O KIEŁBASIE Z KISZECZKI I ZIMNIE

Mam nadzieję, że u wszystkich święta były sympatyczne i wielkanocne zajączki nie pogryzły wielkanocnych kurczaczków – i vice versa. 

Osobiście mam wrażenie, że przez całe święta w kółko jadłam białą kiełbasę. Nie lubię białej kiełbasy, ale wspólnik N. powiedział, że ma taki sklep, gdzie jest ZNAKOMITA, a sklep nazywa się „Kiszeczka”, a w dodatku kiełbaski stamtąd są cienkie (gruba biała kiełbasa jest dla mnie nie do przejścia). I tą nazwą sklepu mnie zmiękczył, bo normalnie próbuję ograniczać zakupy spożywcze, a wędlin zwłaszcza. No ale N. jak to N. – zamiast kupić kilka, górą dziesięć, kupił CAŁĄ PACZKĘ. Nie wiem ile tam było tych kiełbasek, wydaje mi się, że jakieś czterdzieści tysięcy sztuk. Bo jadłam je na śniadanie z cebulką i na obiad w ciemnym piwie i jeszcze zamroziliśmy. 

Mam nadzieję, że do przyszłych świąt mam spokój z białą kiełbasą.

A na dodatek rozmaśliłam jajko przy wyjmowaniu z opakowania i musiałam wykąpać pozostałe 11 sztuk (N. kupił pojemniki na jajka na 12 sztuk i stał się czarnym charakterem dla sprzedawców jajek na naszym lokalnym ryneczku, bo oni się przyzwyczaili sprzedawać po dziesięć i mają problemy z tabliczką mnożenia, zwłaszcza po przecinku, jak jajko jest wycenione w ułamkach, no w każdym razie przy wydawaniu reszty dzieją się rzeczy niestworzone, a jedna pani prawie wpada w histerię). Wszystko przez rolnika ciemiężcę, który nie dostarcza kurom wystarczającej ilości wapna; w razie czego mogę je reprezentować w sądzie jako oskarżyciel posiłkowy, bo nie lubię kontaktu bezpośredniego z surowym jajkiem.

Dziś rano znowu był przymrozek, i to taki fest – nie tam, że zero; wyszłyśmy z Mangustą i OD RAZU z tego zimna łupnęło mnie w kolanach (coraz lepiej). A Mangusta popatrzyła na mnie z pytaniem, jak ja sobie wyobrażam, że ona ma robić siusiu w takich warunkach? I ja nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć! A żeby było całkiem zabawnie, to piec wyłączył nam w nocy ogrzewanie, bo on już jest w trybie wiosna. JA TEŻ JESTEM W TRYBIE WIOSNA – kupiłam sobie (wiem, wiem, miałam nie kupować ciuchów) spodnie „Love and Roses” we WSZYSTKICH możliwych kolorach i chcę je nosić! A nie znowu polarowe spodnie i bluzy! 

Oglądam „Kobiety niedoskonałe”, N. się ze mnie nabija, i trochę ma rację, bo to żadne arcydzieło, ale jest Elizabeth Moss, i akurat jak się wciągnęłam, to okazało się, że nie ma następnego odcinka i trzeba czekać tydzień! No ludzie kochani, za tydzień to ja zapomnę, że w ogóle jest taki serial, a co dopiero imiona bohaterek i dotychczasowe wątki. Jak tak można, jak w epoce kamienia łupanego!…

PS. Bym zupełnie zapomniała – spełniłam swoje marzenie! Kopałam hulajnogę elektryczną, porzuconą na chodniku – feels FANTASTIC 🙂

O MISJI ATREMIS

Spodobała mi się wielkanocna reklama jednej cukierni, która brzmiała „W każdą babę wkładamy serce”. Wysłałam ją koleżankom, a jedna z nich na to: „Dobrze, że nie co innego”.

Z kolei załoga misji Artemis zaraz po starcie zatkała toaletę na statku kosmicznym. N. mówi, że podobno kosztowała 27 milionów dolarów (a ja narzekałam, że remont naszej łazienki był drogi). Gdzie jest Howard Wolowitz, kiedy go potrzebujemy? Co prawda, taki start rakiety to jest bardzo stresujące wydarzenie i nie dziwię się załodze, że od razu musiała, hm… odreagować. Ale już ją odetkali i nie muszą korzystać z foliowych woreczków, jak załoga Apollo.

