O ELIKSIRZE URODY

Podejrzewam, że pająki wynoszone przeze mnie z wanny wspinają się do okna łazienkowego i wracają. Bo ze trzy ostatnie w ogóle się nie bały szklanki, w którą są przeze mnie łapane, tylko grzecznie podkuliły nóżki i do niej wskoczyły. Normalnie jakby znały procedurę – przejażdżki sobie robią, a później się chwalą na mieście. Nie wiem, co o tym myśleć.

Natomiast odkryłam eliksir młodości i urody, a właściwie to fejsbuk dla mnie odkrył – to jest bardzo proste, tylko trzeba zjadać codziennie puszkę sardynek. I już – ma się piękne WSZYSTKO – włosy, cerę, paznokcie, bo w sardynkach jest kolagen i najlepsze tłuszcze i witaminy, więc żegnamy botox, witamy sardynki. I mówiła o tym Francuzka, a wiadomo, że Francuzki są może i zołzy, ale szykowne, zadbane i szczupłe. 

No i dobrze, bo lubię sardynki (czego nie można powiedzieć o zastrzykach), ale CODZIENNIE? No nie wiem. Chyba jak coś trzeba jeść codziennie, to się szybko znudzi (frytki też? aż mnie kusi, żeby spróbować,  tylko że wtedy nie zmieszczę się nie tylko w dżinsy, ale i w drzwi wejściowe). Z drugiej strony – nie trzeba tych sardynek rąbać prosto z puszki, można sobie zrobić z nich różne fajne rzeczy i może wtedy się nie znudzą? Jakiś pasztecik z jajkami na twardo albo coś. 

W tym tygodniu w internetach króluje dyskusja, czy dzieci umrą od niezjedzenia codziennie kotleta. Bo okazało się, że więcej warzyw w szkolnych stołówkach to jest zamach na wartości, godność ludzką i „Polski już nie ma”. Bardzo pouczająca lektura na twitterze („Wara z zupą na wywarze warzywnym od mojego DZIECKA!!”) oraz powstają Stowarzyszenia Obrony Dzieci przed Fasolą. Trochę jak w „Konopielce”, kiedy nauczycielka ugotowała obiad. 

A nam stuknęły trzy lata z Mangustą. Już trzy lata?… Dopiero co wiozłam tego małego glutka na tylnym siedzeniu, cała w żałobie po Szczypawce, a ona wlazła mi na kolana i przytuliła się i tak już zostało. Mój kochany antydepresant – jest taka słodka, że nawet nie mam ochoty jej udusić, kiedy wychodzimy na siusiu o czwartej rano (aczkolwiek wolałam, kiedy było już widno o tej porze – chociaż to przecież nie Mangusty wina, tylko położenia geograficznego Polski). 

Czy musi tak wiać? W ogóle się nie wyspałam – wyło przez całą noc jak w „Tajemniczym ogrodzie” na wrzosowiskach i w ogóle protestuję i poproszę z kierownikiem.

O PREZENTACH Z HISZPANII I CIEŚCIE

Umówiłyśmy się z koleżankami do knajpy.

W godzinach popracowych, żeby każda zdążyła dotrzeć, więc akurat wypadła pora kolacji Mangusty, a wiadomo, że Mangusty dieta to jest pole minowe. Proszę zatem N., żeby dał jej kolację, którą zostawiam na blacie.

Przyjechał po mnie (po nas wszystkie w zasadzie) i jeszcze w samochodzie pytam, czy Mangusta jadła. Nie jadła. Dlaczego? Bo nie zostawiłam jedzenia.

Zostawiłam na kuchennym blacie, ale myślę – a może odruchowo piznęłam do lodówki, człowiek na autopilocie robi takie rzeczy, a później nie pamięta. A lodówka – WIADOMO: dla facetów to jak piąty wymiar i bez skomplikowanych obliczeń przy użyciu matematyki wyższej i liczb urojonych NIC tam nie znajdą. No więc moja wina. Wracamy do domu, wchodzę – jedzenie stoi na blacie. CENTRALNIE. 

