlaczego nie ma ich w sprzedaży (a może mam fałszywe wspomnienia? Takie w biało – żółtym kartonowym pudełku, z dołączoną rękawiczką – były takie, czy mi się przyśniło?).

„Lśniące dziewczyny” bardzo dobre. Za to trochę mniej dobre – Mangusty pobudki; zrywa nas z łóżka o 4.30, a zatem codziennie oglądam malownicze wschody słońca, a wieczorem jestem zdechła po dziewiętnastej. Nie wiem, jak jej przestawić budzik chociaż o godzinę. Albo przynajmniej o pół!… 

O KOMPOCIE I PRZEPISIE NA LASAGNE

Miałam dość fajny sen – śpiewałam „Midnight train to Georgia”; na pewno był przyjemniejszy, niż większość moich snów, w których błądzę po labiryntach jakichś gmachów / jest apokalipsa / muszę znowu zdawać maturę i nie mam spodni ani nie wiem, kiedy urodził się Mickiewicz / zalewa nas tsunami i tym podobne. W dodatku ja lubię śpiewać, byle nie „sto lat” na imprezie, to mi przez gardło nie przechodzi – ale coś na trzy głosy – proszę bardzo. 

Tymczasem podobno Amerykanie odkryli kompot pod nazwą „boiled strawberries”, przy czym strawberries wyjadają ze szklanki pałeczkami. Zuch chłopaki (i dziewczyny). Już jedna knajpa w Warszawie ma go w cenie 30 złotych za szklankę – koniecznie musimy powiedzieć pani właścicielce „Stokrotki” na Kaszubach, u której się stołujemy i zawsze jest kompot w cenie kilku złotych, żeby chociaż do 20 podniosła i nie psuła rynku!

(A propos Kaszub – zawsze, jak tam jedziemy, to wszyscy są tacy mili i uprzejmi, nawet trudna młodzież, ale to wszyscy wszędzie – że N. za każdym razem podejrzewa, że oni specjalnie są tacy mili, żeby go zdenerwować. Czy ktoś jeszcze to zauważył, czy tylko dla nas są tacy przyjaźni?)

Przeczytałam (na zmianę – na starość tak mi się robi, że lepiej mi się czyta kilka książek naraz na zmianę, no chyba że jakiś naprawdę wciągający tom trafię) dwie naprawdę dziwne książki: „Mój mąż” Maud Ventura i „Ogród rozpaczy ziemskich” Beatriz Serrano. Pierwsza jest o małżeństwie – francuskim, dodajmy – i jeśli francuskie małżeństwa klasy średniej tak wyglądają, to ja już nie wiem. Mam nadzieję, że to jednostkowy przypadek. Druga z kolei jest opowieścią singielki, prowadzącej niesatysfakcjonujące życie – ma wykształcenie artystyczne, a pracuje w agencji reklamowej w Madrycie i bardzo z tego powodu cierpi. Przez 2 / 3 książki strasznie mnie denerwowała i miałam ochotę kopnąć ją w tyłek, bo cierpiała i żarła garściami lorazepam, jakby musiała azbest układać, a nie hasełka sprzedaży szminek – ale zakończenie było zaskakujące i w sumie wyszło nieźle. 

Jak już się pogoda poprawiła, to od razu są upały – czy u nas nigdy nie może być NORMALNIE? Mangusta wykłada się na tarasowej kanapie jak Józefina Bonaparte na szezlongu, z tym, że Józefina raczej nie leciała co kwadrans do bramy, wydzierać się na wszystkich. Chociaż – kto ją tam wie, Francuzki są dziwne (przynajmniej ta jedna z mojej książki). 

Wyskoczył mi na fejsie przepis na słynna lasagne George’a Michaela. Z jajkami na twardo. No proszę, nigdy takiej nie jadłam. George to chyba powinien mieć przepis na musakę, nes pa?

