O MROZIE I KUMKWATACH

Mrozy takie, że Mangusta wybiega na sikupę i sprintem wraca do domu. Nie ma patrzenia w gwiazdy, wąchania wiatru, wsadzania nosa w kocie ślady na śniegu. Jest walka o życie!

A propos walka o życie – nadal nie otrzymałam (na adres domowy) słynnego poradnika bezpieczeństwa. Czyli już zupełnie oficjalnie – państwo ma mnie w dupie. No chyba, że się o jeden dzień spóźnię z przelewem VAT, wtedy nagle sobie przypomina, ale żeby mnie ratować, to już nie. Dlaczego ja się jeszcze nie wyprowadziłam?…

Wkurw na schroniskowe patologie udało mi się przerobić na energię kinetyczną, którą z kolei spożytkowałam na zrobienie ogromnej ilości kopytek ruskich. Nie wiem, jaka jest oficjalna nazwa – chodzi o kopytka, które mają w składzie twaróg i ziemniaki, jak nadzienie na pierogi ruskie (no i cebulkę, nie zapominajmy o cebulce!). Wyszły przecudownie pyszne i zjadłam ich pół tony, nie mogłam się ruszać całe popołudnie. A nawet jakbym mogła się ruszać, to co? Dokąd bym poszła? Nie ze mną takie numery, w taki mróz nigdzie się nie wybieram.

N. natomiast odkrył kumkwaty dzięki mojej koleżance, która przywiozła je w prezencie z Hiszpanii, zbierane prosto z drzewa. Zakochał się w kumkwatach i poluje na kumkwaty w okolicznych marketach. Ja nie przepadam za cytrusami, ale musze przyznać, że mają niezły smak do herbaty. A herbaty w te mrozy piję całe hektolitry i zastanawiam się, co pierwsze mi wysiądzie – pęcherz czy nerki. No zobaczymy. Cokolwiek wysiądzie, i tak się nie załapię na leczenie (bo państwo ma mnie w dupie, jak już zostało dowiedzione powyżej).

Czytam „Peanatemę”, która czekała na półce do przeczytania, czekała, aż się doczekała i wieczorami zgniata mi mostek (860 stron, twarda oprawa).

Wróżba z chińskiego ciasteczka na dziś: „Szerokość rzeki nie jest jej głębokością”. Aha. Czyli w związku z tym co właściwie mam zrobić?…

O NIEMOCY

Od soboty nie mogę dojść do siebie przez schronisko w Sobolewie. Głowa mnie boli, a w zasadzie cały człowiek, a najgorsza jest bezsilność.

Biedna Mangusta nie wiedziała o co chodzi, bo ciągle ją podnosiłam i przytulałam – patrzyła się na mnie z takim „No dobra, pańcia, ale może weź leki” w oczach. 

Jedyna korzyść z tego jest taka, że nie zeżarłam całego pudełka faworków z malutkiej cukierni, a są rewelacyjne – cienkie jak bibułka i bardzo kruche. Ale nie mam ochoty na słodycze przez to wszystko (i dobrze). 

I idą następne mrozy, już naprawdę kurwy mi się kończą. 

O WYPASANIU PTASZKÓW I MROZIE

Dobra, jedzą. Podejrzewam, że mogły się wystraszyć kulek, które N. położył w karmniku pośrodku i może ptaszki się bały, ze tam coś siedzi. Kulki zostały rozkruszone i zaczęła się jazda – zeżarły kulki ze sklepu zoologicznego, słonecznika oraz płatki owsiane, bo znalazłam przeterminowane. Mangusta kibicuje i próbuje zżerać kawałki kulek, które spadną albo zostaną zrzucone, czyli muszą być smaczne. Mewy żadnej nie widziałam, za to sroki owszem – przeganiam je, bo z kolei one przeganiają wszystkie inne ptaki, takie ładne, a takie bandytki. 

