O TRZECIEJ DAWCE I ŻYCZENIA

Siedzę sobie z gorącym jajem pod pachą, jako że rok postanowiłam zakończyć trzecią dawką, i sobie czytam co zdrożeje od jutra (oprócz tego, że WSZYSTKO – to co najbardziej): prąd, gaz, woda i wino. No. To mamy jasność.

W punkcie szczepień jak siedziałam po zastrzyku, to wszedł pan z propozycją, że on się zaszczepi. Z tym, że nie miał ze sobą dokumentów (zapomniał), nie pamiętał swojego PESEL-u oraz niestety nie miał również przy sobie telefonu, gdzie można by go rozszyfrować po SMS-ie który podobno dostał. Pani koordynatorka (podziwiam ją szczerze, NAPRAWDĘ chciała temu facetowi pomóc) zadała pytanie ostatniej szansy – CZY PAMIĘTA PAN przynajmniej DATĘ poprzedniej dawki? To jak pan się u nas szczepił to jakoś znajdziemy. Na co pan:

– Daty to nie. Ale CIEPŁO BYŁO.

Codziennie to powtarzam, że nie mogłabym świadczyć usług dla ludności. Po jednym dniu bym się nadawała do bioutylizacji lub / oraz długiej odsiadki za morderstwo w afekcie (jedno lub więcej).

Na Gwiazdkę sobie kupi… znaczy MIKOŁAJ mi przyniósł długą haftowaną koszulę z Zary. Na zdjęciach modelka ją miała tak poniżej kolan, jakoś mi się zapomniało, że te modelki mają po metr osiemdziesiąt i więcej. I na mnie koszula wypada DO KOSTEK i wyglądam w niej jak Demis Roussos! Chociaż, tak między nami – czy to źle? Fajny był z niego herbatnik, a i koszula sama w sobie jest bardzo ładna. 

Kochani, niech ten 2021 będzie odbiciem od dna i w przyszłym roku niech już tylko się poprawia. Bardzo proszę, bo już całkiem oszaleję. Z poważaniem – 

Dwugarbny Wuj Pylo (nieszczęście w rodzinie).

O ZIMNICY NA ŚWIĘTA I PIESTORAŁCE

Powiem tylko tyle, że Wigilia z pięcioma psami, w tym dwie roczne jamniczki napędzane energią atomową, to jest wyzwanie. Trzeba się liczyć z tym, że w każdej sekundzie na talerzu może się pojawić długi nos i jeszcze dłuższy różowy jęzorek. Przy czym oczywiście te łobuzice są takie słodkie, że człowiek się czuje wyróżniony, że właśnie jemu się pchają na kolana (Heca kładzie łapy na ramionach i się przytula – można się rozsypać z miłości). 

Sernik wyszedł, prezenty udane, tylko MRÓZ nie wiem po co i komu potrzebny. Proszę coś z tym zrobić w tej chwili!

PS. TAK, JUŻ WIEM, że Andrus napisał „Piestorałkę” o jamniku w Betlejem, jakieś pół miliona osób mi o tym doniosło. 

PSPS. Składam wszystkim świąteczne życzenia, żeby przyszły rok był już bez zarazy (FDA dopuściła pierwszy lek na Covid) – i tej w powietrzu, i tej pozostałej. Bez buziaczków, bo to niehigieniczne (nigdy nie przepadałam za obcałowywaniem się i proszę, na moje wyszło – chociaż wolałabym, żeby w innych okolicznościach).

O SERNIKU – CIĄG DALSZY

No więc z tym sernikiem to grubsza impreza jest.

Dawno dawno temu byliśmy w Kraju Basków – w Zarautz i San Sebastian. Głównie włóczyliśmy się po knajpach i jedliśmy, wiadomo – tam się nie można oderwać od jedzenia, a zwłaszcza od pintxos. No i w San Sebastian poszliśmy na obiad do restauracyjki, którą wybrał N. Do dziś pamiętam grzyby i karczochy które zamówiłam, bo to było po prostu zjawisko prawie pozaziemskie – zwłaszcza karczochy, bo grzyby się nauczyłam robić podobne (z surowym żółtkiem, jak tatar). 

Na tym lunchu byliśmy dość wcześnie, ludzi było mało i cały czas wyłaził do nas z kuchni SZEF. Młody, miły, przyniósł na dzień dobry talerz fikuśnych przystawek w prezencie (rożki z serkiem i anchois! Też pamiętam do dziś), piętnaście razy był zapytać czy nam smakuje, a na do widzenia wręczył nam DVD z filmikami – przepisami na swoje przystawki i dwa ciasta. Sernik i tarta z jabłkiem. 