O PRZYGNĘBIAJĄCYCH PORZĄDKACH

Dear Diary, jakoś strasznie dużo bieganiny mamy ostatnio i uchetana jestem jak nasza szkapa. Musiałam w końcu wziąć się za większe porządki w domu po rodzicach i wyrzucanie straszliwych ilości nagromadzonych rzeczy (nie przesadzam – niektóre ubrania to chyba jeszcze lata 70-te pamiętały) – strasznie mnie wyczerpało. Fizycznie i psychicznie. I pakowałam te worki i obiecywałam sobie, że nie będę kupować tylu ciuchów bez sensu, po czym wróciłam do domu, wzięłam prysznic i wylądowałam na Zalando w dziale „torby damskie shopper i tote” – BEZ UDZIAŁU ŚWIADOMOŚCI! Ale przysięgam, że nie kupiłam. Ani torby, ani nawet biustonoszy dla psa. 

Niektórzy ludzie potrafią robić regularnie gruntowne porządki z wywalaniem – ja nie, ale bardzo bym chciała umieć. Tak solidnie, z rozmachem, nie, że kilka poplamionych tiszertów i za małe dżinsy. Oczywiście, z wyjątkiem ceramiki – N. nie pozwoli wyrzucić nawet najmniejszej skorupki, a ja nie zamierzam z nim walczyć. 

A propos psa – ZNOWU nie mam jak wychodzić z Mangustą na spacer, bo co prawda się ociepliło (tfu, żeby nie zapeszyć!), ale w naszej okolicy grasują stada dzików. Loch z małymi warchlaczkami – jakie śliczne! Ale Locha już niestety nie taka śliczna i patrzy na człowieka dość groźnie. Nie wiem, czy na dzika działa strategia „stanąć bez ruchu i przeczekać”, tym bardziej, że Mangusta ani nie stanie, ani nie przeczeka, tylko będzie się darła jak opętana. Ale nie ucieknę przed dzikiem, bo jak? NIE BIEGAM – chyba nawet nie umiem. A zresztą na pewno dzik biega szybciej (większość przyrody ożywionej biega szybciej ode mnie, nie ma się co czarować – chyba nawet bluszcz rośnie szybciej, niż ja biegam). 

Za to udało mi się skończyć „Siostry na zabój” – drugi sezon jest bardziej mroczny i ma takie zwroty akcji, że parę razy podskoczyłam na kanapie pod sufit i o mało nie wbiłam sobie szydełka w oko. Niemniej jednak – skończył się, czego bardzo żałuję, bo bardzo polubiłam te wariatki i trzymam kciuki, żeby nakręcili sezon trzeci. W oczekiwaniu oglądam „30 Rock” na Netflixie i wzdycham z nostalgią, bo to stary serial – jacy wszyscy są tam młodzi i robią sobie żarty z tego, co stało się naszą rzeczywistością. Wczoraj jak leciał odcinek z Salmą Hayek w parku, to nawet N. się żywo zainteresował – sukienka, jaką miała na sobie w scenach w parku, była znakomicie dobrana do jej walorów, tyle powiem.

Czy ja mogę wreszcie wyciągnąć te letnie kiecki? Bo jeszcze kilka takich weekendów jak ostatnio i w żadną się nie zmieszczę (bo co można robić w takie zimno – tylko żreć i się nad sobą użalać). A bardzo potrzebuję się ubrać jakoś kolorowo, na poprawę nastroju.

O POWROCIE ZIMNA I PSACH

No, to się nabyło ciepło. Kapcie na futrze i grube bluzy zaliczyły comeback, a szmizjerka z Chojnic smętnie wisi i czeka na lepsze dni.

(Serio, szmizjerka to takie zapomniane słowo? Owszem, przeważnie używa się „sukienka koszulowa”, ale widziałam w internetowych butikach nazwę „szmizjerka”).

Mangusta nadal jest misgenderowana – tym razem przed miejscową piekarnią jedna pani się zachwycała „Jaki on piękny! Niech mu pani zawiąże czerwoną wstążeczkę”. Czerwoną to się nosi nitkę na nadgarstku, z tego co pamiętam – Madonna nosi i to podobno znaczy, że kabała (ale co kabała, to już nie wiem). Dear Diary, jak skutecznie i umiejętnie zasygnalizować światu, że Mangusta jest kobietą (zaimek ona, jej) (WSZYSTKO JEST JEJ – wszystko w zasięgu wzroku).

Natomiast dzwoni do mnie moja ciotka.

– Słuchaj, wczoraj był finał „Mam talent”.

