O TYM, ŻE LUDZIE POWARIOWALI

Ze względu na mój tryb życia, wszędzie wyświetlają mi się filmiki o jamnikach, co jest zrozumiałe. Jamniki jak to jamniki – śliczne, kochane i rozrabiają, ale na większości tych filmików jest pokazane, jak śpią rano jak susły i nie dają się wyciągnąć spod kołdry. A mój egzemplarz nie dość, że lubi sobie w nocy wyjść, nasikać i pokontemplować gwiazdy, to jeszcze wyciąga nas z łóżka góra o piątej trzydzieści, a najchętniej wcześniej. Co robię źle, Droga Redakcjo? Czy to jest młodzieńczy entuzjazm i z wiekiem jej przejdzie? Czy co? Bo w tygodniu to bardzo nie przeszkadza, bo i tak wstajemy o tej porze, ale w weekendy człowiek by sobie odespał godzinkę czy dwie… Niestety, o wpół do szóstej ląduje mi na głowie włochaty entuzjazm i handluj z tym. Są jakieś proszki nasenne dla psów?…

A moja koleżanka dostała maila od PKP zatytułowanego „Twoja ostatnia podróż”. Nie otworzyła, bo powiedziała, że się boi. Wcale się jej nie dziwię, bo taki tytuł to może być WSZYSTKO – może PKP zatrudniło na etacie wróżkę i ona przewiduje daty zgonów pasażerów i rozsyła, żeby wykonać targety na stanowisku pracy.  A może to jakaś oferta w pakiecie z domem pogrzebowym, że można wysłać trumnę czy tam urnę, żeby sobie jeszcze pojeździła, zanim na wieki spocznie w miejscu docelowym. Cholera wie, też bym się bała otworzyć. 

Wszystko przez to, że politycy ładują te swoje matki, żony i kochanki po firmach najczęściej w dziale marketingu, wychodząc z założenia, że tam nie trzeba nic umieć (zwłaszcza, kiedy się pracuje u państwowego monopolisty). No bo kubek z logo umie zamówić każdy, u zaprzyjaźnionego producenta kubków z logo. A później wychodzą takie kwiatki.

Tak w ogóle to mam wrażenie, że ludziom odwala na większą skalę, niż zwykle. Zawsze była jakaś grupa dziwaków czy agresorów, ale teraz to się nasila. Na przykład – przychodzi do roboty wspólnik N. i opowiada, jak mu poprzedniego dnia pobierali krew. Normalnie wchodzi do gabinetu, a pielęgniarka do niego:

– NIECH SIADA. ZA KIM JEST?

Mówi, że najpierw lekko zgłupiał, a później próbował się wykręcić piłką nożną, ale się nie dało. I jak tu się nie zdenerwować, jak naprzeciwko siedzi szalona pielęgniarka z igłą wymierzoną w żyłę przedramienia i pyta, ZA JAKĄ JEST PARTIĄ? N. twierdzi, że on sobie to wymyśla, bo ciągle go spotykają takie akcje, a ja myślę, że wcale niekoniecznie, bo ludzie powariowali. Co prawda w dalszej części opowieści wspólnik upierał się, że na dodatek ta straszna pielęgniarka była garbata i chyba miała jedno oko, ale ze stresu człowiek może dostać zeza albo jakichś powidoków. 

A ja się pytam, dlaczego jeszcze elektryczne hulajnogi nie są zdelegalizowane. Nie mam już siły, nigdzie nie mogę wyjść na normalny spacer z psem, ciągle się nerwowo oglądam przez ramię. W dodatku oczywiście większość jeździ w słuchawkach, a połowa jeszcze dłubie w telefoniku. Naprawdę, naprawdę trzeba przywrócić chłostę w dybach na głównym placu każdego miasta, a na wsiach pod kapliczką, bo system prawny demokracji zachodniej sobie NIE RADZI. 

To tyle na dziś. Jakby mnie jeszcze coś wkurwiło, to będę informować na bieżąco.

O POCZĄTKU JESIENI

Dobrze, że się trochę ociepliło, bo już miałam oceniać tegoroczne lato, że ma (miało) nowoczesne podejście do work – life balance. Ani jednego dnia nadgodzin – od razu w pierwszy dzień jesieni NARA, jeb drzwiami – i już go nie ma, a jesień nawet nie miała czasu na kawkę i siku, tylko od razu musiała się do roboty zabrać. No ale niedziela się zrobiła ładna i pojechaliśmy na spacer do Arkadii.

