Podejrzewam, że pająki wynoszone przeze mnie z wanny wspinają się do okna łazienkowego i wracają. Bo ze trzy ostatnie w ogóle się nie bały szklanki, w którą są przeze mnie łapane, tylko grzecznie podkuliły nóżki i do niej wskoczyły. Normalnie jakby znały procedurę – przejażdżki sobie robią, a później się chwalą na mieście. Nie wiem, co o tym myśleć.
Natomiast odkryłam eliksir młodości i urody, a właściwie to fejsbuk dla mnie odkrył – to jest bardzo proste, tylko trzeba zjadać codziennie puszkę sardynek. I już – ma się piękne WSZYSTKO – włosy, cerę, paznokcie, bo w sardynkach jest kolagen i najlepsze tłuszcze i witaminy, więc żegnamy botox, witamy sardynki. I mówiła o tym Francuzka, a wiadomo, że Francuzki są może i zołzy, ale szykowne, zadbane i szczupłe.
No i dobrze, bo lubię sardynki (czego nie można powiedzieć o zastrzykach), ale CODZIENNIE? No nie wiem. Chyba jak coś trzeba jeść codziennie, to się szybko znudzi (frytki też? aż mnie kusi, żeby spróbować, tylko że wtedy nie zmieszczę się nie tylko w dżinsy, ale i w drzwi wejściowe). Z drugiej strony – nie trzeba tych sardynek rąbać prosto z puszki, można sobie zrobić z nich różne fajne rzeczy i może wtedy się nie znudzą? Jakiś pasztecik z jajkami na twardo albo coś.
W tym tygodniu w internetach króluje dyskusja, czy dzieci umrą od niezjedzenia codziennie kotleta. Bo okazało się, że więcej warzyw w szkolnych stołówkach to jest zamach na wartości, godność ludzką i „Polski już nie ma”. Bardzo pouczająca lektura na twitterze („Wara z zupą na wywarze warzywnym od mojego DZIECKA!!”) oraz powstają Stowarzyszenia Obrony Dzieci przed Fasolą. Trochę jak w „Konopielce”, kiedy nauczycielka ugotowała obiad.
A nam stuknęły trzy lata z Mangustą. Już trzy lata?… Dopiero co wiozłam tego małego glutka na tylnym siedzeniu, cała w żałobie po Szczypawce, a ona wlazła mi na kolana i przytuliła się i tak już zostało. Mój kochany antydepresant – jest taka słodka, że nawet nie mam ochoty jej udusić, kiedy wychodzimy na siusiu o czwartej rano (aczkolwiek wolałam, kiedy było już widno o tej porze – chociaż to przecież nie Mangusty wina, tylko położenia geograficznego Polski).
Czy musi tak wiać? W ogóle się nie wyspałam – wyło przez całą noc jak w „Tajemniczym ogrodzie” na wrzosowiskach i w ogóle protestuję i poproszę z kierownikiem.