Więc następnego dnia rano Mangusta rzygała, bo oczywiście jedli z panciem parówki. Wszystkie jamniki, jakie znam, dałyby się pokroić za parówkę, Mangusta też, a że następnego dnia parcia sprząta rzygi, to już od dawna wiadomo, że pieseczki nie kojarzą związków przyczynowo – skutkowych.

A z dziewczynami było jak zawsze miło i relaksująco, jedna wróciła z Hiszpanii i pytamy, co fajnego sobie przywiozła. A ona:

– OPRYSK DO KUMKWATA. A, i jeszcze te duże cebule!

Ta to umie robić zakupy w Hiszpanii. Zresztą nie czepiam się, bo sama przywożę odplamiacze do tłuszczu (takie w sprayu, z talkiem). Hiszpania to jest duży i piękny kraj i każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego – kumkwaty też.

Na fejsie teraz wyskakują mi rolki z robieniem ciasta Dolly Parton ze „Stalowych Magnolii”. Jak ja kocham ten film, oczywiście znam go na pamięć, a ciasto Dolly Parton idzie tak: szklanka mąki, szklanka cukru, szklanka koktajlu owocowego razem z syropem. Piec w 350F aż będzie złote („golden and bubbly”). Na co Olympia Dukakis mówi, że musi być strasznie słodkie („awfully rich”). A Dolly – jest, dlatego podaję z lodami, żeby przełamać smak („to cut the sweetness”). 

No i teraz pól Ameryki piecze to ciasto, niektóre dodają na wierzch kawałeczki masła. Nie wygląda jakoś super zachęcająco, taki zakalec właściwie, no ale to jest hołd i ja to rozumiem.

Ostatni dzień sierpnia dziś. Jak to się stało?…

O KLIMATACH I EKSPERTACH

Lato, lato, a ja w skarpetkach spałam. Grubych i puchatych. 

No dobrze, ale skupmy się na pozytywach: …

Nie znalazłam żadnego. Zaraz się popłaczę pod stołem.

Maila dostałam: „Sprawdź, co do ciebie przemawia” – nic do mnie nie przemawia, na szczęście. Ani ciuchy, ani torebki, ani rura pod zlewem. Lodówka niedawno przemawiała, ale uporządkowałam półkę, żeby nic nie przylegało do wentylatora, i się uspokoiła. 

Ale w mailingu, muszę przyznać, zatrudnili kogoś niewyżytego artystycznie lub emocjonalnie, bo takie mam tytuły ostatnio: „Twoje wybory odzwierciedlają wyrafinowany gust”; „Objawia się iskra twojej kreatywności” albo mój ulubiony – „Anna, roztaczasz nieodparte klimaty”. 

Roztaczam nieodparte klimaty. I tego się będę trzymać.

Przez ostatnie dni śledziłam bacznie historię „raportu” o marce Polska. Chyba już wszyscy się zgodzili, że żaden raport, tylko co najwyżej półprodukt, za metodologię ktoś powinien mieć wbijane gwoździe pod paznokcie, a użycie AI to był najmniejszy z grzechów autora(-ów) tego arcydzieła.

Ale przypomniały mi się lata młodości i pierwsza praca w fundacji, która zarządzała środkami wtedy jeszcze przedakcesyjnymi. Konferencje, publikacje, szkolenia – wszystko pięknie, tylko jak przychodził „wkład” od ekspertów, oczywiście w randzie profesora, to z dziewczynami zaczynałyśmy od grupowego rozpłakania się. Chociaż jedna, co najdłużej pracowała, pocieszała nas, że teraz to i tak jest luksus, bo rok – dwa lata temu profesory przysyłały luźne notatki odręczne. A teraz mieli wpisane w umowę, że przynajmniej maszynopis z odstępem. Chociaż głównie polegało to na tym, że wpisywali się do wszystkich projektów i nie przysyłali nic w terminie, a po siedemdziesięciu telefonach udawało się od nich wyciągnąć jakiś ochłap. W sumie nie wiem, po co były te monity, bo każdy z nich przysyłał w kółko jeden artykuł, który kiedyś mu napisał doktorant. 