Zwykle bywamy tam po sezonie, więc miło było dla odmiany pozwiedzać otwarte wnętrza i trochę zmartwiła mnie rzęsa na stawach. To chyba niedobrze, jak jest za dużo rzęsy? I dlaczego ona się nazywa „rzęsa”, skoro jest zielona i płaska? Botanicy albo nie mają wyobraźni, albo mają jej za dużo.

Abstrahując od rzęsy – poza sezonem jest mniej ludzi, co jest jakby oczywiste, więc musiałam trochę manewrować Mangustą, żeby nie zakłócała omdlałego nastroju szczekaniem (serio, taki był nastrój oniryczny, ludzie spacerowali powoli, siadali na ławeczkach – jak nie w XXI wieku, bardzo fajnie). Natomiast (muszę się do czegoś przyczepić, oczywiście) co kilka chwil wchodziłam w CHMURĘ zapachu perfum. Nie wiem, ile trzeba na siebie wylać perfum, żeby w plenerze ciągnąć za sobą takie ogony – nawet nie chcę sobie tego wyobrażać w pomieszczeniu. 

Ja od kilku lat mam tak, że zapach większości perfum bardzo mnie drażni. Niektórzy tłumaczą to zmianą w składzie – wytwórcy przerzucili się na tańsze składniki, zwłaszcza bazę, ale może po prostu z wiekiem tak się robi. Niewiele zostało zapachów, które nie doprowadzają mnie do migreny i mdłości – ogrody Hermesa na przykład, a i to nie wszystkie. Nawet nie mam jak przetestować, bo w perfumerii od razu boli mnie głowa, mogę powąchać dwa – trzy zapachy i muszę wyjść. W tym tempie nieprędko znajdę jakieś nowe perfumy, które nie przytłaczają. No i na tym tle – te wyperfumowane na niedzielę panie. Szkoda, że nie miał im kto wytłumaczyć, że tylko w marksizmie – leninizmie ilość przechodzi w jakość i w ogóle to w złym tonie. A może one miały uszkodzony węch po covidzie?… No naprawdę nie wiem.

No trudno – zostaje jeżdżenie do Arkadii po sezonie. Ale miło było w końcu obejrzeć Gabinet Etruski. 

Na dodatek śniła mi się Rzecznik Praw Dziecka – zabrała mi sweter z Parfois, bardzo ładny (teraz już chyba będę musiała go sobie kupić).

Nadal mam zaległości w serialach, bo w weekend musiałam oglądać z N. oba Vabanki – są na Netflixie –  przy okazji wyskoczyła mi zapowiedź jakiegoś serialu z Kathy Bates. Chętnie zdegustuję, jak rzucą, bo bardzo Kathy Bates poważam. No i „Klarę” muszę nadgonić, moja koleżanka jest zachwycona i twierdzi, że to najlepsza terapia antydepresyjna i motywująca i że ona chce każdy dzień zaczynać nowym odcinkiem „Klary”. 

A książkowo – wyskoczyło mi, że wyszła autobiografia Margaret Atwood i znowu będę musiała kupić książki, chociaż jeszcze mam całkiem sporą kupkę wstydu. 

Z okazji jesieni była na obiad zupa z gąsek. Grzyby to jedna z bardzo niewielu rzeczy, które lubię w jesieni. 

PS. Ale noce już zimne, jesienne – nie ma się co oszukiwać; gudbaj, poranna herbato na tarasie.

O LEKTURACH

Wczoraj nad drzwiami na suficie siedział TAKI pająk, że nawet N. lekko zbladł i długo szukał pudełka, do którego bydlak się zmieści i nie wygryzie w nim dziury podczas wynoszenia go z domu. Tak, czytałam „Projekt Hail Mary”, gdzie bohater był wielgachnym pająkiem i czułam do niego sympatię. Natomiast jeśli chodzi o te nasze ziemskie, to jakoś nie mogę się przełamać. 

Tymczasem Zebra poszukiwała Biblii, bo okazuje się, że lata płyną, a pierwsza licealna nadal musi przerobić Biblię. Obie doszłyśmy do wniosku, że nasze egzemplarze albo zostały w domu rodzinnym, albo jakaś świnia pożyczyła i nie oddała. Któregoś dnia zrobię specjalny seans voodoo, dedykowany osobom, które nie oddały mi książek, ale to tak na marginesie. W pewnym momencie Zebra westchnęła, że kiedyś to by poszła na pierwszą pocztę z brzegu i tam by kupiła, a teraz to nie wiadomo. Powiedziałam jej, że jak byłam ostatnio, to co prawda nie widziałam Biblii, ale za to było dużo przepisów siostry Anastazji. Zebra trochę sceptycznie, że nie wie, co pani od polskiego na to. MOIM ZDANIEM – gdyby taka pani od polskiego zamiast siedemdziesiątej nudnej rozprawki dostała przepis na siekane kotlety drobiowe z warzywami, toby jeszcze moją siostrzenicę w rękę pocałowała i pochwaliła za nieszablonowe myślenie. Zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy dostają pierdolca na punkcie białkowych posiłków. A w Biblii co? Manna i szarańcza. 