W związku z powyższym – Wesołych Świąt! Relaksu, odpoczynku oraz niech nam majonez lekkim będzie. Żeby znowu większych spodni nie trzeba było kupować.

O DAWNEJ ZBRODNI I HULAJNOGACH

Całą drogę do pracy dziś ziewałam jak smok. Ale za to miałam piękny sen! Stałam przed wielkim paczkomatem i wyjmowałam paczkę, oglądałam zawartość i jak mi się nie podobała, to wkładałam z powrotem do skrytki, a paczkomat otwierał następną. I następną. W pewnym momencie trafiłam na przegródkę, w której było pełno zapałek i bilety lotnicze do Wiednia, ale się obudziłam, bo Mangusta wskoczyła mi na głowę (siusiu o 5.15).

Trzeba sprawdzić, co sennik mówi na zapałki i bilety do Wiednia.

N. twierdzi, że to dlatego, że oglądam jak porąbana filmiki tej pani, co otwiera zagubione przesyłki. Faktycznie oglądam i wciąga mnie to jak czarna dziura.

Natomiast w kategorii „co czytałam”: otóż książkę o zbrodni w butiku Ultimo (don’t judge me).

Nie napiszę, że „pamiętam jak dziś” wszystkie szczegóły – ale owszem, pamiętam z mojej młodości nagłówki w gazetach i migawki z telewizji z sali sądowej. I pamiętam, jak moja babcia powiedziała na oskarżoną Beatę per „ten koczkodan” (faktycznie, miała wtedy fryzurę w stylu – loczki, kokardki, takie fru fru, dość odważna stylistyka jak na ławę oskarżonych).

Najlepsze z tego wszystkiego jest, że ja miałam bluzkę z tego butiku – jedną, bo to nie były tanie zabawki, ale za to prześliczną, z cieniowanego weluru – granatowy przechodzący w niebieski. I to kupioną w butiku na Nowym Świecie – tam, gdzie miała miejsce tragedia. A na dodatek pamiętam, że ekspedientki butikowe były niemiłe – widocznie nie wyglądałam jak ich typowa klientela.

Ale wracając do naszych baranów – od pewnego czasu oskarżona i skazana Beata, która odsiedziała wyrok, wyszła z więzienia i zaczęła tournée po mediach i kanałach na jutubie. Opowiadając, jaka to ona jest niewinna, została wrobiona i teraz wszyscy będą ją przepraszać i płacić odszkodowania. Natomiast w jednym reportażu można obejrzeć obie strony – skazaną i ofiarę – i miałam takie klasyczne WTF?? Chyba nieźle się dzieje w polskich zakładach penitencjarnych, bo skazana wypoczęta, opalona i rozstawia wszystkich po kątach, a nawet podnosi głos na prowadzących, jak jej zadają zbyt dociekliwe pytania. A poszkodowana,  Anna – smutna, zgaszona i ze łzami w oczach, nie powiem, że wrak człowieka, ale widać ogromne emocje.

Zapomniałam się uzewnętrznić, że w „Platonicznej przyjaźni” niesamowicie podoba mi się powtarzający się gag, kiedy Seth kopie albo przerzuca przez płot walające się hulajnogi elektryczne. A jak się przeprowadzi do LA, to kopie te małe jeździki, rozwożące pizzę. Te od pizzy to nie wiem, ale O MATKO, JAK BARDZO mam ochotę skopać każdą hulajnogę w zasięgu wzroku! Tylko dziś w jedną stronę wzdłuż Francuskiej naliczyłam cztery jebnięte przy samiutkich przejściach dla pieszych (jedna leży na wysepce na rondzie Waszyngtona). Od zawsze uwielbiam Madryt, a teraz dodatkowo jeszcze i za to, że zakazali tego gówna.

O KOCHANKU DZIEWICY

Dziś rano obudziłam się z takim bólem palców, że ledwo je mogę zgiąć. Dziękuję ci, menopauzo – każdy dzień z tobą to niespodzianka oraz kolejne argumenty w dyskusji „Dlaczego nie doceniałam, jakie miałam dobre życie” – na przykład nie bolały mnie palce i mogłam szydełkować.