A już Boże dopomóż, jak trzeba było zorganizować konferencję. Sama nie wiem, co było gorsze: czy profesor, który czterdzieści minut wisiał nad jednym kompletnie nieczytelnym slajdem (Drogie Dzieci, wtedy slajdy były na folii, którą kładło się na rzutniku), czy właśnie tacy nowocześni dynamiczni, co drugie słowo po angielsku, żeby pokazać, że z niejednego chleba (chlebowości) się piec jadło. Przy czym to był przełom wieków, pierwsze tłumaczone wydania Kotlera dopiero nieśmiało się pojawiały w księgarniach i polskie zwroty marketingowe po prostu jeszcze nie funkcjonowały, no i takie panie Basie po trzytygodniowych kursach w jakimś college w Holandii brylowały na prawo i lewo. W sumie to nie wiem, czy bardziej mnie przeszły ciarki żenady, czy ogarnęła nostalgia, jak zobaczyłam (i usłyszałam!) tę panią w akcji. 

Więc chciałam przez to powiedzieć, że to nie tak, że coś mnie w tej sytuacji zaskoczyło. No dobra – może to, że tyle lat upłynęło, a nic się w tym eksperckim bagienku nie zmienia. No, jedno się zmieniło – ja się nie muszę z tym towarzystwem użerać. 

I tym optymistycznym (?) akcentem – idę roztaczać nieodparte klimaty w okolicach faktur do zapłacenia. Darz bór i niech się jeszcze ociepli!…

O WARMII, PRANIU I TRAUMIE

Bociany odleciały, dni już krótsze, a wieczory chłodne. Miałam mały ataczek paniczki na widok czerwonej jarzębiny (wiadomo, co niesie w koszu Pani Jesień, jak idzie lasem – od przedszkola nam to wpajają).

Byliśmy grupowo nad jeziorem na Warmii. NA WARMII. Krzyczałam na wszystkich, jak mówili „Ale tu ładnie na tych Mazurach”, bo ktoś musi nosić te kagańce i krużganki oświaty, nieprawdaż. Pływaliśmy elektryczną łódką i katamaranem, bo tam jest strefa ciszy – bardzo fajne, nie chlapie i paliwo nie śmierdzi, a Mangusta nawet wchodziła na SUPa. Z grupy w porywach do sześciu osób (plus jamnik) była tylko jedna osoba, która nie zanurzyła w jeziorze nawet palca u stopy – zagadka, kto to był? TAK, TO BYŁAM JA (podobno woda była ciepła – well, mamy trochę inny zakres temperaturowy). 

Jedna koleżanka przyjechała z podwójnym bagażem, bo przywiozła całe naręcze ciuchów z lumpeksów. Jest mistrzynią lumpeksów – zawsze znajdzie piękne kolorowe kiecki, świetne koszule, spodnie, kiedyś byłam z nią w malutkim sklepiku – ja nie widziałam nic, a ona rzuciła okiem na wieszaki i wyciągnęła przepiękną spódnicę w słonie, jak z jakiegoś filmu kostiumowego o arystokratkach w latach dwudziestych. Po prostu jedni mają oko do takich zakupów, a inni kompletnie nie. No i ona nie dość, że kupuje dla siebie, to jeszcze jak znajdzie ładne a nie w jej rozmiarze, to obdarowuje koleżanki. I tym sposobem dostałam przepiękne spodnie w paski. Co ja się naszukałam spodni w paski, ale każde były nie takie – a to za długie, a to sztywny materiał, a to zupełnie piżamowe, a to skrojone tak, że kończą mi się pod pachami i wyglądam jak Obeliks. A ona wyciąga z torby IDEALNE – wiskozowe, powiewne, z eleganckim paseczkiem i mówi PRZYMIERZ. No i mam wymarzone spodnie w paski, jakich nie znalazłam w żadnym sklepie od wczesnej wiosny.

Powiedziałam jej, że musi organizować takie wycieczki z przewodnikiem po lumpach, jak w Hiszpanii robią po barach – ja się od razu zapisuję.