Dobra wiadomość: jak im dosypuję słonecznika, to świergolą po krzakach jak szalone. Zła wiadomość: w prognozie pogody – mrozy jeszcze co najmniej przez tydzień, minus dziesięć w nocy i naprawdę mam tego DOSYĆ, a na dodatek lodowisko wszędzie. Najlepsza jest Mangusta, która ma odgarnięte ścieżki, a pomiędzy nimi – połacie śniegu. No i ona porusza się głównie ścieżkami, ale od czasu do czasu gramoli się na ten nieodgarnięty śnieg (ostrożnie, żeby jej się łapki nie zapadały), na sam środek, i robi tam kupę. Tak, dziewczyno! DOKŁADNIE to samo uważam na temat śniegu. I mrozu. 

Wiadomości z torby: znalazłam i usunęłam zeszyt B5 w twardej oprawie oraz książeczkę „Haft kaszubski”, zakupioną w muzeum w Tucholi. Z tym, że książeczka jest cieniutka i lekka, a zawiera bardzo ważne informacje na temat kolorystyki haftu kaszubskiego w poszczególnych szkołach. Na przykład szkoła borowiacka to brązowy, żółty, oliwkowy i pomarańczowy. Czy w razie czego będę umiała odróżnić szkołę wdzydzką od wejherowskiej? Naprawdę nie wiem, może jednak lepiej ją nosić na wszelki wypadek.

Dostałam poradnik bezpieczeństwa, ale do skrzynki biurowej! W domowej – nadal nic. Czyli – dopóki płacę podatki, to warto mnie ratować, a jak przestanę – na kompost. Albo na gulasz. 

Mam taką petycję – złóżmy kogoś w ofierze na okoliczność ocieplenia, bardzo proszę! Albo nawet kilka osób – zgłaszam się na ochotnika do sporządzenia listy, proszę tylko dać mi znać, gdzie mam ją przesłać. Na początek – wszystkich tych parszywych gnoi, którzy okradają schroniska dla psów. 

A wczoraj odpaliłam „Rozdzielenie”. Obejrzałam ciurkiem cztery odcinki – o matko, jak dawno nie oglądałam tak świetnego serialu (co to jest właściwie – soc fiction? sf?). Najchętniej bym już dziś od rana się przyspawała do telewizora, ale okoliczności stoją w poprzek. 

O TYM, ŻE STYCZEŃ SRYCZEŃ

Wspaniała pogoda od wczoraj – moja ulubiona. W ogóle przepadam za zimą (jak wszyscy wiedzą), a jeszcze odwilż z gołoledzią to po prostu wisienka na samym środku tortu. Nie lubię tortu – wisienka na środku porcji frytek. 

(Pani z Kanady robiła ciasto z wiśniami maraschino, podobno najlepsze na świecie; na moje oko wyglądało trochę jak keks, a ja nie przepadam za keksem, ale nie lubię go z powodu bakalii, a tu zamiast bakalii są wiśnie) (wszystko jedno – ŻADNEGO CIASTA NIE BĘDZIE, bo jestem gruba!).

(A poza ciastem zrobiła jeszcze przekąski – do rozpuszczonej czekolady wsypała słone paluszki, precelki i chipsy ziemniaczane. Solone. Wymieszała i rozłożyła do papilotek babeczkowych. No nie mówiłam, że wariatka? Ale fajna).

Nawet Mangusta się wczoraj ślizgała, więc chodziła powolutku i ostrożnie. Dziś też. A ona ma napęd 4 na 4, to co ja mam powiedzieć? Zwłaszcza w nocy albo rano, bez szkieł kontaktowych?

Dużo znajomych dostało już do skrzynki pocztowej książeczkę o tym, co robić, jak przyjdzie koniec świata. A ja nie! Widocznie od razu spisali mnie na straty, jako osobę w społeczeństwie do niczego nie nadającą się.  Ewentualnie zostałam wylosowana, że w razie czego ze mnie będzie gulasz (w gardle wam stanę!).