Zaraz. NIE BĘDĘ MOGŁA SZYDEŁKOWAĆ? To może od razu się rzucę z mostu Poniatowskiego (jak tam stan Wisły? Żebym się nie wbiła do pasa w piach i nie sterczała, zwłaszcza dolną połową ciała z zacnym cellulitem, bo będzie straszny wstyd). Ciekawe, czy to objaw przemijający, czy już tak zostanie i będzie się nasilać. N. mówi, żebym wzięła magnez (ale on ciągle mówi, żeby wziąć magnez – wszystkie problemy świata rozwiązałby magnezem). 

O, właśnie mi wyskoczył super optymistyczny artykuł o tym, ze czeka nas załamanie pogody, ulewy i śnieżyce. Cudownie. Tak dawno nie miałam na sobie puchowej kurtki, stęskniłam się. W ogóle to widziałam komentarz, że mamy sezon na „za zimno na wiosenną kurtkę, za ciepło na zimową” i to jest bardzo celna definicja. Nad trawnikiem latają motyle cytrynki, a u sąsiada kwitnie magnolia – już mi ich szkoda.

Przekładałam ostatnio książki, żeby coś znaleźć (chyba w trakcie szukania zapomniałam, co – kolejne nieustające podziękowania dla menopauzy) i rzuciłam okiem na półkę z Tudorami, a tam ubytek pomiędzy tomami. Sprawdziłam – i owszem, jednej części nie ma; majaczy mi, że chyba pożyczałam ciotce swojego czasu. I teraz – czy to wypada w moim wieku zadzwonić do ciotki w jej wieku z pytaniem „Słuchaj, nie masz może mojego „Kochanka dziewicy”?” – gdyż taki tytuł ma brakująca książka. Nic na to nie poradzę, że Philippa Gregory wymyśla takie tytuły (a czasem nie wymyśla, bo na przykład  „The other Boleyn girl” wyszło u nas jako „Kochanice króla”, czyli syndrom „Dirty Dancing” żyje i ma się świetnie).

Wiadomości z internetu: można jeść ziemniaki, ale ostudzone, bo mają skrobię oporną (zadanie: nauczyć N. jeść zimne ziemniaki – niełatwe to będzie, bo on wszystko lubi jeść w temperaturze pieca hutniczego). Wiadomość numer dwa: czarne psy postrzegane są jako symbol dobrobytu, pomyślności i ochrony przed negatywną energią (w feng shui). No proszę, jaki mam skarb w domu.

PS. Ale tytuł fajny dałam, nie? Żeby się klikał, he, he.

O ZMIENIAJĄCEJ ŻYCIE KAPUŚCIE

Kret się trochę uspokoił (bo nie ma gdzie wywalić następnego kopca, to się uspokoił – jak deweloperzy, kiedy już obsrają całe miasto swoimi koszmarkami z betonu), ale dołączyła do niego nornica. Boję się, że zaraz zaczną balować we dwójkę, jak Fred Astaire i Ginger Rogers.

Na stronach kulinarnych ciągle wyskakiwała mi pieczona kapusta, lubię kapustę, więc postanowiłam spróbować. Ooooooo maaaatko! Dodam, że bez żadnych fajerwerków – tylko z oliwą, solą, pieprzem i posypaną łyżeczką papryki. Dobrze, że upiekłam tylko pół główki, bo gdybym upiekła całą, tobym zeżarła całą. I bym pękła z wielkim hukiem i byłoby od cholery sprzątania, chociaż mam nadzieję, że N. by w końcu wyrzucił kolekcję szklanek z postaciami ze Shreka, które dawali na stacji benzynowej (lubię Shreka, ale szklanki mi się opatrzyły).

Wracając do kapusty – jest absolutnie doskonała na ciepło i na zimno. Dlaczego tyle lat czekałam, żeby ją upiec? (Chyba dlatego, że nie wierzę zbytnio wiralowym trendom kulinarnym, na przykład ziemniaki spłaszczane szklanką mi się nie zrobiły chrupiące). Mam nadzieję, że kapusta nie tuczy za bardzo, chociaż mam wrażenie, że wszystko mnie tuczy, wystarczy, że pomyślę o jedzeniu i już mam centymetr więcej w tyłku.