Po powrocie poszliśmy do mojej ciotki na gołąbki (zaprosiła nas, nie, że na krzywy ryj) i ona mówi:

– W tym tygodniu pani na rynku będzie miała anielskie skrzydła.

Zawiesiłam się z gołąbkiem w pysku, bo wyobraziłam sobie kobietę ze śnieżnobiałymi, pierzastymi skrzydłami, stojącą za ladą straganu – ale jak, wyrosną jej przez tydzień? Czy będzie miała przyczepiane? W sierpniu? Sezon na skrzydła to jest raczej pod koniec grudnia? Musiałam mieć dziwną minę, bo moja ciotka doprecyzowała:

– Te kwiatki, co wyglądają jak uszy słonia!

No chyba że tak. Teraz już tylko zostałam z wizją aniołów ze skrzydłami jak uszy słonia. Też pięknie.

Wnioski są takie, że jeziora na Warmii wyglądają jak Malediwy, a ja zrobiłam już cztery prania i jeszcze mam całą górę w kolejce. Nie wiem, dlaczego – przecież się nie przebieraliśmy cztery razy dziennie! 

A na deser upolowałam w Bonito wznowiony cykl o Gateway. Moje oryginalne wydanie chyba skończyło pożyczone komuś (mam kilku podejrzanych ananasów na liście – i ananasice – którzy nigdy nie oddawali pożyczonych książek), a w dodatku miałam tylko pierwszą część. A tu wydali cztery części w dwóch tomach – już do mnie jadą, razem z najnowszą książką Elizabeth Strout; nie mogę się doczekać. 

A na wyjeździe znowu miałam sen o szkole, szukaniu klasy i zaległościach z historii. Koleżanki mówią, że mam nieprzepracowaną traumę. Co zrobić, żeby ją przepracować – może przelać jajko?…

O UPAŁACH C. D.

No dobrze, po wczorajszym dniu zastanawiam się, czy na pewno chcę zostać skremowana. Bo po południu wyjście z psami na 15 minut dawało pewien przedsmak, taką bezpłatną próbkę, i nie byłam zachwycona. 

W dodatku – żeby nie wiem jaki był upał – muszę spać pod przykryciem. Niekoniecznie kołdrą (to nawet niewskazane w te upały), ale jakieś tekstylium musi być. I bardzo się ucieszyłam, jak natrafiłam na moim ulubionym forum na wątek „Czym się przykrywacie w te upały” – czyli nie mam defektu mózgu (albo całego organizmu), tylko niektórzy po prostu TAK MAJĄ. Najczęściej występowały prześcieradła, powłoczki na kołdrę minus kołdra, jakieś ultra lekkie kocyki albo narzuty. Ale jedna pani była kreatywna i przyznała się, że zdjęła w tym celu lnianą zasłonę z okna. No i też pięknie – ważne, żeby wilk był syty i Manchester City.

I przypomniało mi się, że zapomniałam wyznać, kiedy oglądałam „Derry Girls”, że utożsamiam się z mamą, która w jednym z odcinków robi pranie. I stwierdza, że ma za mało w pralce, chodzi po całym domu i szuka, co jeszcze dorzucić. A na koniec, kiedy nadal ma za mało – obdziera wszystkich z ubrań, które akurat mają na sobie. Mam identycznie! To znaczy – jeszcze nigdy nie rozebrałam gości, natomiast często popędzam N., żeby się szybko przebrał i oddał mi np. jasne spodnie, które ma na sobie, bo chcę puścić pralkę, a mam za mało jasnych. N. się czasem na mnie wydziera, że tylko SPOJRZY na koszulkę, a ja już ją wlokę do pralki. A w taką pogodę pranie tak pięknie schnie! Chociaż koleżance akurat zmokło na balkonie, piękną burzę mieliśmy w nocy – przez pierwsze pół godziny myślałam, że dach nam odfrunie.

Więc może i WSZYSCY UMRZEMY od tych upałów, ale przynajmniej pranie szybko schnie (takiego mema widziałam).

Na Netflixie rzucili Tudorów. Jaki to stary serial – nawet nie mają jeszcze telefonów komórkowych – ale bardzo dobry. Nie ma jak porządna intryga dworska.

