No niestety – moja ciotka raportuje, że mimo szumnych zapowiedzi, tabletki szczęścia nie dają, a ona czuje się po nich poddenerwowana i jednocześnie zmęczona. Dobrze, że nie zdążyłam się nimi poczęstować – gdyby do mojego codziennego wkurwu i braku energii dodać te tabletkowe, to mogłyby mi się synapsy usmażyć. Oczywiście, to było do przewidzenia – lekarze nie chcą zapisywać pacjentom niczego fajnego (trzymają dla siebie). Jakby naprawdę nie można było zrobić ślicznych proszeczków z kokainą albo chociaż sprzedawać kropelki z LSD, żeby sobie każdy mikrodawkował, jak Diane w „Good Fight” (i widziała po nich dziwne rzeczy w wiadomościach, ale i bez LSD codziennie widzę dziwne rzeczy w wiadomościach, więc co za różnica).
CO do wydarzeń bieżących, to byliśmy w Świnoujściu i Mangusta wytarzała się w mewim gównie. ALE JAK!… Jeszcze dwa dni później samochód śmierdział. N. robił na nadbrzeżu malownicze zdjęcia, a ta mała cholera wypatrzyła sobie świeżą mewią kupę i wpadła w nią ślizgiem przez bark, jak zawodnicy rugby na meczu. Nie zdążyłam ściągnąć smyczy. Jak się podniosła, to przednią prawą ćwiartkę miała białozieloną, a z ucha kapało guano. Chyba wszyscy obecni w malowniczym malutkim porcie po niemieckiej stronie wyspy Uznam się nam przyglądali, bo próbowałam to przynajmniej z grubsza zetrzeć wilgotnymi chusteczkami i chyba trochę przy tym klęłam, raczej głośno. W drodze do chałupy śmierdziała naprawdę okropnie i całe szczęście, że ktoś zostawił szampon dla dzieci Bambino, w którym została wyprana kilkukrotnie. Bardzo była oburzona kąpielą, jak pańcia mogła jej popsuć taki wspaniały szanel. A w samochodzie do dziś unosi się subtelny zapach szamba wymieszanego ze sfermentowanym śledziem.
Jakoś w ogóle nie mogę się zebrać do oglądania seriali ostatnio, bo ciągle coś do zrobienia i wieczorami się nie nadaję do rozrywki i jestem jak oklapnięta purchawka. Teraz wszyscy przeżywają „Heweliusza”, jaki świetny (pamiętam, że mieliśmy odwołane zajęcia językowe na studiach, bo nasza lektorka została wtedy zaangażowana jako tłumaczka przez te wszystkie instytucje zajmujące się katastrofą). Może i świetny, ale a) to nie jest dobry pomysł, żeby oglądać taki serial w przygnębiającym listopadzie, oraz b) ja się od zawsze boję zimnej wody, no i sama nie wiem. Pewnie w końcu obejrzę, ale nie teraz.
Natomiast przeczytałam książkę Osmana, ale z innymi bohaterami niż czwartkowi mordercy. W sensie wymyślił sobie nową serię – “Wyjaśniamy morderstwa” ma tytuł. Jak te czwartkowe mi się podobają, bo nie mam wątpliwości co do możliwości (niektórych) emerytów – wystarczy, że przypomnę sobie moją babcię, dla której nie było rzeczy niemożliwych – tak ta nowa jednak… no nie bardzo (chociaż też występują w niej emeryci, bardzo sympatyczni) (ale latają prywatnym odrzutowcem po całej kuli ziemskiej, co jest nieekologiczne, a młodzieży każą używać papierowych słomek do napojów).
Nie mogę się zabrać za kolejny tom „Kulawych koni”, bo jeszcze nie przebolałam poprzedniego („Joe Country”). Rozumiem, że autor zabija bohaterów w kolejnych tomach – gdyby nie to, nie byłyby takie dobre – ale tym razem mnie zasmucił, bo polubiłam tę osobę.
Na weekend zapowiadają śnieg z deszczem. Super. Wspaniale, naprawdę. Bo chyba wszystkim się ZNUDZIŁA ta słoneczna, złota jesień, prawda? (Kurwa mać).
A Mangusta ma zapowiedziane, że jak tylko SPOJRZY w kierunku ptasiej kupy, to tym razem zamiast kąpania zostanie ogolona.
Podobno bociania kupa straszliwie śmierdzi. Moi na szczęście wolą truchło, niż guano, byliśmy na długi weekend nad morzem, ale na mewę i jej odchody nawet nie spojrzeli.