O ZASKAKIWANIU

Podobno w związkach chodzi o to, żeby zawsze się zaskakiwać.

N. jest w tym lepszy – ja nie potrafię być taka spektakularna. Na przykład – dwa dni temu kupił ziele angielskie W PROSZKU. 

Nawet nie wiedziałam, że jest ziele angielskie w proszku! Niby do czego się go dodaje? Przecież chodzi o to, żeby wyławiać kulki. Porcja zupy albo bigosu z kulką ziela angielskiego to trochę jak bonus na loterii. 

Moja siostrzenica nie udziela jednoznacznych odpowiedzi w zakresie prezentu na gwiazdkę. Szwagier mówi „Znajdź dla niej coś jak dla pięćdziesięciolatki”. HALO? Nie wiem, co konkretnie miał na myśli – aktualnie z koleżankami przeglądamy cekinowe sukienki na nadchodzący sezon świąteczno – sylwestrowy. I spodnie z cekinami. A jedna przysyła linka do ślicznych ciepłych czapeczek z różnymi ciekawymi napisami, na przykład „Nie zesraj się”. Albo „Pizga złem”. Aż szkoda, że nie lubię nosić czapek, bo strasznie mi się włosy elektryzują.

A poza tym zimno się zrobiło i nie mam dobrego humoru.

O SZWAJCARSKIM SZNYCLU

Przyszły mroźne noce i N. musiał poznosić do domu kwiatki, które wczasowały się w sezonie letnim w ogródku. Teraz na półpiętrze jest zielony gąszcz, w garażu palmiarnia (no, prawie – bo to strelicja, a nie palma), a N. próbuje wyadoptować część aloesów, bo nam się nie zmieszczą w chacie. Kwiatki przez lato podwoiły swoją objętość, na dodatek N. ma tak zwane zielone palce i wszystko rośnie mu jak opętane, brakuje nam już doniczek, miejsca na doniczki i okien do obstawiania. Grubosze to już w ogóle mu rosną jak drożdże, człowiek się odwróci na chwilę, a tu z jednego małego drzewka robią się trzy duże i weź tu człowieku wszystko ogarnij. 

(Oczywiście ja się nie dotykam, bo aż tak źle im nie życzę – potrafię zasuszyć nawet pękatego kaktusa i to w ekspresowym tempie).

Natomiast wyskoczył mi jeden filmik na fejsie i dowiedziałam się, że nie tylko u nas ludzie są w stanie się ostro pokłócić na jakiś temat w komentarzach. Filmik był ze szwajcarskiej restauracji, która podobno słynie ze sznycli. I te sznycle są przyrządzane przy specjalnym stole, patelnie stoją na palnikach, a panie ubrane w ludowe stroje panierują olbrzymie, cieniutkie płaty mięsa w trzech kuwetach i smażą. No i otóż smażą te sznycle NA MAŚLE – na początek rozgrzewają na patelni solidną porcję masła, a podczas smażenia jeszcze dokładają i polewają nim kotleta.

O ludzie kochani, jak tam się kotłowało w komentarzach – jak w hodowli głodnego karpia przed świętami. Okazało się, że masło do sznycla to jest sponiewieranie całego systemu wartości i świętokradztwo, chyba najwięcej Austriaków się tam wypowiadało, w każdym razie Szwajcaria została poproszona o zostawienie sznycli w spokoju i zajęcie się fioletowymi krowami na pastwiskach (ale nie tymi słowami, ma się rozumieć). Ja muszę przyznać, że sznycla w Szwajcarii nie jadłam, nawet chyba nie widziałam – za to bardzo pyszne rosti i porządnego tatara. I scyzoryk z czekolady, ale to już z grzeczności, bo zostałam poczęstowana, nie wypadało odmówić, chociaż za czekoladą nie przepadam (wolałabym dokładkę rosti). I jak uwielbiam masło, to smażenie kotletów na nieklarowanym maśle chyba jest trochę ryzykowne, bo ono się sfajczy, zanim kotlet przestanie być surowy. Z drugiej strony (trzeciej?) – skoro to robią od wielu lat, słyną z tego i mają mnóstwo chętnych – to musi wychodzić smaczne. No sama nie wiem, naprawdę. Czy sznycel na maśle to jeszcze sznycel? Czy to ten sam case, co carbonara ze śmietaną? Kuchnia to pole minowe pełne zasadzek. (Z naszego podwórka – czy pleśniak z innym dżemem niż porzeczkowy to jeszcze pleśniak?).

Od jakiegoś czasu zasmuca mnie pralka, bo coraz częściej ma problemy z odwirowaniem, nawet jak zmniejszę jej obroty. Siedzę później w łazience, przekładam jej w bębnie pranie, żeby było równo i – oczywiście – klnę. Bardzo jestem do tej pralni przywiązana, bo ja ogólnie się przywiązuję, chociaż ona ma już piętnaście lat i ma prawo niedomagać tu i ówdzie. Jednak pięciokrotne układanie kurtek albo pościeli do odwirowania jest nieco męczące.