Zresztą nie wiem, nie wtrącam się, współczesna edukacja mnie przeraża. 

A propos edukacja współczesna, to na Netflixa wjechała „Lalka”, w której podobno Rzecki ma bogate życie seksualne, a Izabela mówi na środku ulicy „Ty chujcu borsuczy”. Wieszczę ogromną oglądalność, co prawda od pana Prusa to chyba tylko nazwiska bohaterów zaczerpnięto, ale za to jest kolorowo i nowocześnie. Osobiście na razie nie zamierzam – właśnie dotarło do mnie, że nawet „The Pitt” nie skończyłam, zostały mi chyba trzy odcinki, no ale zaraz jesień, plucha, ciemności, syf, malaria i hipokryzja i znowu się zacznie oglądanie. 

Brakuje takiej funkcji, jak mi serwis podsuwa tytuły, żeby można było wcisnąć „ABSOLUTNIE NIE” i ja bym sobie tym guzikiem oznaczyła te wszystkie cholerne reality shows. Nie wiem, dlaczego to dziadostwo się pojawia na równych prawach z filmami i serialami, bo powinno mieć osobną kategorię, najlepiej oddzieloną piętnastometrowym murem, obsypanym tłuczonym szkłem i owiniętym drutem kolczastym. Pod napięciem. Nie umiem wyrazić słowami, jak bardzo nie znoszę reality shows i uważam, że przyczyniają się do zgnilizny ludzkości. W każdym razie – bardzo bym chciała, żeby ABSOLUTNIE mi się nie pojawiały w propozycjach. Nie chcę nawet wiedzieć, że istnieją. Wolałabym już nawet reklamy środków przeczyszczających.

Widziałam na Reddicie wątek, w którym fani Cormorana Strike’a wyliczali termin premiery następnego tomu – podobno pod tytułem „Sleep Tight, Evangeline”. Podstawą analizy jest wpis JK Rowling z kwietnia tego roku, że napisała już trochę więcej, niż połowę. Optymistom wychodzi wiosna przyszłego roku. Nie jestem optymistką – ale fajnie by było (zwłaszcza po TAKIM zakończeniu). 

O matko, za chwilę prezenty na Gwiazdkę trzeba wymyślać. Słabo mi.

O ZIELONYM ROSOLE I ZIELONYM SOKU

Miałam piękny sen! Śniło mi się, że jadłam lody waniliowo – kurczakowe z KFC. Z chrupiącymi kawałkami panierki.

To miło, że dla odmiany coś miłego – bo w zeszłym tygodniu był taki dziwny dzień, kiedy po sieci krążyło zdjęcie Trupa ufarbowanego na bruneta, a mi wyszedł zielony rosół. Zielony! I żeby jeszcze jakiś ładny odcień, ale nie – taki zjadliwie zielony, od razu widać, że niespożywczy. Bardzo złowieszczy przypadek. I cały rosół trzeba było wylać, N. bardzo przeżywał, ale na sam widok go otrząsało.

Na dodatek u sąsiada leży gołąb – od dość dawna, bo dusza przeniosła się do Krainy Wiecznych Łowów, a szczątki doczesne leżą ze dwa metry od naszego płota. Leżą i najwyraźniej nikomu nie przeszkadzają (to ten sąsiad od gwiżdżących dzieci), bo mają w zwyczaju „karmić kotki” – czytaj: wywalać resztki z garnka na trawnik, tak po prostu. Więc ten gołąb to tylko kolejny szkielet do kolekcji, w sumie gdybym nie patrzyła w tamtą stronę, toby mi bardzo nie przeszkadzał, tylko że on niestety migruje do mojego ogródka. Naturalnie w kawałkach, w kocich pyskach. I są takie poranki albo popołudnia, gdzie Mangusta radośnie biega i pokazuje mi, że znalazła SKARB w postaci skrzydła, a później bardzo się dziwi, że parcia z płaczem barykaduje się w chałupie, zamyka drzwi i okiennice i dzwoni po brygadę w kombinezonach HAZMAT. A przecież gołębie skrzydło jest takie praktyczne – jak piesek skończy z nim biegać i obgryzać, to można zamieść okruchy ze stołu… niedobrze mi.

