O SPRZĄTANIU I SERWATCE

Otóż aktualnie dla odmiany – niż Bernardette. Jak dwie noce temu zaczęło wiać, to się zastanawiałam, czym obciążyć psa, żeby mi jej nie porwało podczas porannej toalety. 

Polskie lato w natarciu. Na razie przyznaję mu takie 3/10 (daję 3 punkty, bo przynajmniej wulkan u nas nie wybuchł i nie było szarańczy – JESZCZE). Chociaż pewnie gdybym była na wczasach nad morzem, to nie przyznałabym ani jednego punktu.

Zginął mi jeden album ze zdjęciami, w efekcie posprzątałam już w kilku szafkach – nie znalazł się, ale przynajmniej mam posprzątane szafki. Jedna pani z internetów mówi, że patent na odgruzowanie domu jest taki, że bierze się do ręki torbę, obchodzi się z nią dom i ładuje do niej pięć rzeczy, które chcemy wyrzucić. Wystarczy pięć. Tylko to trzeba powtarzać CODZIENNIE. To jest niezły pomysł, bo mam dosłownie ciarki wzdłuż kręgosłupa na samą myśl o generalnych porządkach, a takie wyrzucanie pięciu dziennie – phi, czasem z samej lodówki mam więcej (nie jestem z tego dumna, głównie przeterminowany nabiał). 

Na razie z szafek poszło do wyrzucenia tyle, że mam ze dwa tygodnie wolnego, albo i więcej.

Z innych mądrości internetowych: na wszystkie moje problemy rozwiązaniem będzie picie serwatki. Oraz zjadanie nasion babki płesznika. Serwatki nie piłam nigdy w życiu, co innego maślankę. Może być maślanka? Pewnie nie, ci internetowi guru są bardzo kategoryczni. A babka płesznik brzmi jak coś, czym można się nieźle zakrztusić. No chyba, żeby popić serwatką. 

Robiłam ostatnio porządki w skrzynkach mailowych – jakie smutne czasy nastały, że w spamie mam głównie maile od panów, oferujących wsparcie prawne. Kiedy to się stało? Żadnej fantazji. A gdzie nigeryjscy książęta, którzy chcą mi przekazać swoją fortunę? Gdzie oferty powiększenia penisa, niedrogo i efektywnie? Ta generacja Z wszystko psuje, naprawdę. Nie piją alkoholu, nie powiększają penisów, tylko by udzielali wsparcia prawnego – banda nudziarzy. Jak to powiedział Harrison Ford w „Shrinking” – cieszę się, że spieprzyliśmy im planetę. 

Czytam „Dziwna pogoda w Tokio” – nie wiem, co sądzić o pogodzie, ale w życiu nie przeczytałam dziwniejszego opisu grzybobrania. 

O ROZKOPANYM MADRYCIE

No więc – w Madrycie byliśmy.

Wiem – miewałam w życiu lepsze pomysły, ale bilety były sprzed pół roku i dwa razy przebukowywane i dotarliśmy do momentu, w którym trzeba było podjąć decyzję – albo w tę, albo weftę. No to pojechaliśmy – przez dwa pierwsze dni było chłodniej, niż w Polsce! Ale później już cieplej. Czyli piekielny kocioł z wrzącą siarką.

Cały Madryt w remontach. Calutki – gorzej, niż Warszawa; gdzie nie poszliśmy, tam płoty, siatki i panowie z młotami pneumatycznymi. Nawet w parku Retiro, do którego popełzliśmy, żeby nie dostać udaru – a tam Palacio de Cristal w remoncie. No nic, poszliśmy na wystawę w budynku obok, bo zawsze człowiek trochę odpocznie w klimatyzacji – a tam wystawa o wojnie domowej. No jak nie idzie, to nie idzie. 

Ale i tak jestem z siebie dumna, że tyle kilometrów zrobiłam w taki upał – głównie przedpołudniami i głównie dzięki spodniom z Uniqlo. Bo N. zaciągnął mnie do Uniqlo, jest zakochany w ich ciuchach, głownie spodniach, bo uratowały mu życie w upale w Japonii. Powiedział, że nikt nie robi takich spodni na upał i MA RACJĘ – żadne inne lniane spodnie nie są tak rewelacyjne, miękkie i przewiewne. Każdy inny len czy mieszanka mnie drapie – a w tych przechodziłam trzy upalne dni i jedyne czego żałuję, to że nie wzięłam wszystkich dostępnych kolorów z tego fasonu, a kosztowały w okolicach 20 eurasi. Po prostu cudo. Ale za to bolą mnie stopy, bo chodziłam w sandałkach, nie byłam w stanie się przemóc i założyć zakrytych butów i teraz mam za swoje. 

No i hotel mieliśmy z niespodzianką – co prawda działała klimatyzacja (nie to, co w Pobierowie), ale za to budziło nas jakieś łomotanie – jakby ktoś trzaskał drzwiami ogromnej szafy. Co się okazało – hotel był (jest) w kamienicy z zachowanymi oryginalnymi okiennicami. Wewnętrznymi i zewnętrznymi. DREWNIANYMI. No i one się tak tłuką, jeśli nie są zamknięte na rygiel. Jak wielka, drewniana szafa. 

Wnioski z wyprawy mamy takie, że chyba w przyszłości odpuścimy sobie Madryt latem. Ale za to będę częściej zaglądać do Uniqlo. 

Jak pięknie być w domu, gdzie poduszka ma odpowiednią wysokość (czyli jest płaska), kołdra nie jest utkana pod materacem (po co to utykanie – ile człowiek musi się naszarpać, zanim się położy), a piesek śpi obok. Mangusta znalazła sobie zajęcie – pilnowała szwagra. Zebra mi donosiła, że dopóki nie ma go w domu, to jest spokój, a jak tylko wróci z roboty – to Mangusta kładzie się obok niego i drze się na wszystkich, jak opętana. Szkoda, że nie mam jak zapytać, o co jej chodzi. Niezbadanymi drogami chadzają psie pomysły.

No to wstawiłam pranie i czekam na te obiecane deszcze. Trawa wyschła, a debile z gminy dziś od rana koszą. Ja nie wiem, kiedy i dlaczego ludzkość tak zgłupiała.