Matko, jak mnie denerwuje nowa piosenka Natalii Przybysz o ramenie. Na obecnym etapie życia przedkładam zen ponad wszystko, staram się omijać to, co może mnie zdenerwować – ale niestety jest to nowość i z zaskoczenia złapała mnie w samochodzie już kilka razy. Nie przepadam za manierą śpiewania sióstr Przybysz, ale chyba nic mnie tak nie denerwowało, jak ten nieszczęsny ramen. Nie wiem, o co chodzi, ale ciśnienie mi skacze i pazury rosną. 

Właśnie czytam, że lepiej nie wyrzucać do żółtego worka puszki po dezodorancie / czymkolwiek w sprayu, bo można zarobić karę 500 zł. Nie we wszystkich przypadkach, ale w niektórych tak. Odnoszę wrażenie, że z tą segregacją śmieci idziemy w bardzo, bardzo złym kierunku – liczba frakcji przekracza granice miłosierdzia Bożego, człowiek się trzęsie nad każdym opakowaniem psiej saszetki, czyta opisy, a jedna trzecia ludności ma to dokładnie w dupie i wywala wszystko jak leci. A ja pod groźną kary mam wozić każdy dezodorant do PSZOK-u – i co, może jeszcze w oznakowanym konwoju? I z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej Polskiego Radia, psia krew.

O PSICH PERFUMACH

No niestety – moja ciotka raportuje, że mimo szumnych zapowiedzi, tabletki szczęścia nie dają, a ona czuje się po nich poddenerwowana i jednocześnie zmęczona. Dobrze, że nie zdążyłam się nimi poczęstować – gdyby do mojego codziennego wkurwu i braku energii dodać te tabletkowe, to mogłyby mi się synapsy usmażyć. Oczywiście, to było do przewidzenia – lekarze nie chcą zapisywać pacjentom niczego fajnego (trzymają dla siebie). Jakby naprawdę nie można było zrobić ślicznych proszeczków z kokainą albo chociaż sprzedawać kropelki z LSD, żeby sobie każdy mikrodawkował, jak Diane w „Good Fight” (i widziała po nich dziwne rzeczy w wiadomościach, ale i bez LSD codziennie widzę dziwne rzeczy w wiadomościach, więc co za różnica).

CO do wydarzeń bieżących, to byliśmy w Świnoujściu i Mangusta wytarzała się w mewim gównie. ALE JAK!… Jeszcze dwa dni później samochód śmierdział. N. robił na nadbrzeżu malownicze zdjęcia, a ta mała cholera wypatrzyła sobie świeżą mewią kupę i wpadła w nią ślizgiem przez bark, jak zawodnicy rugby na meczu. Nie zdążyłam ściągnąć smyczy. Jak się podniosła, to przednią prawą ćwiartkę miała białozieloną, a z ucha kapało guano. Chyba wszyscy obecni w malowniczym malutkim porcie po niemieckiej stronie wyspy Uznam się nam przyglądali, bo próbowałam to przynajmniej z grubsza zetrzeć wilgotnymi chusteczkami i chyba trochę przy tym klęłam, raczej głośno. W drodze do chałupy śmierdziała naprawdę okropnie i całe szczęście, że ktoś zostawił szampon dla dzieci Bambino, w którym została wyprana kilkukrotnie. Bardzo była oburzona kąpielą, jak pańcia mogła jej popsuć taki wspaniały szanel. A w samochodzie do dziś unosi się subtelny zapach szamba wymieszanego ze sfermentowanym śledziem.

Jakoś w ogóle nie mogę się zebrać do oglądania seriali ostatnio, bo ciągle coś do zrobienia i wieczorami się nie nadaję do rozrywki i jestem jak oklapnięta purchawka. Teraz wszyscy przeżywają „Heweliusza”, jaki świetny (pamiętam, że mieliśmy odwołane zajęcia językowe na studiach, bo nasza lektorka została wtedy zaangażowana jako tłumaczka przez te wszystkie instytucje zajmujące się katastrofą). Może i świetny, ale a) to nie jest dobry pomysł, żeby oglądać taki serial w przygnębiającym listopadzie, oraz b) ja się od zawsze boję zimnej wody, no i sama nie wiem. Pewnie w końcu obejrzę, ale nie teraz.

Natomiast przeczytałam książkę Osmana, ale z innymi bohaterami niż czwartkowi mordercy. W sensie wymyślił sobie nową serię – “Wyjaśniamy morderstwa” ma tytuł. Jak te czwartkowe mi się podobają, bo nie mam wątpliwości co do możliwości (niektórych) emerytów – wystarczy, że przypomnę sobie moją babcię, dla której nie było rzeczy niemożliwych – tak ta nowa jednak… no nie bardzo (chociaż też występują w niej emeryci, bardzo sympatyczni) (ale latają prywatnym odrzutowcem po całej kuli ziemskiej, co jest nieekologiczne, a młodzieży każą używać papierowych słomek do napojów).