– Nawet mnie nie denerwuj – mówię jej, bo takie programy to jest dla mnie dowód na intelektualne ubytki w mózgach współczesnej ludzkości.

– Ale nie, słuchaj! PIES WYGRAŁ! No prawie się popłakałam.

No to dobrze, że pies wygrał. Ale i tak nie zamierzam tego oglądać dobrowolnie.

Natomiast odkryłam świetny serial – „Bad Sisters” (po naszemu oczywiście „Siostry na zabój”). Zakochałam się w nich – są odjechane jak nie przymierzając siostry Walsch u Marian Keyes i mają jeden wspólny cel: zamordować szwagra (znaczy, męża jednej z nich). W tle Irlandia, która jest nadzwyczajnie piękna, widoki zapierają dech w piersiach – jednego tylko nie mogę znieść – jak kąpią się w morzu ZIMĄ. Na Boże Narodzenie, w Sylwestra i ogólnie, w porach roku, które normalnemu człowiekowi by nie przyszły do głowy. Może tam są jakieś gorące źródła albo przynajmniej ciepły prąd? NAPRAWDĘ ludzie w Irlandii tam się kąpią w grudniu? 

W dodatku – grają aktorki, które są świetne i wyglądają jak LUDZIE; normalnie, jak ludzie kiedyś – mają rysy twarzy i mimikę. Najmłodszą gra córka Bono, ale pozostałe też są super fajne. Jakie to wytchnienie dla oka, taki serial – dużo zieleni i ludzie nienapompowani silikonem. Może jeszcze jest nadzieja?…

Chociaż, może lepiej sobie nie robić nadziei.

Jak widzę – przed nami Zimna Zośka, która potrwa co najmniej półtora tygodnia. Wspominałam już, jak bardzo kocham naszą strefę klimatyczną?…

O NUROGĘSI I PSICH ZAIMKACH

No dobrze, nareszcie jest ciepło. Nareszcie Mangusta wychodzi na taras, a ja się na nią nie drę, żeby natychmiast wracała, bo zamarzniemy – tylko wychodzę razem z nią i z herbatą. Ponieważ oczywiście muszę się o coś martwić, to teraz martwię się o suszę. I o pożary lasów. Ale martwię się na tarasie i w klapkach, a nie w futrzanych kapciach – zawsze to coś.

Co do majówki, to całą majówkę zdominowała nurogęś. Jak mi N. przeczytał nagłówek „Nurogęś pożarta przez wielką rybę”, to myślałam, że znowu jakiś nagłówek z Faktu czy Super Expressu, w stylu „Nie mogę spać, bo trzymam kredens”, ewentualnie „Żaby mu powiedziały, żeby przestał pić”. A później się okazało, że to wiadomość numer jeden na wszystkich poważnych portalach, w dodatku zostało dziesięć osieroconych nurogąsiątek. To jest skandal i dramat, żeby w Łazienkach Królewskich miały miejsce takie sceny – co to w ogóle za ryba? Rekinów raczej u nas nie ma, a ryby polskie słodkowodne oscylują w granicach siedmiu centymetrów (wiem, bo mój mąż i jego koledzy łowią na wędkę, więc widziałam). No – takie ryby nurogęsi raczej nie zjedzą, musiałyby się rzucić stadem, i to dobrze zorganizowanym. 

Kilka wolnych dni spędziliśmy w Borach Tucholskich w domku znajomego i pierwsza noc była zaprawdę pamiętna – byliśmy chyba (a nawet chyba na pewno) pierwszymi mieszkańcami w tym sezonie i dom był TAK POTWORNIE WYZIĘBIONY, że musieliśmy włożyć na siebie wszystkie ubrania naraz i na zmianę staliśmy pod nadmuchem, z którego leciało ciepłe powietrze. I zaśmiewaliśmy się do łez, jak N. włożył różowe wino do lodówki. Spoko – za dwa dni się przydało, ale tej pierwszej nocy było to histerycznie zabawne, bo w lodówce chyba było NAJCIEPLEJ w całej chałupie.

