Pozwolę sobie tradycyjnie zacząć – co za porąbana pogoda! Wczoraj upał znienacka (i to akurat w dniu, kiedy miałam tyle rzeczy do załatwienia – po południu czułam się jak strzyga z udarem cieplnym, za to bardzo potargana), dziś od rana znaczące ochłodzenie relacji; gadałyśmy z koleżanką, że w zeszłym roku to już prawie cały miesiąc chodziłyśmy w sandałkach. A w tym? Może kilka dni.
Natomiast uprawiam kukurydzę. Wyświetliła mi się rolka, jak przyozdobić taras i jedna pani wsypała popcorn* do doniczki z ziemią i efekt był bardzo ładny, więc postanowiłam też, bo została nam taka wysoka doniczka, na którą nie miałam pomysłu w tym roku. (O maj gad, czy to znaczy że zostałam zinfluensowana? Czy jak tam się to pisze). W każdym razie – N. otrzymał gratis garść kukurydzy od naszego lokalnego dostawcy słonecznika, ciepnęliśmy to do doniczki i obserwujemy. Po czterech – pięciu dniach zaczęły wychodzić kiełki i teraz biegamy kilka godzin dziennie je liczyć. Zaczynaliśmy od czterech, a teraz mamy dwadzieścia cztery, a te pierwsze to już mają po kilka centymetrów – rosną w oczach! To znaczy – w doniczce rosną, tylko dość szybko. Frajda jest niesamowita, chyba lepsza zabawa, niż z rzeżuchą.
Znacie tego mema, że koleś nie ma pojęcia, jak mają na imię jego sąsiedzi, ale zna imiona wszystkich psów w okolicy? Jest to szczerozłota prawda. Ostatnio dowiedziałam się, że jeden pies na rogu ma na imię Darek (albo Derek – mamy z N. dyskurs, bo pancio go wołał i każde z nas usłyszało inaczej; ja obstawiam Dereka, no bo Darek dla psa to trochę bez sensu). Z kolei kawałek dalej jeden terierem ma na imię Rupert i N. się nawet z nim zapoznał, bo pomagał go zagonić do chałupy, kiedy Rupert sobie wyszedł na rekonesans przez otwartą bramę (ludzie, zamykajcie bramy do cholery jasnej).
A wczoraj usłyszałam o jamniku, który miał na imię Beret, bo spał panciowi na głowie. No to Mangusta powinna zostać przechrzczona na Etolę, bo jako świeżo przybyły szczeniaczek spała mi na ramieniu, przytulona do szyi. A w bliskiej okolicy mamy niedługo festiwal Waldorffa, którego jamnik miał na imię Puzon.
Czytam książkę „Wścibscy sąsiedzi” (to znaczy – zaczęłam wczoraj, ale padłam jak kawka po niezbyt wielu stronach, no bo ten wariacki dzień w upale). Na początku miałam obawy, że to taka podróba kryminałów Osmana, ale nie – chociaż klimat też brytyjski, bo fabuła dotyczy sąsiadów, zamieszkujących podniszczony dom – kamienicę w małym miasteczku. Jedna z bohaterek – emerytka – ciągle pije herbatę, a poza tym wszystko i wszyscy ją denerwują. Czy muszę artykułować, że prawie od razu poczułam z nią więź?…
A na Netflixa wjechał drugi sezon „Czterech pór roku” – ciekawe, czy taki dobry, jak pierwszy. Bardzo lubię wszystko, co wymyśliła Tina Fey.
* Oczywiście, chodzi o popcorn zanim został popcornem, czyli ziarna kukurydzy, ktore były w opakownaiu opisanym jako “Popcorn do mikrofalówki”, bo to chyba dla niektórych jedyne znane źródło ziaren kukurydzy. Tak myślę.