Naprawdę bym wolała, żeby sąsiad dekorował krasnalami, a nie zwierzęcymi kośćmi. Nawet łabędzie z opon byłyby lepsze. Ale niestety, nikt mnie nie pyta o zdanie w tej kwestii, a gołąb nadal ma potencjał do migrowania. 

A na deser dowiedziałam się, że znowu nie jestem oryginalna – otóż, od zawsze mam problem z rozwiązującymi się sznurówkami. Jeszcze te bawełniane od tenisówek się trzymają, ale w sportowych butach najczęściej są okrągłe w przekroju, śliskie, bo z tworzyw sztucznych i rozwiązują mi się ZAWSZE. Żebym nie wiem, jak mocno zawiązała. I otóż okazuje się, że to jest dość POWSZECHNE (kto lubi być POWSZECHNY? Każdy by wolał być wyjątkowy, nes pa?) i nosi nazwę BABSKI WĘZEŁ. Ostatni moment zawiązywania kokardki – trzeba przełożyć te skrzydełka odwrotnie. Oczywiście winię system powszechnej edukacji, bo tak mnie nauczyli w przedszkolu – nikt wtedy nie myślał o tym, że będziemy nosić oryginalne pumy i adidasy z cholernie śliskimi sznurówkami, które trzeba zamotać profesjonalnym węzłem żeglarskim. Juniorki jakoś się nie rozwiązywały.

Z cyklu „nie nadążam za modą” mam następujące typy tegorocznej jesieni:

– puchowe kurtki z krótkimi rękawami (nie kamizelki – kurtki, ale rękaw ledwo do łokcia);

– grube bluzy dresowe z dekoltem off – shoulder (czyli ciepłe, ale ramię gołe).

I obejrzałam zwiastun filmu dokumentalnego o Elizabeth Holmes, tej od Theranosa – „You Can See Everything”. Ciarki mnie przeszły od stóp do czubka głowy i z powrotem. Ja tej baby nigdy nie lubiłam – pamiętam okładki z nią, wystrojoną w czarny golf jak Jobs, za którego kontynuatorkę się uważała, jak trzymała w palcach ten pojemniczek z krwią, i myślałam wtedy, że ona ma coś bardzo niedobrego w oczach. No i proszę – zaledwie kilkanaście lat później okazuje się, że miałam rację, a ona wylądowała w więzieniu (ale łagodnym, dla białych kołnierzyków). Podobno od razu się poskarżyła, że prywatny szef kuchni nie może jej kilka razy dziennie dostarczać świeżo wyciskanego zielonego soku, który jest dla niej bardzo ważny. Mogę jej wysłać zielony rosół, jakby mi znowu wyszedł (okropna baba). Czekam na ten dokument niecierpliwie.

O ELIKSIRZE URODY

Podejrzewam, że pająki wynoszone przeze mnie z wanny wspinają się do okna łazienkowego i wracają. Bo ze trzy ostatnie w ogóle się nie bały szklanki, w którą są przeze mnie łapane, tylko grzecznie podkuliły nóżki i do niej wskoczyły. Normalnie jakby znały procedurę – przejażdżki sobie robią, a później się chwalą na mieście. Nie wiem, co o tym myśleć.

Natomiast odkryłam eliksir młodości i urody, a właściwie to fejsbuk dla mnie odkrył – to jest bardzo proste, tylko trzeba zjadać codziennie puszkę sardynek. I już – ma się piękne WSZYSTKO – włosy, cerę, paznokcie, bo w sardynkach jest kolagen i najlepsze tłuszcze i witaminy, więc żegnamy botox, witamy sardynki. I mówiła o tym Francuzka, a wiadomo, że Francuzki są może i zołzy, ale szykowne, zadbane i szczupłe. 

No i dobrze, bo lubię sardynki (czego nie można powiedzieć o zastrzykach), ale CODZIENNIE? No nie wiem. Chyba jak coś trzeba jeść codziennie, to się szybko znudzi (frytki też? aż mnie kusi, żeby spróbować,  tylko że wtedy nie zmieszczę się nie tylko w dżinsy, ale i w drzwi wejściowe). Z drugiej strony – nie trzeba tych sardynek rąbać prosto z puszki, można sobie zrobić z nich różne fajne rzeczy i może wtedy się nie znudzą? Jakiś pasztecik z jajkami na twardo albo coś. 

W tym tygodniu w internetach króluje dyskusja, czy dzieci umrą od niezjedzenia codziennie kotleta. Bo okazało się, że więcej warzyw w szkolnych stołówkach to jest zamach na wartości, godność ludzką i „Polski już nie ma”. Bardzo pouczająca lektura na twitterze („Wara z zupą na wywarze warzywnym od mojego DZIECKA!!”) oraz powstają Stowarzyszenia Obrony Dzieci przed Fasolą. Trochę jak w „Konopielce”, kiedy nauczycielka ugotowała obiad. 