Pojechaliśmy na wycieczkę do Lubiany, gdzie standardowo z moimi koleżankami dostałyśmy zapalenia mózgu, buszując w outlecie z porcelaną (poznałam nowy termin gastronomiczny – „rawierka”), a następnie do Kościerzyny, gdzie było bardzo ładnie. Ale chyba jeszcze ładniej było w Chojnicach – piękny rynek, obowiązkowe zdjęcie z turem, moja koleżanka mierzyła biustonosze półtorej godziny, mój mąż dostawał gorączki, bo jest niecierpliwy, a Mangusta była misgenderowana – ludzie na jej widok mówili „O, JAKI ŚLICZNY!”. Zebra mówi, żebym jej kupiła różową obróżkę z brylantami. A ja jak zwykle wstąpiłam do butiku na uliczce prowadzącej do Bramy Człuchowskiej – tam są fajne rzeczy, a przede wszystkim – niesamowicie dynamiczna pani właścicielka. Tym razem prawie od razu przy wejściu ubrała mnie w szmizjerkę, na którą sama bym nie zwróciła uwagi, a okazała się dla mnie STWORZONA – i krojem, i kolorystycznie. No to przecież nie mogłam jej tam zostawić. N. w tym czasie zakupił na pchlim targu kufle malowane w kaszubskie wzory (wiedziałam, że nie powinnam go była spuszczać z oka). 

Wróciłam do pracy a tu – KSEF działa! Doprawdy, byłam pod wrażeniem. 

Za to znowu jacyś tegoroczni maturzyści wnieśli telefony na egzamin i wrzucili zdjęcia arkuszy do sieci. Jakie to szczęście, że za moich czasów nie było telefonów komórkowych i nie musiałam przez jednego z drugim idiotę powtarzać egzaminu. 

To teraz niech popada. Sucho jest straszliwie.

O TYM, ŻE SIĘ NIE OCIEPLIŁO

Obiecałam, że jak się nie ociepli, to oszaleję. Nie ociepliło się, a nocami znowu przymrozki – akurat zaczęła kwitnąć rajska jabłonka, biedulka. 

Mangusta była u fryzjera i wygląda ślicznie (chociaż ona zawsze wygląda ślicznie). Najlepsze było, jak wróciliśmy po psa do zakładu fryzjerskiego – a psa nie ma. W psich boksach jej nie ma, na stole nie ma, może gdzieś na zapleczu zamknięta? A pani fryzjerka na to:

– Mangusta, jako pies myśliwski, od razu jak ją zestawiłyśmy ze stołu, weszła pod kanapę.

Faktycznie, w kącie stoi mała, niska kanapa – nie sądziłam, że coś większego od świnki morskiej mogłoby tam wleźć. Ale podeszłam i wołam Mangustę i za moment pod kanapą pojawia się nosek, który chwilę powęszył, a za noskiem – reszta Mangusty. W dodatku obrażona na mnie, bo to JA ją przyprowadziłam do tego miejsca kaźni, więc pobiegła się przytulić do pańcia. Robiła mi wyrzuty przez całe popołudnie i zjadła obiad z wielką łaską, ale już jest dobrze. 

Mam takie jedne domowe spodnie – najzwyklejsze szare dresowe – które mają moc przyciągania plam i jak tylko je założę, to zaraz jestem w czymś upaprana. Rzadko kiedy noszę je dłużej, niż jeden dzień, bo od razu nadają się do prania. Wyciągnęłam je dwa dni temu, żeby się przekonać, czy to nadal działa – wieczorem miałam na nich plamy z krwi N. (kroił sobie pomidorka świeżo naostrzonym nożem, więc musiałam biec z plastrem) oraz sos z pieczarek. Te portki chyba są centrum jakiejś anomalii grawitacyjnej, która przyciąga wszystkie brudzące świństwa. Bo innego wytłumaczenia nie widzę.

Nie mam siły pisać o Łukaszu Litewce. Mózg mi nie przyswaja tej informacji. Jedyne, co mogę zrobić, to pomagać dalej – małym, lokalnych organizacjom, bo takie mają najtrudniej. 

Świat od czasu do czasu lubi przypomnieć, że nie jest miłym, bezpiecznym miejscem.

O PIĘKNYCH BUTELKACH I MARTWYM ROBAKU

Jak się nie ociepli, to zwariuję. A na razie – z tego, co mi podpowiada prognoza pogody – się nie ociepli. A zatem.