Dlaczego nie jestem niedźwiedziem? Nosiłabym naturalne futro w modnym kolorze, ludzie by się mnie bali, nie musiałabym się martwić obwodem w biodrach ani odchudzać i przesypiałabym ten CAŁY SYF.

Ptaszki nie chcą jeść kulek. Wszyscy wrzucają zdjęcia kulek OBLEPIONYCH ptaszkami; szwagier ma raniuszki! A u mnie – zero zainteresowania. Karmnik ten sam, jak co roku – co robię źle, drogie Bravo?

Na Netflixie rzucili następny sezon Samców Alfa i „Tajemnicę siedmiu zegarów” z Helenką w obsadzie – przynajmniej tyle dobrego. 

O PUDEŁKACH I REZOLUCJI

Człowiek (ja) to czasem ma śmiałe plany i wyobrażenia i na przykład postanowiłam mieć porządek w lodówce. W tym celu zaopatrzyliśmy się w praktyczne i ładne pojemniki do przechowywania, szklane i plastikowe, z pokrywkami na klik albo zakręcanymi, wieczko z suwakiem, żeby był dostęp powietrza. I w ogóle.

W efekcie mamy:

– bałagan w lodówce mniej więcej podobny, tylko dodatkowo musimy upchać jedno – dwa pudełka z czymś w środku, oraz

– dodatkowy bałagan w szafce, gdzie są wszystkie pojemniki, bo jak zaczęliśmy je kupować, to się zrobiła niezła kolekcja.

Plus dodatkowe atrakcje, kiedy szuka się pokrywki do konkretnego pudełka, pokrywek w tym rozmiarze jest niby pięć, ale ŻADNA nie pasuje. Albo jak szukam szklanego pojemnika na masło, on jest zakleszczony w plastikowym pojemniku i próba rozdzielenia ich to jak rozszczepienie atomu (tylko Nobla za to nie przyznają). Albo owszem, wkładamy do pudełek różne rzeczy, po czym zapominamy i wyjmujemy po dwóch tygodniach (a tam nowy szczep penicyliny). 

Porządek jest przereklamowany.

Chaos jest o wiele bardziej praktyczny.

Ale za to wymyśliłam postanowienie noworoczne, z gatunku REALISTYCZNYCH, nie żadne schudnąć, chodzić na siłownię i basen, no nie – szanujmy się. Otóż uwaga: Zamierzam odchudzić swoją torbę, która o mało nie wyrwała mi ramienia ze stawu na ostatnim wyjeździe. NIE WIEM, co ja w niej mam takiego – ale moja codzienna torba do pracy waży tyle, co worek cementu. A nawet nie mam w niej kombinerek czy młotka! A zdarzało się (pożyczałam koleżance, a później zapomniałam wyjąć). Wyłożę stół grubą folią i w gumowych rękawicach wywalę z niej wszystko i zinwentaryzuję. I zobaczę, czy NAPRAWDĘ muszę to ze sobą włóczyć – chyba jednak niekoniecznie, skoro nawet nie wiem, co tam mam, bo nie zaglądam. 

O. Takie mam postanowienie. I czas do końca grudnia, hehe.

Muszę przetestować KSeF, chociaż coraz więcej czytam i słyszę opinii, że to jebnie. 

Ale, jak to mówią – lost causes are the only ones worth fighting for – i nie wymyślił tego Churchill, tylko jakiś poeta. Tylko czy aby na pewno miał na myśli KSeF? Tego oczywiście się nie dowiemy.

O KANADYJSKICH SŁODYCZACH

Różne rzeczy się wydarzały na imprezach, ale wyciąganie ogórków z butelki przez szyjkę było pierwszy raz.