A nam stuknęły trzy lata z Mangustą. Już trzy lata?… Dopiero co wiozłam tego małego glutka na tylnym siedzeniu, cała w żałobie po Szczypawce, a ona wlazła mi na kolana i przytuliła się i tak już zostało. Mój kochany antydepresant – jest taka słodka, że nawet nie mam ochoty jej udusić, kiedy wychodzimy na siusiu o czwartej rano (aczkolwiek wolałam, kiedy było już widno o tej porze – chociaż to przecież nie Mangusty wina, tylko położenia geograficznego Polski). 

Czy musi tak wiać? W ogóle się nie wyspałam – wyło przez całą noc jak w „Tajemniczym ogrodzie” na wrzosowiskach i w ogóle protestuję i poproszę z kierownikiem.

O PREZENTACH Z HISZPANII I CIEŚCIE

Umówiłyśmy się z koleżankami do knajpy.

W godzinach popracowych, żeby każda zdążyła dotrzeć, więc akurat wypadła pora kolacji Mangusty, a wiadomo, że Mangusty dieta to jest pole minowe. Proszę zatem N., żeby dał jej kolację, którą zostawiam na blacie.

Przyjechał po mnie (po nas wszystkie w zasadzie) i jeszcze w samochodzie pytam, czy Mangusta jadła. Nie jadła. Dlaczego? Bo nie zostawiłam jedzenia.

Zostawiłam na kuchennym blacie, ale myślę – a może odruchowo piznęłam do lodówki, człowiek na autopilocie robi takie rzeczy, a później nie pamięta. A lodówka – WIADOMO: dla facetów to jak piąty wymiar i bez skomplikowanych obliczeń przy użyciu matematyki wyższej i liczb urojonych NIC tam nie znajdą. No więc moja wina. Wracamy do domu, wchodzę – jedzenie stoi na blacie. CENTRALNIE. 

Więc następnego dnia rano Mangusta rzygała, bo oczywiście jedli z panciem parówki. Wszystkie jamniki, jakie znam, dałyby się pokroić za parówkę, Mangusta też, a że następnego dnia parcia sprząta rzygi, to już od dawna wiadomo, że pieseczki nie kojarzą związków przyczynowo – skutkowych.

A z dziewczynami było jak zawsze miło i relaksująco, jedna wróciła z Hiszpanii i pytamy, co fajnego sobie przywiozła. A ona:

– OPRYSK DO KUMKWATA. A, i jeszcze te duże cebule!

Ta to umie robić zakupy w Hiszpanii. Zresztą nie czepiam się, bo sama przywożę odplamiacze do tłuszczu (takie w sprayu, z talkiem). Hiszpania to jest duży i piękny kraj i każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego – kumkwaty też.

Na fejsie teraz wyskakują mi rolki z robieniem ciasta Dolly Parton ze „Stalowych Magnolii”. Jak ja kocham ten film, oczywiście znam go na pamięć, a ciasto Dolly Parton idzie tak: szklanka mąki, szklanka cukru, szklanka koktajlu owocowego razem z syropem. Piec w 350F aż będzie złote („golden and bubbly”). Na co Olympia Dukakis mówi, że musi być strasznie słodkie („awfully rich”). A Dolly – jest, dlatego podaję z lodami, żeby przełamać smak („to cut the sweetness”). 

No i teraz pól Ameryki piecze to ciasto, niektóre dodają na wierzch kawałeczki masła. Nie wygląda jakoś super zachęcająco, taki zakalec właściwie, no ale to jest hołd i ja to rozumiem.

Ostatni dzień sierpnia dziś. Jak to się stało?…

O KLIMATACH I EKSPERTACH

Lato, lato, a ja w skarpetkach spałam. Grubych i puchatych. 

No dobrze, ale skupmy się na pozytywach: …

Nie znalazłam żadnego. Zaraz się popłaczę pod stołem.

Maila dostałam: „Sprawdź, co do ciebie przemawia” – nic do mnie nie przemawia, na szczęście. Ani ciuchy, ani torebki, ani rura pod zlewem. Lodówka niedawno przemawiała, ale uporządkowałam półkę, żeby nic nie przylegało do wentylatora, i się uspokoiła. 