Tydzień był w sumie okropny, bo zmarł nasz sąsiad – N. zawsze powtarzał, że anioł stróż całej okolicy. Co prawda miał 92 lata, ale dla młodego człowieka wiek nie jest jakimś wyznacznikiem. Naprawdę uroczy człowiek, wszyscy w okolicy go lubili, a jak przeklinał pod nosem! To znaczy – jemu się wydawało, że pod nosem, bo już był nieco głuchy, więc jak wychodziłam z Mangustą na toaletę, to niejednokrotnie miałam okazję posłuchać pięknych wiązanek, dochodzących zza płota. 

No i znowu trzeba było iść na pogrzeb; ostatnio mam wrażenie, że najczęściej ze wszystkiego bywam na pogrzebach.

W dodatku w tygodniu, tak dla rozruszania synaps, kliknęłam na ulubione forum, a tam zagadnienie „Poszłybyście na grób wroga?”. Interesujące. Wysyłam koleżankom w celu wymiany poglądów, a jedna pyta – „Zatańczyć?”. Co to, to nie – boli mnie kręgosłup i wszystkie stawy. Ergo – powinnam pić kolagen (niestety, podobno ten pitny działa lepiej, niż tabletki, a w płynie jest wstrętny, chociaż niby smakowy). Tylko żeby pić regularnie, to trzeba pamiętać, a ja zapominam brać tabletek wspomagających pamięć. No i tak to się kręci.

W weekend byliśmy z wizytą w pracowni malarza pejzażysty. Wszystko przez to, że N. wylicytował pejzaż na WOŚP, a wizyta w pracowni była included. Ponieważ niezbyt tak z pustymi rękoma, to zabrał jako gościniec wino z Moraw, bo tam wszyscy robią wino i mają swoje piwnice (czyli bodegi). Bardzo lubię Czechy, ale akurat wino wychodzi im takie… no, do gotowania gulaszu, powiedziałabym. No ale malarz to wino dostał, oprowadził nas po pracowni, powyciągał z zakamarków pejzaże miejskie (chociaż mnie się najbardziej podobały trzciny na tle jeziora). No i po południu nastąpiły SMS-owe uprzejmości, podziękowania za wizytę, na co odpowiedział „Dziękuję za wino – piękne butelki”.

Śmiałam się z godzinę. Bardzo to było miłe i dyplomatyczne z jego strony – wino co prawda raczej do czyszczenia pędzli, ale przynajmniej PIĘKNE BUTELKI.

Znalazłam (właściwie – samo się znalazło, bo rolka mi się wyświetliła) ćwiczenie na ból pleców i wzmocnienie mięśni brzucha – czyli akurat dla mnie (wydaję odgłosy zranionego niedźwiedzia, jak mam się schylić, zwłaszcza rano). Ćwiczenie nazywa się przepięknie – „martwy robak” – leży się na plecach z ugiętymi kończynami i prostuje na zmianę przeciwległą nogę i rękę. N. podchwycił temat i co pół godziny mnie pyta, czy już robiłam martwego robaka. No i jednego popołudnia mu powiedziałam, że OWSZEM – dwie godziny robiłam martwego robaka na kanapie pod kocem. Ale takiego CAŁKIEM martwego, co już niczym nie rusza. Bo już mnie zdenerwował. Na aktywność fizyczną to ja muszę mieć NASTRÓJ, a nie tak, że się mnie popędza (nawet na aktywność typu martwy robak).

Dobra wiadomość jest taka, że ten biedny wieloryb, który utknął na mieliźnie w Bałtyku, podobno dał radę się uwolnić i wypłynął na głębsze morze. Bardzo mu kibicowałam.

A druga dobra wiadomość jest taka, że pierwszego maja Netflix wrzuca „30 Rock”! Już się nie mogę doczekać. 

O KIEŁBASIE Z KISZECZKI I ZIMNIE

Mam nadzieję, że u wszystkich święta były sympatyczne i wielkanocne zajączki nie pogryzły wielkanocnych kurczaczków – i vice versa. 