Zawsze proszę N., żeby – jak się towarzystwo rozkręci – nie wywlekał różnych dziwnych rzeczy, on mi obiecuje, że absolutnie nie, a później i tak wywleka. No i wczoraj w samym środku dobrej zabawy (czytaj – wszyscy półleżeli na krzesłach wzdęci z przejedzenia i nie mieli siły nawet na plotki) przywlókł z garażu WIELKĄ plastikową butlę, pełną kiszonych ogórków – dostał od sąsiada za nasionka pomidorów z Hiszpanii. Tak się w naszych stronach kisi większe ilości ogórków – w plastikowych butlach, a kiedy nadejdzie ich pora, to się obcina górę butelki i wyjada ze środka. Ale nie, nie – to by było ZA PROSTE, więc ogórki były wyciągane z butelki przez szyjkę, przy pomocy zgiętego druta i zdolności manualnych. Super zabawa, polecam – o wiele fajniejsza gra towarzyska, niż np. mierzenie ciśnienia.

Oglądam teraz na fejsie panią z Kanady, która robi dekadenckie kanadyjskie ciastka i ciasta. Zachęcił mnie filmik, na którym robiła tradycyjne świąteczne ciasteczka, bez których nie ma świąt w Nowej Funlandii, a nazywały się przecudnie „Moose Farts”. Najczęściej jest to duża blacha czegoś trzywarstwowego, które później ona kroi w kwadraty – czasem pieczone, czasem nie. Używa potwornych ilości wiórków kokosowych, cukru pudru i lubi niektóre składniki odmierzać sercem („measure with your heart”), szczególnie czekoladowe chipsy czy esencję waniliową. No i dobra, ja nie jem ciast, zwłaszcza takich kilkuwarstwowych, nie lubię kokosa ani czekolady, ale pooglądać można – ona jest bardzo fajna. Ale jeden przepis jest zadziwiający – a w dodatku bardzo słynny, bo to są „Nanaimo bars”, podobno najpopularniejsze kwadraty w całej Kanadzie. Bez pieczenia, ale spód jest z surowym jajkiem (niby wymieszanie z rozpuszczonym masłem ma je unieszkodliwić w zakresie rozwoju bakterii, ale no ja nie wiem), natomiast środkowa warstwa jest jeszcze dziwniejsza. Masło ubite z ogromną ilością cukru i budyniem waniliowym w proszku – takim surowym, z torebki. Czy ja się mylę, czy w budyniu jest mąka typu skrobia? Pewnie się człowiek tym nie otruje, ale wydaje mi się, że to dość dziwne zestawienie. A cała Kanada się tym podobno obżera. 

To ja jednak pozostanę przy syropie klonowym, jeśli mam wybierać spośród kanadyjskich słodyczy. Najlepiej z jogurtem greckim (pysznie i kosmopolitycznie).

No nie, chwilowo na jakiekolwiek słodycze SZLABAN – czuję się jak ludzik Michelina (Bibendum, nie ten nowy atletyczny); niby się nie obżerałam jakoś bardzo, ale czuję, że przytyłam WSZĘDZIE, nie mam jak wyjść z Mangustą na spacer (zapada się w śniegu po same oczy) i mam już dosyć tej zimy (chociaż zaczęła się jakiś tydzień temu). 

A w ogóle najchętniej nie jadłabym ze dwa tygodnie, ale N. się domaga. FACECI.

O JAMNIKACH I ODPOWIEDNIM DOBORZE SŁÓW

Ech, ponuro się zaczęły te święta, a piernik wyszedł suchy. Oetkera, z paczki, a każą dodać całą dużą kostkę masła – kętrzyński zdecydowanie lepszy.

U Zebry na Wigilii – jak zwykle, chaos z biegającym stadem jamników, którym w tym roku udało się zeżreć śledzia w śmietanie z jabłuszkiem. A kilka dni przed świętami były na przechowaniu u Zebry mamy i zeżarły pół worka karmy. Moja ciotka zadzwoniła do mnie cała we łzach, wystraszona, czy ich nie rozerwie: „Słuchaj, ledwo chodzą, ciągną brzuchy po ziemi i wyglądają jak książę Lubomirski Lanckoroński!”. Na szczęście jamniki są wytrzymałe, rozciągliwe i szybko trawią.

