O USZKODZENIACH POWŁOKI CIELESNEJ

1. Pękło mi naczynko w oku – no chyba przez podwyższone ciśnienie ze stresu, że pada śnieg, bo przecież nie od gapienia się w laptopa dwadzieścia sześć godzin na dobę, prawda? Trzymajmy się wersji, że to od wkurwu na pogodę.

2. A akurat oczy są mi chwilowo potrzebne, bo zaczęłam „Elegię dla bidoków”, bo Obama powiedział, że trzeba (słucham się go – już kilka razy okazało się, że mamy podobny gust). Spodziewałam się czegoś zupełnie innego (po recenzjach i zwiastunie filmu) i podchodziłam jak pies do jeża, przygotowując się psychicznie na jakieś emocjonalne, rzewne opowieści – a to jest bardzo dobrze, rzeczowo i konkretnie napisana książka. Znowu Obama miał rację. Czy to nie denerwujące?

3. A w ramach guilty pleasure kupiłam sobie najnowszą (autobiograficzną) książkę Hanny Bakuły. No lubię ją, nic nie poradzę.

4. Oraz dwa kubki do herbaty w mój ukochany wzór „Złodziej truskawek”. W dodatku mają tę zaletę, że są małe (znaczy NORMALNE –200 – 250 ml) – nie wiem dlaczego obecnie większość kubków do herbaty to jakieś półlitrowe wiadra. Dlatego nie lubiłam zamawiania herbaty w knajpach, bo dostawałam nocnik gorącej wody, z którego od razu połowę wylewałam. No ale chwilowo nie mam tego problemu, BO KNAJPY SA NIECZYNNE (haha. Ha). Niech je już otworzą – nie będę na nic narzekać, obiecuję. Chlip.

5. Nadal musze schudnąć.

6. Mam siniaka na kolanie. SKĄD?…

O FLANELI W KRATĘ I MORSOWANIU (TFU)

Same ohydztwa w tym tygodniu: spadł śnieg i strułam się pasztetem z kurkami. No nic, styczeń to styczeń – zimno, chujnia, patatajnia, za każdym rogiem czai się jakieś paskudztwo. Trzeba zacisnąć zęby i jakoś się przeczołgać.

Jeśli chodzi o śnieg, to w naszym gospodarstwie domowym są dwa głosy na nie (mój i Szczypawki) i jeden bardziej entuzjastyczny – N. kupił dmuchawę elektryczną, bo spalinowe są zakazane, biega z nią i się spełnia. No cóż – dopóki nie każe mi po tym gównie SPACEROWAĆ, to niech sobie robi co chce – i tak dobrze, że nie morsuje.

O CO CHODZI z tym morsowaniem, niech mnie ktoś oświeci, błagam! Jeden kolega – wydawałoby się dość rozsądny, poukładany pod sufitem, nagle wczoraj oznajmia, że IDZIE SIĘ KĄPAĆ w zalewie i czy ktoś do niego dołączy. No nie, nie dołączę nawet stojąc na brzegu, w puchowej kurtce i emu, albowiem jest MINUS PIĘTNAŚCIE i w taką pogodę się siedzi w domu na kanapie, a nie lata z gołą dupą i wchodzi do wody! Ja nie wiem, czy to nie są powikłania po wirusie, jak mgła covidowa. No halo – NAGLE tabuny ludzi postanawiają wleźć do lodowatej wody – jeśli to nie są uszkodzenia mózgu, to co?…

Czyli jakoś trzeba przeczekać te mrozy, dobrze że tylko do środy – na szczęście są seriale i ciepłe flanelowe koszule (o właśnie! Jeden z pozytywnych trendów odzieżowych – mnóstwo ciepłych, mięciutkich, obszernych koszul w kratę, w dodatku na wyprzedażach – mniam). A z seriali  – nie mam już siły do tych łajz z „Chłopaków z baraków”, to jest okropny serial dla człowieka z rozwiniętą empatią, po prostu straszny. Musiałam sobie wrzucić „30 Rock” dla odreagowania (N. nadal zachwycony, ale wiadomo, że faceci i empatia rzadko występują w jednym zestawie) (no chyba, że jako definicję empatii przyjmiemy zupę z Azji).