O KARMIENIU PSÓW I ALERTACH

Warszawa tak rozkopana, że do biura nie ma jak dojechać – remonty i wykopaliska na wszystkich głównych dojazdowych arteriach. Ja rozumiem konieczność remontów i modernizacji, ale może by tak – nie wiem – SKOŃCZYĆ jakiś remont, zanim zacznie się następny?… Na przykład, na początek zakopać tę wielką dziurę, która już chyba trzeci rok zieje obok dworca Warszawa Zachodnia i ludzie nie mają jak się przedrzeć z dworca do autobusu czy samochodu?

Jak nie stoimy w korkach, to głownie ostatnio skupiam się na przetrwaniu – przez te upały. Zasłaniamy okna i zgarniamy psy do domu – psy w liczbie mnogiej, bo sprawuję opiekę nad psicą mojej ciotki. W związku z czym pory karmienia wyglądają tak, że miski znajdują się po dwóch stronach pokoju albo tarasu, jak najdalej  po przekątnej (jak chłodniej, to dziewczynki jedzą w plenerze, tak sobie życzą), a ja pośrodku – jak ONZ (tylko bardziej skuteczna). A najlepsze, że awantury wszczyna Mangusta – warczy na Mufkę, ale sama pakuje się do jej miski, sprawdzić, czy nie ma czegoś lepszego. Nie ma – dostają to samo, a mój Tadeusz Niejadeusz żre, aż furczy. Nie ma błagania pieska o zjedzenie chociaż kilku kąsków, chodzenia z miską na kolanach i podtykania pieseczkowi, który ucieka tyłem. Rąbie chrupki i pasztety i tylko się ogląda, czy tamta widzi i czy zazdrości. Takie słodkie stworzonko, a taka zadziora. 

U sąsiadów pojawiły się wnuczęta na lato. Wnuczęta na oko początek podstawówki (albo koniec przedszkola – nie umiem oceniać wieku i odległości) i przejawiają aktywności typu – jeden kopie piłkę tak, żeby się odbijała od domu, a drugi w tym czasie gwiżdże gwizdkiem piłkarskim. Więc już jest fajnie – co pięć minut muszę zgarniać szalejące przy płocie psy. Jak dzieciulkom znudziło się kopanie i gwizdanie, to odkryli szopę na narzędzia z blachy falistej i pół godziny walili drzwiami (również z blachy falistej). W międzyczasie dwóch tatusiów skręcało im drewniany domek – wieżyczkę ze schodkami i drabinką – taki mini – Biskupin. Skręcenie tych kilku desek zajęło im prawie dwa tygodnie, więc chyba te dzieci nie wylosowały nadmiernie szczęśliwego losu w puli genów, zresztą zachowują się adekwatnie. Jeśli dodam, że ulubionym zajęciem dziadka (czyli naszego sąsiada) jest włączanie kosiarki spalinowej zawsze, ale to zawsze wtedy, kiedy przyjdą do nas goście i usiądziemy sobie na tarasie albo w altanie – to chyba rysuje się pewien wzorzec.

No i tak sobie spędzamy lato. 

Przez te upały nie mam ochoty na oglądanie seriali, więc tylko kilka odcinków do przodu z „For All Mankind” jestem i chciałam zaznaczyć, że Siergiej (Adamczyk) jednak jest świnią. 

Pojutrze ma być prawie czterdzieści stopni. Najwyraźniej Ziemia postanowiła się pozbyć ludzi przez upieczenie – może i słusznie, bo jesteśmy okropnymi pasożytami. Zamiast szanować, to kupujemy tonami plastikowe gówno z Temu, brudzimy, śmiecimy i hałasujemy. 

A na dodatek wysyłają ostatnio po dwa alerty RCB dziennie – niedługo zaczną chyba ostrzegać o przecenie łopatki wieprzowej albo „UWAGA! Sprawdź termin kefirów i zsiadłego mleka w lodówce – spożycie nabiału po terminie grozi sraczką”. Ktoś tam się nieźle bawi w tym centrum. 