Ale w mailingu, muszę przyznać, zatrudnili kogoś niewyżytego artystycznie lub emocjonalnie, bo takie mam tytuły ostatnio: „Twoje wybory odzwierciedlają wyrafinowany gust”; „Objawia się iskra twojej kreatywności” albo mój ulubiony – „Anna, roztaczasz nieodparte klimaty”. 

Roztaczam nieodparte klimaty. I tego się będę trzymać.

Przez ostatnie dni śledziłam bacznie historię „raportu” o marce Polska. Chyba już wszyscy się zgodzili, że żaden raport, tylko co najwyżej półprodukt, za metodologię ktoś powinien mieć wbijane gwoździe pod paznokcie, a użycie AI to był najmniejszy z grzechów autora(-ów) tego arcydzieła.

Ale przypomniały mi się lata młodości i pierwsza praca w fundacji, która zarządzała środkami wtedy jeszcze przedakcesyjnymi. Konferencje, publikacje, szkolenia – wszystko pięknie, tylko jak przychodził „wkład” od ekspertów, oczywiście w randzie profesora, to z dziewczynami zaczynałyśmy od grupowego rozpłakania się. Chociaż jedna, co najdłużej pracowała, pocieszała nas, że teraz to i tak jest luksus, bo rok – dwa lata temu profesory przysyłały luźne notatki odręczne. A teraz mieli wpisane w umowę, że przynajmniej maszynopis z odstępem. Chociaż głównie polegało to na tym, że wpisywali się do wszystkich projektów i nie przysyłali nic w terminie, a po siedemdziesięciu telefonach udawało się od nich wyciągnąć jakiś ochłap. W sumie nie wiem, po co były te monity, bo każdy z nich przysyłał w kółko jeden artykuł, który kiedyś mu napisał doktorant. 

A już Boże dopomóż, jak trzeba było zorganizować konferencję. Sama nie wiem, co było gorsze: czy profesor, który czterdzieści minut wisiał nad jednym kompletnie nieczytelnym slajdem (Drogie Dzieci, wtedy slajdy były na folii, którą kładło się na rzutniku), czy właśnie tacy nowocześni dynamiczni, co drugie słowo po angielsku, żeby pokazać, że z niejednego chleba (chlebowości) się piec jadło. Przy czym to był przełom wieków, pierwsze tłumaczone wydania Kotlera dopiero nieśmiało się pojawiały w księgarniach i polskie zwroty marketingowe po prostu jeszcze nie funkcjonowały, no i takie panie Basie po trzytygodniowych kursach w jakimś college w Holandii brylowały na prawo i lewo. W sumie to nie wiem, czy bardziej mnie przeszły ciarki żenady, czy ogarnęła nostalgia, jak zobaczyłam (i usłyszałam!) tę panią w akcji. 

Więc chciałam przez to powiedzieć, że to nie tak, że coś mnie w tej sytuacji zaskoczyło. No dobra – może to, że tyle lat upłynęło, a nic się w tym eksperckim bagienku nie zmienia. No, jedno się zmieniło – ja się nie muszę z tym towarzystwem użerać. 

I tym optymistycznym (?) akcentem – idę roztaczać nieodparte klimaty w okolicach faktur do zapłacenia. Darz bór i niech się jeszcze ociepli!…

O WARMII, PRANIU I TRAUMIE

Bociany odleciały, dni już krótsze, a wieczory chłodne. Miałam mały ataczek paniczki na widok czerwonej jarzębiny (wiadomo, co niesie w koszu Pani Jesień, jak idzie lasem – od przedszkola nam to wpajają).

Byliśmy grupowo nad jeziorem na Warmii. NA WARMII. Krzyczałam na wszystkich, jak mówili „Ale tu ładnie na tych Mazurach”, bo ktoś musi nosić te kagańce i krużganki oświaty, nieprawdaż. Pływaliśmy elektryczną łódką i katamaranem, bo tam jest strefa ciszy – bardzo fajne, nie chlapie i paliwo nie śmierdzi, a Mangusta nawet wchodziła na SUPa. Z grupy w porywach do sześciu osób (plus jamnik) była tylko jedna osoba, która nie zanurzyła w jeziorze nawet palca u stopy – zagadka, kto to był? TAK, TO BYŁAM JA (podobno woda była ciepła – well, mamy trochę inny zakres temperaturowy). 