Pozdrawiam zupełnie niemorsowo, flanelowo w kratę i spod koca.

PS. MUSZĘ SCHUDNĄĆ! (Jego mać).

O BUDOWLANCE I POMYŚLE NA KOZY

Wczoraj wieczorem miałam taki żwir pod powiekami, że nie byłam w stanie poczytać. Dziś nie odważyłam się wetknąć szkieł kontaktowych – chodzę zatem w starych okularach i obijam się o sprzęty. Oraz nie wiem, gdzie znajduje się granatowy segregator, którego obecność w tym tygodniu jest kluczowa oraz fundamentalna.

Remont uległ przesunięciu, co jednocześnie mnie cieszy i martwi. Cieszy, bo i tak mamy dość skopany tydzień, a martwi – bo i tak nas nie ominie zamieszanie, bałagan i sprzątanie, tylko trochę później. Poza tym założę się, że w całej historii ludzkości nie było ani jednego projektu budowlano – remontowego, który by się zaczął i skończył zgodnie z planem. ANI JEDNEGO. Obstawiam, że egipskie piramidy też miały niezłą obsuwę – bo niby dlaczego sarkofag jest pusty? Ano dlatego, że inwestor dawno umarł i zgnił, zanim piramida została ukończona, i nie było kogo pochować. Nie ma siły na remont i budowlankę, i żadne stosy harmonogramów i wykresów Gantta tego nie zmienią. HOWGH.

Natomiast tak rozmyślam nad kozami Kanionka i wydaje mi się, że one po prostu chcą zwrócić uwagę na swoje potrzeby. Kozy, tak jak jamniki (i odwrotnie niż ja) są istotami spragnionymi kontaktu i interakcji – więc może by im zainstalować radiowęzeł? Można by im puszczać muzykę (krowy przy Mozarcie dają więcej mleka, z tego co pamiętam), czytać wiadomości z kraju i ze świata… chociaż może akurat to lepiej nie, bo się pochorują. Ale np. audiobooki – obstawiam, że kozy uwielbiałyby kryminały Agaty Christie. I Conan Doyle’a. I wtedy miałyby tematy do dyskusji i przestały demolować paśnik – prawda?

Strasznie wkurwiająca reklama mi się wyświetliła na jutubie – że jak się kupuje kanapki drwala, to śnieg pada. Jeszcze czego – MOWY NIE MA, żebym kupiła kanapkę drwala. 

O PIĘKNYM ŚNIE I CUKRZE

Ale miałam piękny sen! Śniło mi się, że w hiszpańskiej knajpie nieznajoma para siedząca przy stoliku obok zapytała mnie, czy lubię ryż na mleku (arroz con leche). Długo i zawile tłumaczyłam im, że bardzo nie lubię, bo byłam katowana w przedszkolu zupami mlecznymi i z wyrobów mlecznych toleruję beszamel. I to było takie naturalne – być w Hiszpanii w knajpie, bez maseczki, i gadać o głupotach z nieznajomymi. 

A na jawie w Hiszpanii rekordowe mrozy i śnieg, i koleżanka mi pisze „Dobrze, że nie pojechałaś, bo by było na ciebie” – halo, halo! Ja jestem od deszczu. DESZCZU! W pozostałe kataklizmy proszę mnie nie mieszać – mrozy, śnieg, oblodzenia, trzęsienie ziemi – to nie mój departament. Ale faktem jest, że nasi znajomi w Galicji mieli w tym roku więcej śniegu, niż my. 