I jak tegoroczne Oscary? Ja się po cichu przyznam, że nie rozumiem zachwytu nad „Jedna bitwa po drugiej”. No, było kilka fajnych scen – przede wszystkim z Benicio del Toro – ale żeby mnie jakoś szczególnie porwał albo wbił w fotel, to nie. Za to bardzo lubię Jessie Buckley, a Jessie bardzo lubi polską zupę, a jak wiemy – kinematografia polska zupą stoi, w każdym porządnym polskim filmie jedzą zupę. Tylko dlaczego żaden laureat podczas dziękowania za nagrodę nie podziękował Salowi Sapersteinowi? Byłoby śmiesznie.

No dobrze, świeci słońce, idę z Mangustą na spacer. Jeszcze się łudzę, że może schudnę – chociaż odrobinkę!…

O EMISARIUSZACH WIOSNY

No dobrze, w końcu jest cieplej – odgrażałam się, że jak wiosna przyjdzie, to ho ho – czego ja nie zrobię! Na razie mam zawroty głowy i zjadłam duży pojemnik kimchi. Widocznie mój organizm bardzo potrzebował ostrego kopa (żeby nie było – rodzimą kiszoną kapustę też bardzo lubię, ale kimchi to kimchi). Mangusta na przykład życzy sobie siedzieć na tarasie na kanapie i drzeć się na wszystko, co żyje i się porusza, a ja jej tłumaczę, że dla mnie jeszcze trochę za chłodno, bo nie mam takiego pięknego futra. Tak na marginesie, pięknym futrem też musimy się zająć, a terminy u psich fryzjerów takie, jakby sierść skubał osobiście i własnoręcznie Vidal Sassoon.

Kolejni emisariusze wiosny pojawili się u nas w domu; N. jak się na nich natknie, to woła „Przyszedł do ciebie ten co śmierdzi, jest w łazience na ścianie”. Tak na marginesie, zwracam uwagę na podział obowiązków w naszym gospodarstwie domowym, jeśli śmierdzi = przyszedł do mnie, wiadomo. Chodzi oczywiście o wtyki amerykańskie, które nagle się pojawiły nie wiadomo skąd i są ostrożnie wynoszone w szklance, żeby się nie zdenerwowały, bo wtedy śmierdzą. 

A w sklepach ogrodniczych tulipanki i prymulki. Nie ze mną te numery, Bruner – jeszcze będzie zimno i WSZYSTKO ZMARZNIE. No.

Przeczytałam bardzo dobrą książkę, znalezioną na blogu Zuzanki – „Mężowie” Holy Gramazio, nadal trochę w temacie wszechświatów równoległych. Pomysł świetny – bohaterka wracając po pijaku z wieczoru panieńskiego zastaje w domu męża. Jest lekka draka, bo była singielką i nigdy nie miała męża, a faceta nawet nie zna – ale Wszechświat upiera się, że to jej mąż – świadczy o tym wszystko: zdjęcia i historia wiadomości w telefonie, jej znajomi, sąsiedzi – oraz sam mąż we własnej osobie. To dopiero początek zamieszania, bo kiedy mąż wchodzi na strych w jej mieszkaniu, schodzi stamtąd również mąż – ale zupełnie inny, a przy okazji zmienia się historia i szczegóły całego życia – praca, stan konta, wygląd mieszkania, jej wygląd. Kiedy tylko rozgryzie ten mechanizm ze strychem – zaczyna się kalejdoskop kolejnych mężów, a w pewnym momencie poznaje nawet faceta, który tak jak ona porusza się pomiędzy światami (chociaż na trochę innych zasadach). Naprawdę świetna książka i co ważne – zakończenie nie rozczarowuje. Oczywiście, Apple już wykupiło prawa i zamierza nakręcić serial. Oby nic nie spieprzyli.

W „Studio” zdecydowanie nie spieprzyli, chociaż początkowe odcinki były… dobre, zabawne i na poziomie, ale cztery ostatnie to jest po prostu MISTRZOSTWO. N. chciał mi podać coś na uspokojenie, jak oglądałam finał (ależ chętnie, ale nie mamy nic fajnego). Jedyne co smutne – to chyba ostatnia rola Catherine O’Hara, a jest świetna. Po prostu… Thank you, Sal Saperstein!