Nie mogę się zabrać za kolejny tom „Kulawych koni”, bo jeszcze nie przebolałam poprzedniego („Joe Country”). Rozumiem, że autor zabija bohaterów w kolejnych tomach – gdyby nie to, nie byłyby takie dobre – ale tym razem mnie zasmucił, bo polubiłam tę osobę. 

Na weekend zapowiadają śnieg z deszczem. Super. Wspaniale, naprawdę. Bo chyba wszystkim się ZNUDZIŁA ta słoneczna, złota jesień, prawda? (Kurwa mać).

A Mangusta ma zapowiedziane, że jak tylko SPOJRZY w kierunku ptasiej kupy, to tym razem zamiast kąpania zostanie ogolona. 

O WĘGLOWODANACH I ZMIANIE CZASU

Jem węglowodany w nadmiarze, a nie powinnam – teraz się jada proteiny i błonnik (i nasiona chia). Ale jak mam nie jeść, skoro N. kupił cztery sznurki obwarzanków na parkingu przed cmentarzem pierwszego listopada? Chciałam jeden, góra dwa, ale mój mąż jest maksymalistą oraz wyraża w ten sposób swój szacunek dla tradycji, żeby nie zanikła. Obawiam się, że w ten sposób tradycja nie tylko nie zaniknie, ale też zmaterializuje się w moich biodrach i obwodzie tyłka, niestety. Chociaż z tego co widziałam na fejsie, obwarzanki i tak wypadają skromnie, bo tu i ówdzie przy cmentarzach pojawiły się nawet hamburgery i kiełbasa z grilla i ogólnie zlot foodtrucków. A ja kiedyś byłam zaskoczona popcornem! Ciekawe, czy gdzieś były kebaby. Albo langosz.

Natomiast żeby nie wiem co, to nie zjem w ramach tradycji pańskiej skórki ani trupiego miodku. Lubię makabrę, ale nie do tego stopnia.

No dobrze, skoro już po zniczach, to czas na obowiązkową histerię prezentowo – świąteczną. Jedna pani (siostra tej, co rozpakowuje paczki) powiedziała, że w kwestii prezentów gwiazdkowych ludzie się dzielą na dwie kategorie: easy to buy for people and hard to buy for people. U mnie zdecydowanie jest przewaga hard to but for, a N. (jak zwykle) jest przypadkiem szczególnym, bo niby łatwo mu kupić prezent, pod warunkiem, że jest z kilku bardzo ściśle zdefiniowanych kategorii. W każdym razie – zaczęły się przedświąteczne SMSy, prośby, błagania oraz groźby, że NIEKTÓRZY dostaną łysą świnkę morską albo Labubu (oczywiście ta świnka to tylko taka figura retoryczna, w życiu bym nie wrzuciła świnki do domu pełnego jamników). Ale szwagier ma rosnące szanse na Labubu, tyle powiem.

W domu mamy dość nerwowy sezon po zmianie czasu na zimowy, ponieważ Mangusta ma problemy z przestawieniem zegarka i przez kilka pierwszych dni pobudka była o 4.17 co do minuty. Przesuwałam ostatni posiłek i wyjście na siusiu, jak tylko się dało, w efekcie jesteśmy na etapie 5.15, chociaż w niektóre dni kilka minut przed piątą. Są takie porady, żeby psa zmęczyć – no super, ale o 15.00 robi się ciemno i jak ją wywlokę na spacer, to jest spora szansa, że przyciągnie do domu moje zwłoki z rozbitą czaszką, bo się gdzieś potknę i wywalę. Rozważam też budzenie jej po 23.00 i karmienie kaczymi filetami – tylko że ja też zasypiam po dziewiątej (no, bo wstaję kwadrans po piątej!) i kółko się zamyka.

Zmiany czasu są bez sensu, ale nie ma odważnego, który by to zakończył.

Obok biura otworzyli nam Żabkę i poszłam do niej i przyznam się, że nie znalazłam niczego, co by mnie urzekło. No i nadal nie wiem, z czego te Żabki się utrzymują (N. był odebrać paczkę i mówi, że czekał w kolejce za panami remonciarzami, którzy kazali sobie podgrzać pizzę z sosem czosnkowym – jest to jakaś wskazówka) (czy pizza z sosem czosnkowym to przypadkiem nie oksymoron?…). 

Moja ciotka była u nowej lekarki i wizyta zakończyła się tym, że dostała tabletki na szczęście. Powiedziała, że jak wykupi receptę, to mi kilka da na spróbowanie. Nie mogę się doczekać! 

PS. Na grupie jamniczej (anglojęzycznej) pani szuka imienia dla suczki – szczeniaczka jamnika szorstkowłosego. Padają propozycje w stylu – Lulu, Daisy… Gdy nagle – “VODKA”. Hm. Chociaż w zasadzie… czemu nie? 😉