Natomiast co w kraju – podobno od nowego roku zgrzewka coli kosztuje tyle co nieduży samochód i wszyscy, że JAK TO. I prezesi firm od razu śpieszą uspokoić klientów, że w związku z tym oni zmniejszą butelki, żeby te ceny nie były takie straszne. Nie wiem dlaczego nikt nie wpadnie na to, żeby może spróbować wsypać MNIEJ tego cholernego cukru – co najmniej o połowę. Przecież wszystkie te napoje są tak przeraźliwie przesłodzone, że prawdopodobnie zmniejszenie cukru o połowę wcale by nie wpłynęło na smak, ewentualnie na plus. No ale może ja się nie znam, kupujemy je praktycznie tylko na imprezy, na kaca następnego dnia oraz na długie trasy samochodem. Na pewno nie po to, żeby UGASIĆ PRAGNIENIE, bo do tego się nie nadają. 

A w ogóle to zabieramy się za mały remont w chałupie i nie chce mi się o tym myśleć. Chwilowo to WYPIERAM. 

O OSTROŻNYM POCZĄTKU ROKU

Pierwszego stycznia miałam taką sytuację z zastrzyczkiem adrenaliny.

Postanowiłam przymierzyć spodnie z Desiguala… to znaczy od MIkołaja oczywiście – i one, te spodnie, zatrzymały mi się przed biodrami i ani drgną! Zrobiło mi się jednocześnie gorąco i zimno; sprawdzam metkę – jak w mordę mój rozmiar, to znaczy mój DOTYCHCZASOWY rozmiar. No i trzeba odesłać – co ja im napiszę w formularzu, że jestem nieodpowiedzialnym kartoflem i się upasłam? I że to wina pandemii, nie moja? Chociaż mogłam nie wpierdzielać tego sękacza, a jednak go wpierdzielałam?…

Pogrążona w niewesołych myślach i wnioskach na temat braku elementarnej odpowiedzialności z mojej strony (i co, reszta garderoby też do wymiany?) składam te nieszczęsne spodnie, żeby je ładnie spakować, WTEM co widzę? Guzik widzę. Dosłownie – guzik i suwak.

Tak się przyzwyczaiłam do wciąganych portek na gumę, że nie zauważyłam, że ten model jest nieco bardziej ekskluzywny i się go ROZPINA. Powiadam państwu, że przemiana w jaskiniowca przebiega znacznie szybciej, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać. Dobrze że jeszcze pamiętałam, jak się obsługuje suwak i do czego służy! Koniec końców, nie muszę tych spodni odsyłać, co jest pozytywne choćby ze względu na ślad węglowy. Więc niby w sumie skończyło się dobrze, ale potraktuję to jako POWAŻNE OSTRZEŻENIE i wyciągnę wnioski na przyszłość (chociaż z tego zdenerwowania zeżarłam faworki, które N. kupił w piekarni nie uzgodniwszy tego ze mną, sabotażysta jeden).

Pokazałam N. „Chłopaków z baraków” i teraz nie ma mowy, żeby cokolwiek innego obejrzeć wieczorem. 

Czytałam, że w zeszłym roku Księżyc oddalił się od Ziemi o 3,8 cm (z obrzydzenia?). Oraz niestety, że idzie do nas siarczysty syberyjski mróz do minus trzydziestu stopni. Trzymajmy kciuki, żeby się rozmyślił, co?…

PS. Lista postanowień noworocznych na razie pusta albo ze skreśleniami – np. chciałabym w tym roku mniej przeklinać, ale już widzę, że SIĘ NIE DA. Mniej pić takoż.

O MARAZMIE POŚWIĄTECZNOPRZEDKOŃCOWOROCZNYM

Siedzę w biurze i przeglądam bieżące katastrofy: padła poczta (nie pamiętam żadnych haseł! Nic ze mnie nie wyciągniecie!), padła służbowa karta, w banku ogłaszają Brexit. Zrobiłam taki porządek w mailu, że NIC teraz nie mogę znaleźć, i jeszcze jajko z kanapki wpadło mi do rękawa. Jakaś entropia się nam wdarła do rzeczywistości.

Na stole leży świąteczna paczka od którejś z zaprzyjaźnionych firm, a w niej herbata i świeczka aromatyczna. Mam szczerą nadzieję, że nie o zapachu waginy Gwyneth Paltrow.