W Sinsayu są bardzo ładne, kolorowe poduszki z psami – w tym z jamnikiem i wystrojonymi chartami, w dodatku w bardzo uprzejmej cenie. Czy kupiłam na lato na balkon? HA.

O KLĄTWIE WODY

No ładny był weekend, ciepło i słoneczko, ale u nas cały pod znakiem klątwy wody.

U Zebry nie było wody wcale (trzy dni, pękła miejska rura – w weekend, toteż spokojnie przełożyli naprawę na poniedziałek), a u nas z kolei nadmiar pod zlewem. Niby Wszechświat dąży do równowagi (energetycznej), ale jednak nie zawsze.

Zebry rodzina odwiedzała nas, żeby się wykąpać i napełnić kanistry, a N. diagnozował i próbował kupić przeciekające części. Na pierwszy rzut padło na syfon i kolanka, zrobił zdjęcie i udał się do sklepu hydraulicznego. Tam oprócz nieśmiertelnego „O panie, kto to panu tak spierdolił” (szczerze? Nie pamiętamy – to było dwadzieścia lat temu z górką!) usłyszał, że takich to już nie produkują i trzeba całe nowe. Kupił nowe i przykręcił, żeby się przekonać, że to jednak zawór kulowy w kranie, więc do poniedziałku u nas też dupa zbita i miska pod zlewem. 

A na sam koniec weekendu rozwaliłam N. nowiutkie okulary poprzez usiądnięcie na nich dupą. No bo kto kładzie okulary na stoliku przy kanapie, akurat w miejscu, gdzie można sobie przysiąść!… Nie udusił mnie, a spokojnie mógłby – podobno podnieśli zasiłek pogrzebowy. W dodatku u zaprzyjaźnionego optyka naprawili mu z dnia na dzień i gratis (muszą go tam bardzo lubić, serio – jedna żyłka przytrzymująca szkło się urwała i zawias był rozgięty na zewnątrz). 

Ale za to nareszcie zegarek mu ożył! Jakiś czas temu N. kupił sobie zegarek żywiący się światłem – no i wszystko ładnie, pięknie – aż przyszła polska zima i zegarek zdechł. N. go wykładał na tarasie na całe dnie, żeby wyłapał chociaż okruszki słońca z tej nędznej szarzyzny, ale nic z tego. Dopiero zabrany do Alicante ożył i zaczął chodzić, biedaczysko. Zima w Polsce nie jest dla człowieka, zawsze to powtarzam – a teraz okazuje się, że nawet zegarki nie dają rady jej przeżyć. 

Oczywiście nie mam złudzeń i wiem, że jeszcze przywali zimnem i szarugą, ale na razie się cieszę. A jak kret w naszym gródku się cieszy! Wyrąbał taki Dubaj – z dziesięć kopców sięgających mi prawie do kolan – że jak N. to zobaczył, to zaniemówił i przez chwilę się bałam, że ma wylew albo coś. Na szczęście ma dużo pracy i może do weekendu (na weekend jest planowana zemsta na krecie) trochę mu przejdzie, bo jak nie, to będziemy mieli drugą operację „Epicka furia” (zawsze mnie ciekawi, kto wymyśla te nazwy, czy jest jakaś burza mózgów? I jak brzmiały te, które się nie zakwalifikowały do finału, stawiam na np. „Ten Idiota Znowu Musi Coś Rozpierdolić”).

No i tak. Oglądam “Platonic” – Rose Byrne na początku wydawała mi się drętwa, ale im dalej w las, tym częściej śmieję się na głos.

O WYCIECZCE W STRONĘ SŁOŃCA

W dniu, kiedy już przestaliśmy wierzyć w koniec zimy i właściwie w COKOLWIEK, N. dorwał tanie bilety do Alicante na trzy dni. I przez trzy dni chodziłam w słońcu, ubrana w normalny zestaw odzieży, a nie we WSZYSTKO plus puchowa kurtka. I byli ludzie na plaży (niektórzy nawet się kąpali, ale to chyba morsy albo jednak zboczeńcy). Kwitły kwiaty, rosły palmy, a ja poczułam się nareszcie jak człowiek wyprostowany i mogłam się napić schłodzonego różowego wina przy stoliku na ulicy. N. mierzył buty, a ja ładowałam baterie (no dobra – chciałam kupić super biustonosz w Tezenisie, ale nie było mojego rozmiaru).

