Obiecałam, że jak się nie ociepli, to oszaleję. Nie ociepliło się, a nocami znowu przymrozki – akurat zaczęła kwitnąć rajska jabłonka, biedulka.
Mangusta była u fryzjera i wygląda ślicznie (chociaż ona zawsze wygląda ślicznie). Najlepsze było, jak wróciliśmy po psa do zakładu fryzjerskiego – a psa nie ma. W psich boksach jej nie ma, na stole nie ma, może gdzieś na zapleczu zamknięta? A pani fryzjerka na to:
– Mangusta, jako pies myśliwski, od razu jak ją zestawiłyśmy ze stołu, weszła pod kanapę.
Faktycznie, w kącie stoi mała, niska kanapa – nie sądziłam, że coś większego od świnki morskiej mogłoby tam wleźć. Ale podeszłam i wołam Mangustę i za moment pod kanapą pojawia się nosek, który chwilę powęszył, a za noskiem – reszta Mangusty. W dodatku obrażona na mnie, bo to JA ją przyprowadziłam do tego miejsca kaźni, więc pobiegła się przytulić do pańcia. Robiła mi wyrzuty przez całe popołudnie i zjadła obiad z wielką łaską, ale już jest dobrze.
Mam takie jedne domowe spodnie – najzwyklejsze szare dresowe – które mają moc przyciągania plam i jak tylko je założę, to zaraz jestem w czymś upaprana. Rzadko kiedy noszę je dłużej, niż jeden dzień, bo od razu nadają się do prania. Wyciągnęłam je dwa dni temu, żeby się przekonać, czy to nadal działa – wieczorem miałam na nich plamy z krwi N. (kroił sobie pomidorka świeżo naostrzonym nożem, więc musiałam biec z plastrem) oraz sos z pieczarek. Te portki chyba są centrum jakiejś anomalii grawitacyjnej, która przyciąga wszystkie brudzące świństwa. Bo innego wytłumaczenia nie widzę.
Nie mam siły pisać o Łukaszu Litewce. Mózg mi nie przyswaja tej informacji. Jedyne, co mogę zrobić, to pomagać dalej – małym, lokalnych organizacjom, bo takie mają najtrudniej.
Świat od czasu do czasu lubi przypomnieć, że nie jest miłym, bezpiecznym miejscem.