I teraz N., jak mu powiedziałam o baskijskim serniku i pokazałam w internetach, kazał mi znaleźć to DVD. Szukałam dwa dni, ale znalazłam i niosę mu dumna jak pies wyżeł zastrzeloną kaczkę, a on mi podsuwa pod nos, żebym przeczytała nazwę restauracji, w której byliśmy. Nazywała się La Vina – tak, TA La Vina, ojczyzna sernika. I JA TE SERNIKI PAMIĘTAM – całe półki obstawione formami z przypalonym ciastem i jeszcze kilka na kredensie w sali restauracyjnej. A ten miły szef, który do nas wybiegał z kuchni, nazywa się Santiago Rivera i jest TATUSIEM tego sernika, który nagle zrobił oszałamiającą karierę.

No więc chyba kwestię sernika mamy jakby rozstrzygniętą.

I tak, zgadzam się, że to co sprzedają w wiaderkach to nie jest żaden TWARÓG, tylko jakaś woda z gipsem dla niepoznaki podlana serwatką. Kilka razy robiłam sernik na twarogu z wiaderka i ani razu nie wyszedł smaczny, nawet na tym niby najlepszym z Wielunia. 

Zatem ahoj przygodo. Jak mi się ZNOWU tortownica rozwali po pierwszym użyciu, to nie wiem, chyba w końcu zwariuję albo kogoś porąbię na kawałki. Mam już kilkoro kandydatów.

O BYCIU SKLASYFIKOWANĄ ORAZ CHŁOPAKACH

W tym tygodniu dowiedziałam się z internetów, że mam syndrom TATT (tired all the time). Nie powiem, poczułam się podbudowana, że nauka zajęła się mną jak jakimiś zagrożonymi wyginięciem płazami w puszczy amazońskiej. Z tym, że posiadacze / ofiary TATT wcale nie są zagrożeni wyginięciem, a wręcz jest ich (nas!) coraz więcej. Przeczytałam symptomy i mam wszystkie, jak w pysk dał: brak energii, senność przez cały dzień, brak motywacji do działania, zaburzenia koncentracji, trudności w wykonywaniu codziennych czynności, depresyjne nastroje bez powodu. (Z tym, że chyba w naszym kraju trudno mówić o BRAKU POWODU do bycia przygnębionym czy zestresowanym, prawda? Te chuje przy władzy ciężko pracują, żebyśmy MIELI POWODY, codziennie nowe). Niestety, oprócz ładnej nazwy i sklasyfikowania problemu nie znalazłam pomysłów na to, jak z tym walczyć. No dobrze – wyspać się, ograniczyć stres. Haha. Stres ograniczyć. No to sobie pożartowaliśmy.

Z ciekawszych wydarzeń, to jedna z jamniczek Zebry zjadła jej szarlotkę, upieczoną dla dziecka do szkoły. To znaczy nie całą – głównie jabłka, bo trafił się taki egzemplarz psiny, co bardzo lubi owoce (najbardziej kradzione, bo wiadomo – kradzione nie tuczy) (chyba powinnam zacząć kraść produkty spożywcze, bo mam wrażenie że tyję ostatnio nawet od wody gazowanej).

No i jak co roku mierzę się z wyzwaniem pod tytułem – SERNIK NA ŚWIĘTA. Jak ja bym chciała mieć przepis na sernik mojej babci, taki NAJZWYKLEJSZY (chociaż moja babcia, tytan pracy i huragan kuchenny, najczęściej robiła sernik z kratką, co do którego nie mam złudzeń, że bym umiała zrobić). Niestety, moja babcia miała wszystko w ręku i w oku, żadne tam wagi kuchenne i dziesięć gramów – większość smaków odeszła razem z Nią i jest nie do odtworzenia, na przykład najlepszy na świecie pasztet. No więc w tym roku robię sernik baskijski i zobaczymy, co będzie – wygląda jak dla mnie uszyty, bo bez spodu, bez bakalii, bez kąpieli wodnej i z czterech składników. Lekko mnie przeraża ta rzadka masa, ale w końcu jeśli ściął mi się flan, czyli jajka rozbełtane z mlekiem, to może i ser się zsiądzie. Nie wiem czy nie pogrąży mnie tortownica, bo we wszystkich przepisach jest fi dwadzieścia pięć, a ja mam dwadzieścia sześć! Gdzie jest Unia Europejska, kiedy jej potrzebujemy (do standaryzacji średnicy tortownic)? 

No i tak. Intelektualnie stać mnie chwilowo tylko na „Chłopaków z baraków”, więc raczymy się tym arcydziełem. Bardzo pozytywny serial w tym sensie, że się lubi wszystkich bohaterów – w odróżnieniu od takiej np. „Sukcesji”, gdzie każdego z osobna mam ochotę zamordować tłuczkiem do mięsa. A negatywnych uczuć mam ostatnio w nadmiarze, zatem wybieram „Chłopaków”. Kropka.

O MGLE I ZLOŚLIWYM KRUPNICZKU

Mgła jest od dwóch dni jak u Kinga, a Aliexpress przysłał mi maila:

„ANNA, zasługujesz na to! Najlepsze z kategorii: części zamienne”

No proszę, już nawet Chińczycy wiedzą, że rozpaczliwie potrzebuję części zamiennych. Coraz lepsze te algorytmy, a jakie uprzejme – co prawda jesteś złomem, Anna, ale zasługujesz na NAJLEPSZE części zamienne. 