Jedna koleżanka przyjechała z podwójnym bagażem, bo przywiozła całe naręcze ciuchów z lumpeksów. Jest mistrzynią lumpeksów – zawsze znajdzie piękne kolorowe kiecki, świetne koszule, spodnie, kiedyś byłam z nią w malutkim sklepiku – ja nie widziałam nic, a ona rzuciła okiem na wieszaki i wyciągnęła przepiękną spódnicę w słonie, jak z jakiegoś filmu kostiumowego o arystokratkach w latach dwudziestych. Po prostu jedni mają oko do takich zakupów, a inni kompletnie nie. No i ona nie dość, że kupuje dla siebie, to jeszcze jak znajdzie ładne a nie w jej rozmiarze, to obdarowuje koleżanki. I tym sposobem dostałam przepiękne spodnie w paski. Co ja się naszukałam spodni w paski, ale każde były nie takie – a to za długie, a to sztywny materiał, a to zupełnie piżamowe, a to skrojone tak, że kończą mi się pod pachami i wyglądam jak Obeliks. A ona wyciąga z torby IDEALNE – wiskozowe, powiewne, z eleganckim paseczkiem i mówi PRZYMIERZ. No i mam wymarzone spodnie w paski, jakich nie znalazłam w żadnym sklepie od wczesnej wiosny.

Powiedziałam jej, że musi organizować takie wycieczki z przewodnikiem po lumpach, jak w Hiszpanii robią po barach – ja się od razu zapisuję.

Po powrocie poszliśmy do mojej ciotki na gołąbki (zaprosiła nas, nie, że na krzywy ryj) i ona mówi:

– W tym tygodniu pani na rynku będzie miała anielskie skrzydła.

Zawiesiłam się z gołąbkiem w pysku, bo wyobraziłam sobie kobietę ze śnieżnobiałymi, pierzastymi skrzydłami, stojącą za ladą straganu – ale jak, wyrosną jej przez tydzień? Czy będzie miała przyczepiane? W sierpniu? Sezon na skrzydła to jest raczej pod koniec grudnia? Musiałam mieć dziwną minę, bo moja ciotka doprecyzowała:

– Te kwiatki, co wyglądają jak uszy słonia!

No chyba że tak. Teraz już tylko zostałam z wizją aniołów ze skrzydłami jak uszy słonia. Też pięknie.

Wnioski są takie, że jeziora na Warmii wyglądają jak Malediwy, a ja zrobiłam już cztery prania i jeszcze mam całą górę w kolejce. Nie wiem, dlaczego – przecież się nie przebieraliśmy cztery razy dziennie! 

A na deser upolowałam w Bonito wznowiony cykl o Gateway. Moje oryginalne wydanie chyba skończyło pożyczone komuś (mam kilku podejrzanych ananasów na liście – i ananasice – którzy nigdy nie oddawali pożyczonych książek), a w dodatku miałam tylko pierwszą część. A tu wydali cztery części w dwóch tomach – już do mnie jadą, razem z najnowszą książką Elizabeth Strout; nie mogę się doczekać. 

A na wyjeździe znowu miałam sen o szkole, szukaniu klasy i zaległościach z historii. Koleżanki mówią, że mam nieprzepracowaną traumę. Co zrobić, żeby ją przepracować – może przelać jajko?…

O UPAŁACH C. D.

No dobrze, po wczorajszym dniu zastanawiam się, czy na pewno chcę zostać skremowana. Bo po południu wyjście z psami na 15 minut dawało pewien przedsmak, taką bezpłatną próbkę, i nie byłam zachwycona. 

W dodatku – żeby nie wiem jaki był upał – muszę spać pod przykryciem. Niekoniecznie kołdrą (to nawet niewskazane w te upały), ale jakieś tekstylium musi być. I bardzo się ucieszyłam, jak natrafiłam na moim ulubionym forum na wątek „Czym się przykrywacie w te upały” – czyli nie mam defektu mózgu (albo całego organizmu), tylko niektórzy po prostu TAK MAJĄ. Najczęściej występowały prześcieradła, powłoczki na kołdrę minus kołdra, jakieś ultra lekkie kocyki albo narzuty. Ale jedna pani była kreatywna i przyznała się, że zdjęła w tym celu lnianą zasłonę z okna. No i też pięknie – ważne, żeby wilk był syty i Manchester City.

I przypomniało mi się, że zapomniałam wyznać, kiedy oglądałam „Derry Girls”, że utożsamiam się z mamą, która w jednym z odcinków robi pranie. I stwierdza, że ma za mało w pralce, chodzi po całym domu i szuka, co jeszcze dorzucić. A na koniec, kiedy nadal ma za mało – obdziera wszystkich z ubrań, które akurat mają na sobie. Mam identycznie! To znaczy – jeszcze nigdy nie rozebrałam gości, natomiast często popędzam N., żeby się szybko przebrał i oddał mi np. jasne spodnie, które ma na sobie, bo chcę puścić pralkę, a mam za mało jasnych. N. się czasem na mnie wydziera, że tylko SPOJRZY na koszulkę, a ja już ją wlokę do pralki. A w taką pogodę pranie tak pięknie schnie! Chociaż koleżance akurat zmokło na balkonie, piękną burzę mieliśmy w nocy – przez pierwsze pół godziny myślałam, że dach nam odfrunie.