O POMIDORACH I CHRAPANIU

I wszystko skończyło się dobrze: wszystkie ryby przeżyły, a nawet dendrobeny zostały wypuszczone na wolność. Tylko N. wkurzony, bo sprzęt wędkarski, który zajmował siedem ósmych bagażnika, się przejechał na wycieczkę i wrócił i nie miał szansy być używany. No tak bywa, zwłaszcza w tym roku (pogoda ma zaburzenia dwubiegunowe).

Ale to nawet dobrze, że się zdenerwował, bo wrócił do domu i obciął lawendę, więc jest szansa, że zakwitnie drugi raz.

A ja oglądam „For All Mankind”, a tam nagle i znienacka w roli radzieckiego złodupca kto? Piotr Adamczyk! Szopen, papież i mąż Izy Kuny – a tu nagle on jest podły drań Siergiej! Spoiler alert – później trochę zmięknie i odrobinę wyjdzie na ludzi, chociaż tyle. I to całkiem duża rola, nie, że się przemknął gdzieś w tle, ubrany w radziecki mundur. No naprawdę, nie wiem, czy bardziej jestem dumna, czy jednak należy się chłosta pokrzywami.

Z trendów internetowych – otóż dowiedziałam się, że pomidory na surowo należy jeść skropione oliwą albo w towarzystwie sera, ponieważ tłuszcz zwiększa wydzielanie czy tam przyswajalność likopenu i ogólnie wszystkiego, co w pomidorach ważne. Od zawsze powtarzam, że tłuszcz jest przyjacielem i jeszcze będziemy go przepraszać za zły PR (oczywiście – dobry, porządny, przyzwoity tłuszcz, a nie jakieś chemicznie utwardzane świństwa). 

I mam taką refleksję od kilku dni – dlaczego jak mąż chrapie, to po dwóch minutach mamy ochotę go poddusić poduszką, a po dziesięciu – odrąbać głowę szpadlem; a jak pieseczek chrapie – to jest takie wzruszające i najpiękniejszy dźwięk świata! I człowiek ma łzy wzruszenia w oczach i najchętniej by przytulił i wycałował, ale wtedy mały gad się obudzi i zacznie rozrabiać, więc lepiej leżeć obok i się wzruszać bezczynnie. 

Wyskoczyły mi pierwsze reklamy jesiennej kolekcji odzieżowej – konkretnie puchowe bezrękawniki. Ja chyba zaraz kogoś uduszę poduszką, nawet jak nie chrapie – NAWET NIE MA POŁOWY LATA i za chwilę mają być upały. Ja wam dam puchowe bezrękawniki! I co, może jeszcze dynie i szkielety na Halloween?…

PS. Wiewiórka siedzi nad tarasem i gryzie. Zamiatam codziennie po dwa – trzy razy. Powiedziałam N., żeby mi przyniósł łuk, ale na razie nie przyniósł.

PSPS. Na tej Warmii widziałam chmurę, która wyglądała jak dzwonko łososia – z kręgosłupem i wszystkim. Pokazałam ją N., ktory stwierdził, że jestem walnięta. Ja jestem walnięta czy on kompletnie nie ma wyobraźni?

O RYBACH (NIEOBECNYCH)

Przebywamy na rybach – to znaczy N., ja do towarzystwa (żeby mu za dobrze nie było – nie po to się żenił).

Na razie leje łamane na wieje. Podobno fala na jeziorze jest w złą stronę – żeby coś złowić, to trzeba być na drugim brzegu. Więc w sumie na razie przez pół godziny łowił i jak rozmawiał z kumplem, to stwierdził, że ryba była niełaskawa.

Jeśli o mnie chodzi – to jestem po stronie ryb, nie wędkarzy. Nie biorę w tym udziału, spaceruję z Mangustą (a przynajmniej się staram – kiedy nie leje). Dobrze, że wzięłam dwie pary sportowych butów, to na zmianę schną – ach, to polskie lato! Ale komary mnie zdążyły pogryźć – jakoś im deszcz nie przeszkodził.

Jedna smażalnia w okolicy, co była bardzo dobra, to się popsuła. Za to jagodzianki z Olsztynka – niezłe (jeszcze ze trzy dni tego deszczu i nie wejdę w spodnie z Uniqlo).