Najbardziej spektakularny moment Wigilii to było kiedy cztery suki przestały robić tornado i położyły się, ziejąc, na kanapie – w rządku – a szwagier skomentował: „Cztery spektra autyzmu”. I trochę w tym jest racji, bo każda ma w główce swój świat ze swoimi własnymi zakrętami, ale rechotaliśmy bardzo. I sernik nie dał się pokroić – był pyszny, ale strasznie się kruszył. Nie wiem, jaka z tego wynika wróżba, oby nic złego  – chociaż w zeszłym roku się ładnie pokroił i co? I CO? Szkoda gadać.

A w pierwszy dzień świąt zaczęłam oglądać ten nowy film Clooneya ”Niebo o północy”, bo wiadomo – w święta nie ma jak dobre post – apo. I wytrzymałam czterdzieści minut i padł mi entuzjazm, a naprawdę, NAPRAWDĘ lubię klimatyczne filmy z powolną akcją. „Solaris” lubię, „Melancholię” uwielbiam, a tu – no nie szło. Może podejdę jeszcze raz do seansu, ale raczej z kilkoma butelkami redbulla pod ręką. I halo, ta tajemnicza zagłada Ziemi z dnia na dzień, ale NIE WIADOMO CO dokładnie, to jest chodzenie na łatwiznę i świństwo wobec widza. Wyobraźni trochę, psiakość.

Czytam „Big Sky” Kate Atkinson – znowu nie mogłam się doczekać na tłumaczenie, a to kolejna opowieść o losach Jacksona Brodie. Czyta się w oryginale lepiej, niż przypuszczałam; szkoda, że tacy autorzy nie wypuszczają trzech książek rocznie, jak nieco inni autorzy, no ale to właśnie jest powód, dla którego jedni są pierwszymi, a drudzy bynajmniej.

No i najgorzej się porobiło z tym Sylwestrem. Normalnie to od 21.00 już mi się chce spać i wyłażę spod koca o północy na łyk szampana, życzenia i przekleństwo w stronę debili strzelających fajerwerkami. No ale w związku z tegorocznym rozwojem wydarzeń to chyba trzeba wyjść na spacer – żeby mieć ten mandat na dowód i na pamiątkę, do powieszenia na ścianie. Bo przecież jak za kilka lat będziemy o tym wszystkim opowiadać normalnym ludziom, to nam nie uwierzą.

O ŚWIĘTACH, BANALNIE

Będę banalna do bólu.

Życzę wszystkim, chociaż tak naprawdę to sobie – żeby świat znormalniał. Jak najszybciej.

Żebyśmy mogli odwiedzić nasze ukochane miejsca.

I napić się wina z przyjaciółmi.

W naszych ukochanych barach.

Wszyscy zdrowi i w komplecie.

(A pod choinkę oczywiście PIŻAMY! Flanelowej).

O WIKINGACH I ZAWALE

Z całego serca chciałabym podziękować za Norsemen. To jest dokładnie to, czego nam było trzeba w tych smutnych, szarych czasach bez kawałka słońca. N. zachwycony, bo są łucznicy, a ja tak ogólnie – właściwie wszystko mi się podoba, z mocno niewybrednym humorem sytuacyjnym włącznie. Chociaż chyba najgłośniej kwiczałam że śmiechu przy czytaniu deseczek runicznych w wygódce, ale może to jakaś kumulacja była. I jestem wielbicielką i fanką Freyi.