Ale cały wyjazd zdominowało wydarzenie z dnia wylotu.

Wiadomo – tanie loty równa się nieludzka godzina, ale to naprawdę nie ma znaczenia i o 5.30 drzemałam w samolotowym fotelu, czekając na start. Cały samolot już gotowy, ale jeszcze czekamy. No i w końcu – wpada na pokład osoba męska, młoda, i informuje wszystkich:

– YOGI NIE LECI! 

Aż ocknęłam się z drzemki, a młodzieniec z plecakiem nadal informuje cały samolot:

– Yogi nie leci, bo ma bagaż za duży! Przy bramce mu zmierzyli i się nie zmieścił. Nie może dopłacić, bo wszystko już zamknięte i zakończone. I Yogi zostaje i nie leci!!!

Zakończył przemówienie i usiadł. Jeszcze przez chwilę docierały do nas jakieś urywki konwersacji „Ale jak to za duży, przecież nas puścili”; „Ale tam nie mierzyli”;  „Ale że co, że nie można dopłacić”, ale drzwi się zamknęły i samolot ruszył w drogę. A Yogi został.

I przez cały wyjazd wspominaliśmy Yogiego. Chodzimy po mercado i oglądamy piękne karczochy (sezon jest) i truskawki, po czym stwierdzamy „A Yogi sobie nie poogląda karczochów”. Spacerujemy nad morzem i jest pięknie i ciepło – „A Yogi nie zobaczył morza”. Pożeramy pyszne pomidory na obiad (słodkie!) – „A Yogi nie spróbuje takiego dobrego pomidora”. I tak przez cały czas. Nawet jak mnie N. pędził pod górę, żeby zwiedzić dzielnicę uroczych uliczek pod zamkiem Santa Barbara (o mało nie dostałam zawału, ledwo wlazłam pod górę) – to pomyślałam „A Yogi się nie musi wdrapywać!”.

Więc być może Yogi został w kraju ciałem, ale towarzyszył nam duchem. Przez cały czas. Pozdrawiam Yogiego.

Wróciliśmy, a tu słońce! Znaczy – przywiozłam pogodę. Mam nadzieję, że wszyscy są mi wdzięczni?…

Natomiast w domu cieknie pod zlewem. A szwagier powiedział, że on już nie ma siły i miał ochotę Mangustę zakneblować. Po prostu – dziewczyna ma swój głos i nie waha się go używać. Nawet pół sekundy się nie waha. No, ale pańcia już wróciła i może używać głosu w domu – tu nikomu nie przeszkadza.

A, i jeszcze N. powiedział mi piękny komplement – że uśmiecham się do zdjęcia jak byk przed atakiem. No – co ja mogę na to powiedzieć; nie lubię i nie umiem pozować do zdjęć, nigdy nie umiałam. Więc pewnie ma rację.

O WOŁOWINIE I UFO

Mangusta była na imprezie – dostała od pani domu górę posiekanej wołowinki, sparzonej we wrzątku. I w ogóle nie było zawahania, namysłu ani chodzenia tyłem – rzuciła się na miskę jak politycy na dobrze płatne stanowiska.

A ja już ciągnę resztkami. Na przykład, zrobiłam sobie herbatę i nawet byłam zadowolona, że woda tak szybko się zagotowała. Poszłam ją sobie postawić przy komputerze – a tam już herbata stoi. Zrobiona pięć minut wcześniej. I zapomniana.

Oraz udało mi się wieczorem zgubić szkło kontaktowe przy zdejmowaniu – ześlizgnęło mi się z palca i zniknęło. Obmacałam całą umywalkę i podłogę w promieniu dwóch metrów, szybę oddzielającą prysznic – nie ma śladu. Zatem rozsądnie uznałam, że przeniknęła do wszechświata równoległego (skończyłam „Peanatemę”, tak przy okazji) i poszłam spać. Następnego dnia założyłam nowe szkła, ale nieobecność soczewki mnie dręczyła, bo ja mam lekkie OCD, więc wzięłam latarkę i udałam się jej szukać. I co? ZNALAZŁAM – przylepioną do ściany pod lustrem! Nie wiem, JAKIM cudem (chyba powinna spaść w dół, nie w bok?) i trochę jednak żałowałam, że nie zjawiła się znikąd w łazience mojej odpowiedniczki we wszechświecie równoległym, to by była niezła draka. 