A propos spodnie – wyskoczył mi kilkukrotnie artykuł „Zabójcze spodnie z Zary” – i nie chodzi o ich urodę, tylko o długość. To te, co mają nogawki o pół metra za długie i ciągną się za człowiekiem (płci żeńskiej, bo to z działu „kobieta”). Podobno na SOR-ach w całej Europie są opatrywane panie, które zdecydowały się nosić te spodnie – nie kończy się to dobrze, zwłaszcza na schodach. Prawdziwe, dosłowne fashion victims.  Zawsze mnie zastanawiało, jak w tym chodzić i myślałam, że widocznie jestem za mało elegancka – okazuje się, że to nie jest odzież do chodzenia, tylko do sesji zdjęciowych. Może powinien być osobny dział? 

No i tak to. Pani z domku obok (w lesie, nad jeziorem) chodzi na pomost spowita w biały dres i z markową torebką. Nie na promenadę – na pomost w lesie, taki do rzucania wędki. Ale jest bardzo miła, porozmawiałyśmy o Manguście – ja w dresowych spodniach moro i tiszercie z jamnikiem w berecie. Miałam torebkę, owszem – ale na psią kupę (niemarkową, za to biodegradowalną). Może powinnam kupić sobie biały dres? Tylko w moim przypadku to jest odzież na kwadrans, zwłaszcza jak pada deszcz – zaraz będę miała spodnie całe w psich łapkach i błocie. Podziwiam takie kobiety, ale zdecydowanie do nich nie należę.

Dobra, bo chwilowo nie leje – biorę Mangustę i mój tyłek na spacer.

O ŚMIECENIU NA TARASIE

Na sośnie nad tarasiem siedzi jakiś zwierz, zajada szyszki, a łuskwinami pluje na taras. Mogło sobie usiąść na KTÓREJKOLWIEK sośnie – ale nie, musiało akurat na tej, z której śmieci lądują na tarasie i ja muszę je zamiatać kilka razy dziennie! Chociaż może to z troski o mnie, żebym robiła więcej kroków i miała aktywność fizyczną. No, to mam – przy okazji polecam silikonowe szczotki do zamiatania. Może nie są najlepsze dla środowiska, ale za to najlepiej się nimi sprząta trudne powierzchnie. 

Chciałam w tym miejscu zaznaczyć, że jako jedyna z najbliższego towarzystwa nie mam smartwatcha, który wszystko liczy i pokazuje. Na pewno byłabym na ostatnim miejscu z moimi wynikami, poza tym one potrafią być niemiłe i uszczypliwe – wysyłają złośliwe komunikaty, a ja nie mam w życiu miejsca na taką NEGATYWNĄ ENERGIĘ. Co to, to nie. Trzeba mieć te resztki godności własnej.

Ponieważ ostatnio wpadam ze skrajności w skrajność, to z nieoglądania seriali wsiąkłam w „For All Mankind”, który to od dawna polecał mi jeden znajomy mecenas, a ja jakoś tak się namyślałam. I jak odpaliłam pierwszy odcinek, to najchętniej bym oglądała NON STOP, tylko cały czas N. albo Mangusta coś chcą. A to do biura pojechać, a to zakupy, a to jeść, no powiadam państwu – życie rzuca kłody przed telewizor (oglądam na dużym ekranie, bo na to zasługuje). Po raz kolejny w roli twardziela w kosmosie – Joel Kinnaman, ale bardzo pasuje, więc się nie czepiam. Końcówka pierwszego sezonu taka, że co pięć minut łapię się za serce – nie oszczędzają ani widza, ani bohaterów (to nie jest serial tego typu, że komplet bohaterów zostanie z widzem do końca, od razu mówię). I ma pięć sezonów, a nie nędzne osiem odcinków (coraz krótsze te seriale ostatnio robią). 