A co poza tym – otóż kilka dni temu miałam niezłego stracha, jak Szczypawka prawie przestała chodzić; ledwo kuśtykała na siku i dopadła mnie rozpacz, że znowu problem z kręgosłupem, a może tym razem wypadł jej dysk – no, niewesoło w każdym razie. I znowu zjadłam pół blistra tabletek z walerianą, które na mnie w ogóle nie działają i nie wiem po co je kupuję (a, bo nic innego sensownego bez recepty nie ma). PO CZYM OKAZAŁO SIĘ, że…

Mamy przed domem lipę i wzmiankowana lipa ma co roku nasionka – takie skrzydełka i pośrodku kuleczka. Dość twarda. I oczywiście jak to cholerstwo spada, to cały trawnik pokryty jest lipowymi kuleczkami. I ta mała biedula wlazła na trawnik i kuleczki wbiły jej się w obie łapy z tyłu, pomiędzy poduszeczkami. Nie wiem dlaczego od razu nie sprawdziliśmy łap – bo zwykle sprawdzamy, a teraz jakiejś pomroczności dostaliśmy. No i najczęściej te kulki są płytko i w jednej łapie, a tu w DWÓCH NARAZ i to dość głęboko wbite. W każdym razie wydłubałam, pies ożył i natychmiast zażądał jedzenia, a ja sobie cichutko dostałam zawału w kąciku. 

UFFF.

Podsumowując: waleriana to syf i lipowe kuleczki to syf. Dosyć tego ziołolecznictwa – w przyszłym roku już na poważnie muszę się rozejrzeć za dilerem. To będzie numer jeden na mojej TO DO list.

I jeszcze prowadziłam poszukiwania na ostatnią chwilę formy do pieczenia typu sarni grzbiet – miałam kupić przed świętami, oczywiście wyleciało mi z głowy – ale to już zupełnie inna historia.

O JAJKACH I CZAROWNICACH

Albo przestanę oglądać tutoriale kulinarne na jutubie, albo – jak pandemiczne ograniczenia jeszcze trochę potrwają – za kilka miesięcy będę luzować kaczki jedną ręką bez patrzenia i rozbierać tusze jagnięce, a na przystawkę trzaskać homara thermidor. A raczej ograniczenia potrwają, bo pisiorstwu świetnie idzie dojenie budżetu na nieistniejące respiratory, maseczki i narodowe lecznice i maszty z flagą przy każdym szpitalu.

No więc w tę niedzielę zrobiłam jajka w koszulkach i pierwszy raz mi WYSZŁY. Bo do tej pory miałam mętny garnek pełen szarych firanek względnie żabiego skrzeku, snującego się bez celu w kółko, a na dnie coś w rodzaju rozdeptanego embriona. Wszystko dzięki sztuczkom Nigelli z sitkiem i sokiem z cytryny (niestety, musiałam się obyć bez kokainy, którą ona podobno wciągała na planie swoich kulinarnych pogadanek jak odkurzacz i dlatego była taka radosna i entuzjastyczna nad tymi garami).

Co poza tym – ach, jakie cudo odkryłam na Netflixie zupełnie przypadkiem, jak szukałam czegoś po hiszpańsku – otóż jest zestaw „Trylogia Baztan”: trzy thrillery dziejące się w małych miasteczkach w kraju Basków. O królu złoty, czego tam nie ma! Czarownice, porywane niemowlęta, mityczne leśne stwory, mroczna historia rodziny pani inspektor i oczywiście matka w psychiatryku. Tylko szkoda, że filmowane głównie nocą i w lejącym deszczu, bo te miasteczka i krajobrazy są takie piękne! No i oczywiście w pierwszej części głównym tropem jest baskijskie CIASTKO. Mroczna psychodela, ale na plus – zupełnie inna od anglosaskich kryminałów, w większości na jedno kopyto.

I jeszcze nius z wczoraj: „Niecodzienna sytuacja na ulicy nadmorskiego miasta. Całkowicie nagą kobietę w środku grudnia, krzyczącą coś pod nosem zauważyli przechodnie i kierowcy na ulicy Grunwaldzkiej w Świnoujściu.” Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, jak możne KRZYCZEĆ POD NOSEM? A my ciągle nie możemy się wybrać do Świnoujścia – ciągle coś; albo robota, albo brzydka pogoda, albo Niemca zamknęli i N. cierpi, że nie może pojechać po śrubki. I wszystko nas omija!

Plecy mnie bolą.