N. przyniósł do domu sałatę w doniczce z marketu – z ziemiórkami w komplecie. Tyle razy go prosiłam, żeby nie kupował sałaty w doniczce, bo mam opory przed jedzeniem, a teraz na dodatek całe okno kuchenne pokryła dekoracja mikromuszek. Wspaniale. Tylko tego mi brakowało na pocieszenie, naprawdę.

Jak gdzieś przeczytam, że któryś meteorolog zapowiada powrót mrozów, to napiszę do niego długi i wyczerpujący list z wnioskiem końcowym, który brzmi: TURLAJ DROPSA. Ja już NIE MOGĘ tego gówna poniżej zera – normalnie mnie wywróci na lewą stronę, jak te krowy napastowane przez UFO.

A właśnie, podobno prezydent Wszechświata Donald Trump ma ujawnić super tajny raport o UFO – czekam niecierpliwie.

O JEDZENIU W DALSZYM CIĄGU

No dobrze, to żeby uzupełnić nasze dietetyczne fiksum dyrdum, to wprowadzę jeszcze jeden element do układanki: na misce nie może być nałożone zbyt dużo. Trzeba Manguście serwować posiłki małymi porcyjkami. I wtedy zje trzy małe porcje, ale jednej dużej by nie tknęła.

Ale akurat tu ją rozumiem, bo mam tak samo – jak mam za dużą porcję na talerzu, której na pewno nie dam rady zjeść, to dostaję blokady i nie jestem w stanie nawet zacząć. Pewnie ma to swoje źródło w przedszkolu, gdzie zmuszali mnie do jedzenia i byłam sadzana przy stoliku tyłem do sali DOPÓKI NIE ZJEM do końca (spoiler: i tak nie zjadałam). W każdym razie do dziś tak mam i N. o tym świetnie wie, bo to on musi wziąć na siebie w sytuacjach podbramkowych, kiedy wpadam w panikę przy stole, połowę mojej porcji. I dlatego uwielbiam hiszpańskie knajpy, w których można wziąć wszystko para compartir na środek stołu i sobie nakładać po troszeczku. 

Może to ma swoją nazwę, lęk przed dużą porcją jedzenia. W każdym razie obie z Mangustą to mamy – TO ZNAK, że było nam pisane bycie razem! 

A poza tym, to co? Bryndza owcza. ZNOWU MRÓZ, nie bardzo jest jak iść na przyzwoity spacer, więc energiczny jamniczek dodaje korby w pomieszczeniach albo na ogródku i muszę pół godziny rzucać szyszkę albo piszczącego kurczaczka. Od piszczałki w kurczaczku dostaję nerwowych tików i w ogóle nie pomaga mi podwójna porcja magnezu, który to podobno ma wspomagać system nerwowy. Ni cholery nie wspomaga. W lutym człowiek powinien mieć możliwość zakupu bez recepty jakichś PORZĄDNYCH i DZIAŁAJĄCYCH leków na nerwy i samopoczucie, bo chwilami mam ochotę udusić nawet ptaszki w karmniku. A jak spojrzę na prognozę temperatury na najbliższe trzy dni – to spalić całą wieś i gospodarstwa ościenne. 

N. po raz kolejny dokonał czegoś niemożliwego (on tak ma) – a mianowicie, kupił w środku zimy pomidory, które MAJĄ SMAK. I zapach – pachną pomidorem przy ogonku. Wzruszyłam się, bo zjeść zimą smacznego pomidora to nie jest łatwa sprawa i wysłałam N. do warzywniaka z komplementami i podziękowaniem. Na co pan sprzedawca z całą powagą:

– Bo to są, proszę pana, pomidory na wodzie jurajskiej.

Dobrze, że nie na Evian albo Kropli Beskidu kupionej na lotnisku w najmniejszych buteleczkach. 

No i tak.

Jeśli ktoś ma pomysł, jak po całym cholernym mroźnym styczniu przeżyć cholerny mroźny luty – chętnie wysłucham.

„Peanatemy” zostało mi sto kilka ostatnich stron i to jest przygnębiające, bo nie wiem, zupełnie nie wiem, co czytać po TAKIEJ książce, kiedy się skończy.