Za to „Dziwna pogoda w Tokio” – naprawdę dziwna, może faktycznie zbyt duże różnice kulturowe; czasem trudno odróżnić, co się wydarzyło naprawdę, a co jest jakimś snem czy abstrakcyjną wizją. Ale taka „Dziewczyna z konbini” czy „Ukochane równanie profesora” też były dziwaczne, ale przy tym wciągające i podążało się za narratorem. Po lekturze kolejnej japońskiej książki mam takie wrażenie, że tam ludzie czują się bardzo samotni i nie można niczego powiedzieć wprost (może właśnie to jest główna przyczyną). 

Ponieważ nie nadaję się – jak widać – do literatury ambitnej, to postanowiłam w wakacje powyciągać książki z wydawnictw Kameleon i Salamandra – kupowałam je kiedyś do czytania w pociągach i były naprawdę fajne, a trafiały się klejnoty, jak powieści Barbary Trapido czy Williama Gibsona. Na razie wyciągnęłam „Dublerkę” Deborah Moggah (która prawie jest moją dobrą znajomą, po tym jak Nina Stibbe opisała jej zwyczaje związane z ogrodem, ubieraniem się, przyjmowaniem gości i pisaniem – Deborah potrafi pisać wszędzie i w każdych warunkach, np. jedząc tosty z jajkiem naprzeciwko włączonego telewizora). 

Przynajmniej cieplej się zrobiło. Idę pozamiatać taras.

PS. Władek Jagiełło był sporo niższy od Jadwigi, ale podobno miał poczucie humoru.

O SPRZĄTANIU I SERWATCE

Otóż aktualnie dla odmiany – niż Bernardette. Jak dwie noce temu zaczęło wiać, to się zastanawiałam, czym obciążyć psa, żeby mi jej nie porwało podczas porannej toalety. 

Polskie lato w natarciu. Na razie przyznaję mu takie 3/10 (daję 3 punkty, bo przynajmniej wulkan u nas nie wybuchł i nie było szarańczy – JESZCZE). Chociaż pewnie gdybym była na wczasach nad morzem, to nie przyznałabym ani jednego punktu.

Zginął mi jeden album ze zdjęciami, w efekcie posprzątałam już w kilku szafkach – nie znalazł się, ale przynajmniej mam posprzątane szafki. Jedna pani z internetów mówi, że patent na odgruzowanie domu jest taki, że bierze się do ręki torbę, obchodzi się z nią dom i ładuje do niej pięć rzeczy, które chcemy wyrzucić. Wystarczy pięć. Tylko to trzeba powtarzać CODZIENNIE. To jest niezły pomysł, bo mam dosłownie ciarki wzdłuż kręgosłupa na samą myśl o generalnych porządkach, a takie wyrzucanie pięciu dziennie – phi, czasem z samej lodówki mam więcej (nie jestem z tego dumna, głównie przeterminowany nabiał). 

Na razie z szafek poszło do wyrzucenia tyle, że mam ze dwa tygodnie wolnego, albo i więcej.

Z innych mądrości internetowych: na wszystkie moje problemy rozwiązaniem będzie picie serwatki. Oraz zjadanie nasion babki płesznika. Serwatki nie piłam nigdy w życiu, co innego maślankę. Może być maślanka? Pewnie nie, ci internetowi guru są bardzo kategoryczni. A babka płesznik brzmi jak coś, czym można się nieźle zakrztusić. No chyba, żeby popić serwatką. 

Robiłam ostatnio porządki w skrzynkach mailowych – jakie smutne czasy nastały, że w spamie mam głównie maile od panów, oferujących wsparcie prawne. Kiedy to się stało? Żadnej fantazji. A gdzie nigeryjscy książęta, którzy chcą mi przekazać swoją fortunę? Gdzie oferty powiększenia penisa, niedrogo i efektywnie? Ta generacja Z wszystko psuje, naprawdę. Nie piją alkoholu, nie powiększają penisów, tylko by udzielali wsparcia prawnego – banda nudziarzy. Jak to powiedział Harrison Ford w „Shrinking” – cieszę się, że spieprzyliśmy im planetę. 

Czytam „Dziwna pogoda w Tokio” – nie wiem, co sądzić o pogodzie, ale w życiu nie przeczytałam dziwniejszego opisu grzybobrania.