Poza tym normalnie – skoro grudzień, to chujnia, patatajnia i tym podobne. N. tak zaganiany, że widuję go sporadycznie przy stole – przełyka jedzenie jak w konkursach jedzenia na czas i jeszcze żując wstaje i leci dalej. A mnie wszystko wypada z rąk i z głowy. O mały włos paczka z jedzeniem dla Szczypawki by wróciła do nadawcy, co mi się jak dotąd nie zdarzyło NIGDY.

A Thelma i Louise, czyli dwie kury buntowniczki, dziś rano przegnały owczarka niemieckiego, który sobie wyszedł pozwiedzać okolicę, ale szybko wrócił do siebie z podkulonym ogonem. W dodatku na odległość – nie było żadnej walki ani nic – pies je zobaczył, skulił się, chwilę postał i popatrzył, zrobił w tył zwrot i zwiał do domu. W końcu, jak by nie patrzeć, kury to potomkowie dinozaurów – te dwie agregatki zachowują się jakby o tym dobrze wiedziały. Jak dwa małe T-Rexy.

I znowu zrobiłam krupniczek, i znowu wyszedł mi mocno ścięty, a raczej po prostu twardy. Ja bym wolała, żeby sernik był ścięty, a krupniczek płynny, a te mendy złośliwie wychodzą na odwrót i co zrobisz? No nic nie zrobisz. W związku z powyższym udaję się na kanapę, wkurwiać się na pandemię i oglądać „Lobstera” (jest na Netflixie, dlaczego nie wiedziałam, że „Lobster” jest na Netflixie?), bo w taką pogodę to nic innego nie ma sensu.

O TYM, ŻE JEŚLI MAMY GRUDZIEŃ, TO…

No wspaniała pogoda, codziennie łeb mi pęka. Wczoraj na pogrzebie

(bo oczywiście jeśli mamy grudzień, to nadciąga pogrzeb. Od dwunastu lat grudzień kojarzy mi się wyłącznie z pogrzebami i proszę, prawie co roku się sprawdza. Wczoraj pochowaliśmy osobę z rodziny zmarłą na COVID, niestety niezaszczepioną)

wiał taki wiatr, że ciskało zniczami z okolicznych pomników. Połowa obecnych na cmentarzu miała maseczki, i to prawidłowo założone – nie wiem, jak w kościele, bo nie wchodziłam. Weszłam natomiast w czarne spodnie, które miałam na sobie na pogrzebie dwa lata temu. Uważam, że po dwóch latach pandemii, rozlewania się na kanapie jak Jabba the Hutt i jedzenia dziwnych rzeczy (wczoraj – chrupki nietoperki z Lidla) – to spory sukces.

Z bardziej pozytywnych informacji: Kura sąsiada ma koleżankę! Namówiła jeszcze jedną kurę ze stada i chodzą teraz we dwie, chociaż ta pierwsza jednak odważniej (np. druga kura nie zapuszcza się w okolice ronda ani nie łazi środkiem drogi, tylko między drzewami i po trawnikach). Bardzo im kibicuję i oczywiście nazwałam je Thelma i Louise. 

A w Bonito jest trzecia część czeskich kryminałów pani Ivy Prohazkovej, które uwielbiam ze względu na ich czeskość oraz inspektora Mariana. Inspektor Marian niby jest dobrotliwym zagubionym misiem, ale romansuje z żonatymi babami, a na dodatek uwielbia rohliki – ja też uwielbiam czeskie rohliki i ostatnio nawet kazałam N. je sobie przywieźć w charakterze suwenira z Czech. I przywiózł całą torbę, nawet takie ciemne, z kminkiem. „Zagraj mi na drogę” się nazywa, tylko nie wiem czy go sobie wręczyć na Mikołajki, czy dopiero pod choinkę. (Tylko co to za imię dla inspektora – Marian; może w języku czeskim ono inaczej wybrzmiewa, ale czy oczekiwalibyście po jakimś MARIANIE, że rozwiąże komplikowaną sprawę kryminalną? Albo chociaż krzyżówkę w „Przekroju”?).

Chciałam w tym roku zerwać z piżamką pod choinkę, no bo ILE MOŻNA MIEĆ PIŻAM??? Ale oczywiście w handlu pracują źli ludzie, którzy wiedzą, jak złamać nawet bardzo odpornych psychicznie, a co dopiero taką galaretę jak ja – i zaatakowali mnie z flanki reklamami piżam ZE SNOOPYM. I tu oczywiście poległam i piżama ze Snoopym it is, znowu. Chociaż byłam twarda i wprowadziłam regułę – Snoopy tylko w komplecie z Woodstokiem. Nie ma Woodstoka – nie zobaczycie moich pieniędzy. 

Nagłówek z ulubionego forum: „Mój chłopak kąpie się z żółwiem”. Biedny żółw.