Miałam piękny sen! Śniło mi się, że jadłam lody waniliowo – kurczakowe z KFC. Z chrupiącymi kawałkami panierki.
To miło, że dla odmiany coś miłego – bo w zeszłym tygodniu był taki dziwny dzień, kiedy po sieci krążyło zdjęcie Trupa ufarbowanego na bruneta, a mi wyszedł zielony rosół. Zielony! I żeby jeszcze jakiś ładny odcień, ale nie – taki zjadliwie zielony, od razu widać, że niespożywczy. Bardzo złowieszczy przypadek. I cały rosół trzeba było wylać, N. bardzo przeżywał, ale na sam widok go otrząsało.
Na dodatek u sąsiada leży gołąb – od dość dawna, bo dusza przeniosła się do Krainy Wiecznych Łowów, a szczątki doczesne leżą ze dwa metry od naszego płota. Leżą i najwyraźniej nikomu nie przeszkadzają (to ten sąsiad od gwiżdżących dzieci), bo mają w zwyczaju „karmić kotki” – czytaj: wywalać resztki z garnka na trawnik, tak po prostu. Więc ten gołąb to tylko kolejny szkielet do kolekcji, w sumie gdybym nie patrzyła w tamtą stronę, toby mi bardzo nie przeszkadzał, tylko że on niestety migruje do mojego ogródka. Naturalnie w kawałkach, w kocich pyskach. I są takie poranki albo popołudnia, gdzie Mangusta radośnie biega i pokazuje mi, że znalazła SKARB w postaci skrzydła, a później bardzo się dziwi, że parcia z płaczem barykaduje się w chałupie, zamyka drzwi i okiennice i dzwoni po brygadę w kombinezonach HAZMAT. A przecież gołębie skrzydło jest takie praktyczne – jak piesek skończy z nim biegać i obgryzać, to można zamieść okruchy ze stołu… niedobrze mi.
Naprawdę bym wolała, żeby sąsiad dekorował krasnalami, a nie zwierzęcymi kośćmi. Nawet łabędzie z opon byłyby lepsze. Ale niestety, nikt mnie nie pyta o zdanie w tej kwestii, a gołąb nadal ma potencjał do migrowania.
A na deser dowiedziałam się, że znowu nie jestem oryginalna – otóż, od zawsze mam problem z rozwiązującymi się sznurówkami. Jeszcze te bawełniane od tenisówek się trzymają, ale w sportowych butach najczęściej są okrągłe w przekroju, śliskie, bo z tworzyw sztucznych i rozwiązują mi się ZAWSZE. Żebym nie wiem, jak mocno zawiązała. I otóż okazuje się, że to jest dość POWSZECHNE (kto lubi być POWSZECHNY? Każdy by wolał być wyjątkowy, nes pa?) i nosi nazwę BABSKI WĘZEŁ. Ostatni moment zawiązywania kokardki – trzeba przełożyć te skrzydełka odwrotnie. Oczywiście winię system powszechnej edukacji, bo tak mnie nauczyli w przedszkolu – nikt wtedy nie myślał o tym, że będziemy nosić oryginalne pumy i adidasy z cholernie śliskimi sznurówkami, które trzeba zamotać profesjonalnym węzłem żeglarskim. Juniorki jakoś się nie rozwiązywały.
Z cyklu „nie nadążam za modą” mam następujące typy tegorocznej jesieni:
– puchowe kurtki z krótkimi rękawami (nie kamizelki – kurtki, ale rękaw ledwo do łokcia);
– grube bluzy dresowe z dekoltem off – shoulder (czyli ciepłe, ale ramię gołe).
I obejrzałam zwiastun filmu dokumentalnego o Elizabeth Holmes, tej od Theranosa – „You Can See Everything”. Ciarki mnie przeszły od stóp do czubka głowy i z powrotem. Ja tej baby nigdy nie lubiłam – pamiętam okładki z nią, wystrojoną w czarny golf jak Jobs, za którego kontynuatorkę się uważała, jak trzymała w palcach ten pojemniczek z krwią, i myślałam wtedy, że ona ma coś bardzo niedobrego w oczach. No i proszę – zaledwie kilkanaście lat później okazuje się, że miałam rację, a ona wylądowała w więzieniu (ale łagodnym, dla białych kołnierzyków). Podobno od razu się poskarżyła, że prywatny szef kuchni nie może jej kilka razy dziennie dostarczać świeżo wyciskanego zielonego soku, który jest dla niej bardzo ważny. Mogę jej wysłać zielony rosół, jakby mi znowu wyszedł (okropna baba). Czekam na ten dokument niecierpliwie.