No i rozpakowałam piękny prezent, który sama sobie upatrzyłam i zamówiłam z Bimba y Lola – bransoletkę z robalami (mam słabość do biżuterii z owadami). Hmmm, na obrazkach w internecie wydawała się trochę MNIEJSZA, a tu jak ją wyciągnęłam, to Zebra dostała ataku śmiechu i stwierdziła „No wiesz, taka jest DYSKRETNA”. Owszem, bardzo dyskretna – ważkę mam do połowy przedramienia, a jeden chrabąszcz jest wielkości pięciozłotówki. Ale co tam, na lato będzie jak znalazł.

Po Wigilii spakowałam sałatkę śledziową (z buraczkami, mój popisowy numer) i pojechaliśmy nad morze. Gdzie niby było na plusie, ale na plaży łeb urywało, pierwszego dnia morze gdzieś odpłynęło, a następnego – przypłynęło z powrotem i to tak, że zalało pół plaży i pomost do wiatraka. Mangusta darła się na wszystkich na promenadzie, no i tak sobie sielsko spędzaliśmy czas. 

Oczywiście, wszędzie stoją stragany z fajerwerkami (tfu), a wieczorami słychać petardy, bo przecież morze, plaża i świąteczne światełka to za mało atrakcji dla suwerena, koniecznie potrzeba jeszcze huku i smrodu. No i jednego wieczoru panowie zaczęli rzucać petardy pod naszymi oknami, a na dodatek pod zaparkowane samochody. N. się poderwał i wyleciał na balkon w takim tempie, że nie zdążyłam go powstrzymać ani zapytać, co zamierza zrobić, i za chwilę słyszę:

– Szybciutko stąd wypierdalajcie.

Nawet specjalnie nie podniósł głosu. Ale najwyraźniej zastosował właściwy dobór słów, bo nie było już ani jednej petardy więcej. W zasadzie to byłam z niego bardzo dumna.

Na szczęście udało nam się wrócić przed śnieżycą, chociaż na jednym przystanku na A2 myślałam, że wiatr porwie mi Mangustę z trawnika. 

Dobrze, że mam śliczny, nowy, ciepły kocyk na Sylwestra i nowy odcinek Ricky’ego Gervaisa. Życzę wszystkim niekwaśnego szampana dziś wieczorem i żeby ten Nowy Rok się postarał i był dla nas miły. 

(A ten śnieg niech już przestanie padać, bo Mangusta nie chce wychodzić).

O TYM, ŻE GRUDZIEŃ TO MENDA

Kupiliśmy mandarynki, pojechaliśmy zaszczepić Mangustę do paszportu. Uprałam psie posłanka, pojechałam do biura popłacić rachunki. Po południu koleżanka przysłała linka do nekrologu mojej kuzynki. 

Jakby mi kredens na głowę spadł. Chodziłyśmy do klasy w podstawówce, bawiłyśmy się u babci. Ona była wysoka i przebojowa, a ja – niska, cicha i nieśmiała. W dorosłym życiu miałyśmy osobne kręgi znajomych. A teraz idę na jej pogrzeb. 

Musiałam dostosować harmonogram przygotowań do świąt. Piernik – pogrzeb – ryba po grecku.

Nieustająco nienawidzę grudnia.

O LECZENIU BARKU I PREZENTACH

Jeśli chodzi o świąteczny nastrój w tym roku, to tak:

Zaczęło się prezentem dla siostrzenicy na urodziny (tak, ma urodziny przed samymi świętami i trzeba szukać nie jednego prezentu, a dwóch – osiwieć można). Po wielu prośbach, groźbach i szantażach łaskawie zaakceptowała taką jedną bluzę. Lecę z tą bluzą w zębach, żeby dziecko przymierzyło, dziecko mierzy i co się okazuje? Że ta bluza to jest na mnie, a nie na nią. Ciepła, szara (lubię szary), z grafiką typu manga – a na dodatek S-ka, no więc trochę jestem podbudowana, ale jednak trochę w PANICE, bo bilans prezentów się nie zgadza i muszę kombinować na ostatnią chwilę! 