Więc może i WSZYSCY UMRZEMY od tych upałów, ale przynajmniej pranie szybko schnie (takiego mema widziałam).

Na Netflixie rzucili Tudorów. Jaki to stary serial – nawet nie mają jeszcze telefonów komórkowych – ale bardzo dobry. Nie ma jak porządna intryga dworska.

O KARMIENIU PSÓW I ALERTACH

Warszawa tak rozkopana, że do biura nie ma jak dojechać – remonty i wykopaliska na wszystkich głównych dojazdowych arteriach. Ja rozumiem konieczność remontów i modernizacji, ale może by tak – nie wiem – SKOŃCZYĆ jakiś remont, zanim zacznie się następny?… Na przykład, na początek zakopać tę wielką dziurę, która już chyba trzeci rok zieje obok dworca Warszawa Zachodnia i ludzie nie mają jak się przedrzeć z dworca do autobusu czy samochodu?

Jak nie stoimy w korkach, to głownie ostatnio skupiam się na przetrwaniu – przez te upały. Zasłaniamy okna i zgarniamy psy do domu – psy w liczbie mnogiej, bo sprawuję opiekę nad psicą mojej ciotki. W związku z czym pory karmienia wyglądają tak, że miski znajdują się po dwóch stronach pokoju albo tarasu, jak najdalej  po przekątnej (jak chłodniej, to dziewczynki jedzą w plenerze, tak sobie życzą), a ja pośrodku – jak ONZ (tylko bardziej skuteczna). A najlepsze, że awantury wszczyna Mangusta – warczy na Mufkę, ale sama pakuje się do jej miski, sprawdzić, czy nie ma czegoś lepszego. Nie ma – dostają to samo, a mój Tadeusz Niejadeusz żre, aż furczy. Nie ma błagania pieska o zjedzenie chociaż kilku kąsków, chodzenia z miską na kolanach i podtykania pieseczkowi, który ucieka tyłem. Rąbie chrupki i pasztety i tylko się ogląda, czy tamta widzi i czy zazdrości. Takie słodkie stworzonko, a taka zadziora. 

U sąsiadów pojawiły się wnuczęta na lato. Wnuczęta na oko początek podstawówki (albo koniec przedszkola – nie umiem oceniać wieku i odległości) i przejawiają aktywności typu – jeden kopie piłkę tak, żeby się odbijała od domu, a drugi w tym czasie gwiżdże gwizdkiem piłkarskim. Więc już jest fajnie – co pięć minut muszę zgarniać szalejące przy płocie psy. Jak dzieciulkom znudziło się kopanie i gwizdanie, to odkryli szopę na narzędzia z blachy falistej i pół godziny walili drzwiami (również z blachy falistej). W międzyczasie dwóch tatusiów skręcało im drewniany domek – wieżyczkę ze schodkami i drabinką – taki mini – Biskupin. Skręcenie tych kilku desek zajęło im prawie dwa tygodnie, więc chyba te dzieci nie wylosowały nadmiernie szczęśliwego losu w puli genów, zresztą zachowują się adekwatnie. Jeśli dodam, że ulubionym zajęciem dziadka (czyli naszego sąsiada) jest włączanie kosiarki spalinowej zawsze, ale to zawsze wtedy, kiedy przyjdą do nas goście i usiądziemy sobie na tarasie albo w altanie – to chyba rysuje się pewien wzorzec.

No i tak sobie spędzamy lato. 

Przez te upały nie mam ochoty na oglądanie seriali, więc tylko kilka odcinków do przodu z „For All Mankind” jestem i chciałam zaznaczyć, że Siergiej (Adamczyk) jednak jest świnią. 

Pojutrze ma być prawie czterdzieści stopni. Najwyraźniej Ziemia postanowiła się pozbyć ludzi przez upieczenie – może i słusznie, bo jesteśmy okropnymi pasożytami. Zamiast szanować, to kupujemy tonami plastikowe gówno z Temu, brudzimy, śmiecimy i hałasujemy. 

A na dodatek wysyłają ostatnio po dwa alerty RCB dziennie – niedługo zaczną chyba ostrzegać o przecenie łopatki wieprzowej albo „UWAGA! Sprawdź termin kefirów i zsiadłego mleka w lodówce – spożycie nabiału po terminie grozi sraczką”. Ktoś tam się nieźle bawi w tym centrum.