Osobiście mam wrażenie, że przez całe święta w kółko jadłam białą kiełbasę. Nie lubię białej kiełbasy, ale wspólnik N. powiedział, że ma taki sklep, gdzie jest ZNAKOMITA, a sklep nazywa się „Kiszeczka”, a w dodatku kiełbaski stamtąd są cienkie (gruba biała kiełbasa jest dla mnie nie do przejścia). I tą nazwą sklepu mnie zmiękczył, bo normalnie próbuję ograniczać zakupy spożywcze, a wędlin zwłaszcza. No ale N. jak to N. – zamiast kupić kilka, górą dziesięć, kupił CAŁĄ PACZKĘ. Nie wiem ile tam było tych kiełbasek, wydaje mi się, że jakieś czterdzieści tysięcy sztuk. Bo jadłam je na śniadanie z cebulką i na obiad w ciemnym piwie i jeszcze zamroziliśmy. 

Mam nadzieję, że do przyszłych świąt mam spokój z białą kiełbasą.

A na dodatek rozmaśliłam jajko przy wyjmowaniu z opakowania i musiałam wykąpać pozostałe 11 sztuk (N. kupił pojemniki na jajka na 12 sztuk i stał się czarnym charakterem dla sprzedawców jajek na naszym lokalnym ryneczku, bo oni się przyzwyczaili sprzedawać po dziesięć i mają problemy z tabliczką mnożenia, zwłaszcza po przecinku, jak jajko jest wycenione w ułamkach, no w każdym razie przy wydawaniu reszty dzieją się rzeczy niestworzone, a jedna pani prawie wpada w histerię). Wszystko przez rolnika ciemiężcę, który nie dostarcza kurom wystarczającej ilości wapna; w razie czego mogę je reprezentować w sądzie jako oskarżyciel posiłkowy, bo nie lubię kontaktu bezpośredniego z surowym jajkiem.

Dziś rano znowu był przymrozek, i to taki fest – nie tam, że zero; wyszłyśmy z Mangustą i OD RAZU z tego zimna łupnęło mnie w kolanach (coraz lepiej). A Mangusta popatrzyła na mnie z pytaniem, jak ja sobie wyobrażam, że ona ma robić siusiu w takich warunkach? I ja nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć! A żeby było całkiem zabawnie, to piec wyłączył nam w nocy ogrzewanie, bo on już jest w trybie wiosna. JA TEŻ JESTEM W TRYBIE WIOSNA – kupiłam sobie (wiem, wiem, miałam nie kupować ciuchów) spodnie „Love and Roses” we WSZYSTKICH możliwych kolorach i chcę je nosić! A nie znowu polarowe spodnie i bluzy! 

Oglądam „Kobiety niedoskonałe”, N. się ze mnie nabija, i trochę ma rację, bo to żadne arcydzieło, ale jest Elizabeth Moss, i akurat jak się wciągnęłam, to okazało się, że nie ma następnego odcinka i trzeba czekać tydzień! No ludzie kochani, za tydzień to ja zapomnę, że w ogóle jest taki serial, a co dopiero imiona bohaterek i dotychczasowe wątki. Jak tak można, jak w epoce kamienia łupanego!…

PS. Bym zupełnie zapomniała – spełniłam swoje marzenie! Kopałam hulajnogę elektryczną, porzuconą na chodniku – feels FANTASTIC 🙂

O MISJI ATREMIS

Spodobała mi się wielkanocna reklama jednej cukierni, która brzmiała „W każdą babę wkładamy serce”. Wysłałam ją koleżankom, a jedna z nich na to: „Dobrze, że nie co innego”.

Z kolei załoga misji Artemis zaraz po starcie zatkała toaletę na statku kosmicznym. N. mówi, że podobno kosztowała 27 milionów dolarów (a ja narzekałam, że remont naszej łazienki był drogi). Gdzie jest Howard Wolowitz, kiedy go potrzebujemy? Co prawda, taki start rakiety to jest bardzo stresujące wydarzenie i nie dziwię się załodze, że od razu musiała, hm… odreagować. Ale już ją odetkali i nie muszą korzystać z foliowych woreczków, jak załoga Apollo.

W związku z powyższym – Wesołych Świąt! Relaksu, odpoczynku oraz niech nam majonez lekkim będzie. Żeby znowu większych spodni nie trzeba było kupować.