No dobrze, na szczęście okazało się, że pożądany jest zestaw kosmetyków Rituals (ja w podstawówce miałam dezodorant Limara i maść na trądzik! Zestaw kosmetyków, pffff).

Następnie o mój poziom adrenaliny postanowiły zadbać Polskie Sieci Energetyczne, jak zrobiłam sobie we wtorek home office z zaplanowanym praniem koców i psich posłanek i o godzinie jedenastej odłączyli mi prąd. I podali w aplikacji, że wróci o 13.30 – wściekła byłam oczywiście, bo nie zdążyłam sobie nawet zrobić herbaty. Do godziny 13.30 klęłam, ale umiarkowanie, natomiast prąd nie wrócił, a PGE zmieniło komunikat – przywrócenie zasilania o 18.45. W drugiej połowie grudnia, kiedy ciemno się robi o 15.00, a w domu wszystko na prąd! N. wrócił i napalił w kominku i naprawdę, gdybym miała stare kalosze albo oponę, tobym wrzuciła do ognia w proteście obywatelskim. A gdybym miała więcej siły, to byłabym w wieczornych wiadomościach jako „Potargana kobieta porąbała siekierą siedzibę PGE w Żyrardowie”. Ale z siłami witalnymi u mnie nie najlepiej, zimą zwłaszcza.

I tu wkracza moja ciotka, która w końcu ODKRYŁA tabletki na szczęście! I mówi, żebym sobie też kupiła, bo są bez recepty i nazywają się fosydyna. Powiedziała, że bierze od kilku dni, zaczęła mieć lepszy humor i przestały ją boleć biodra. 

A właśnie, bo mnie bolał ten bark i to dość mocno, w stylu – założenie swetra czy kurtki wymagało specjalnych pozycji, żeby sięgnąć do rękawa. I uleczyło mnie pójście do fryzjerki i leżenie z głową w myjce! Przysięgam, jak musiałam powisieć tak z godzinę z naciągniętą szyją (don’t ask – bardzo skomplikowane rozjaśnianie, cztery miski różnych tonerów), to od razu mi częściowo przeszło, a za dwa dni było jak ręką odjął. Gdzieś czytałam, że kiedyś na bóle kręgosłupa kazali wieszać za głowę w futrynie drzwiowej (a skaleczenia opatrywać spleśniałym chlebem z pajęczyną). No ale wiecie – BARDZO DZIWNE, ale pomogło! Teraz już wiem, co robić (telefon do R. „Słuchaj, bo plecy mnie napieprzają, mogę przyjść godzinę powisieć u ciebie na myjce?”). 

A HBO zdjęło serial o Durrellach. 

To tylko ugruntowuje moje zdanie o streamingach, które są niegodne zaufania, wrzucają szmirę, w dodatku wszystkie taką samą, a fajnych, niszowych filmów czy seriali nie ma nigdzie albo znikają po kilku miesiącach. I nawet nie mogę sobie przekląć na tę okoliczność, bo przekroczyłam wszystkie normy przez ten cholerny prąd i będę mocno zdziwiona, jak Mikołaj coś mi w tym roku przyniesie.

(Oprócz tego, co sama sobie kupiłam, naturalnie).

A mój telefon pokazuje, że idą mrozy na święta! No naprawdę, muszę sobie kupić te piguły na poprawę nastroju.

O CIASTECZKACH, JEREMIM I KRECIE

Siedzę sobie, piję herbatę i oglądam przepisy na ciasteczka świąteczne, których NA PEWNO nie upiekę. Nie po to tyle lat wyrabiam sobie markę lenia patentowego i abnegata, żeby teraz się wygłupiać z CIASTECZKAMI – co to, to nie! Piernik z paczki będzie, jak co roku – najbliżej ciasteczek byłam, jak któregoś razu masę na piernik ciepnęłam do papilotek i wyszły piernikowe babeczki na imprezę. A o herbacie wyskoczył mi artykuł, że mam przez nią zgagę, niskie żelazo i mnie wysusza. Matko jedyna, wszystkie przyjemności muszą człowiekowi zohydzić – zróbmy coś z tymi naukowcami, niech się zajmą czymś pożytecznym, na przykład kopaniem rowów albo myciem okien dla ludności przed świętami!

Co do dekorowania domu, to:

– prawdziwa choinka się sypie i ogólnie jestem przeciwna rąbaniu drzewek;

– sztuczna choinka jest sztuczna;

– choinkę w doniczce mieliśmy raz, po czym została zasadzona w ogródku, owszem – przyjęła się i w efekcie mamy STUMETROWY ŚWIERK, który nam się rozpanoszył na działce;

– od światełek mam migreny, a od migających to już w ogóle masakra (serio – one nadają na jakiejś wyjątkowo dla mnie szkodliwej częstotliwości – widocznie jestem jak ten niedostrojony wieloryb, co się nie może dogadać z innymi wielorybami i szkodzą mi światełka świąteczne, ktore wszyscy generalnie UWIELBIAJĄ);

– ubieram jemiołę w bombki i łańcuchy, bo jest pasożytem i mi jej nie żal. 

Natomiast.

Czytam biografię Jeremiego Przybory. 

Na początku lekko mnie denerwowało, że w biografii jest szczegółowy życiorys każdego, z kim się Jeremi zetknął. Dlatego jest taka gruba. Ale niech tam, ja lubię grube książki.

A później Jeremi dorósł i obrósł babami. ALE TO JAK! W życiu bym nie przypuszczała, że ten elegancki, dystyngowany pan w szarym garniturze był takim babiarzem. Miał trzy żony, które zdradzał z tyloma kochankami, że to jest aż nieprawdopodobne, kiedy on miał czas na cokolwiek, ze spaniem włącznie? Większość jego uroczych damsko – męskich pioseneczek jest właściwie autobiograficzna, jak się okazało (spoiler: w wannie często kąpała się Barbara Wrzesińska, bardzo wtedy młodziutka). Nie, że ja tu chcę jakoś moralizować czy potępiać – absolutnie nie, tylko kompletnie mi się nie zgrywa muszka ze szczerbinką, że się tak wyrażę. Chociaż, jak się tak zastanowić – czy to takie dziwne, że kobiety dały się podrywać facetowi, który był czarujący i szarmancki? Aczkolwiek podobno kompletnie nieogarnięty życiowo i potrafił się wracać do domu po klucze po kilka razy. 

W ogródku mamy kreta, który dostał ksywę Faraon. Można się domyślić, dlaczego – widziałam już w życiu niejeden kręci kopiec, ale ten się wyjątkowo postarał: góry ziemi sięgają mi do KOLAN. Nie wiem, czy wywalił je sam, czy z kumplami, ale takich budowli jeszcze nie mieliśmy, sąsiedzi przychodzą pooglądać i głowami kręcą z niedowierzania, a Mangusta na nie szczeka. No kret – Faraon na sterydach. Nie chcę go martwić, ale N. na widok kolejnych piramid na równiutkim (kiedyś równiutkim, znaczy się) trawniku zieje ogniem z pyska i szuka na Allegro podziemnych narzędzi tortur. 

Gdzieś czytałam, żeby krecikowi wkładać w kopiec śledzia i wtedy on sobie pójdzie, bo nie przepada. Akurat nadchodzi sezon na śledzia, to może faktycznie go poczęstuję (ta metoda brzmi najbardziej pokojowo, a ja mam naprawdę dość konfliktów zbrojnych).

Pytanie na koniec: Skoro kurczaki są smaczne, to czy dinozaury były przepyszne?