O WYPASANIU PTASZKÓW I MROZIE

Dobra, jedzą. Podejrzewam, że mogły się wystraszyć kulek, które N. położył w karmniku pośrodku i może ptaszki się bały, ze tam coś siedzi. Kulki zostały rozkruszone i zaczęła się jazda – zeżarły kulki ze sklepu zoologicznego, słonecznika oraz płatki owsiane, bo znalazłam przeterminowane. Mangusta kibicuje i próbuje zżerać kawałki kulek, które spadną albo zostaną zrzucone, czyli muszą być smaczne. Mewy żadnej nie widziałam, za to sroki owszem – przeganiam je, bo z kolei one przeganiają wszystkie inne ptaki, takie ładne, a takie bandytki. 

Dobra wiadomość: jak im dosypuję słonecznika, to świergolą po krzakach jak szalone. Zła wiadomość: w prognozie pogody – mrozy jeszcze co najmniej przez tydzień, minus dziesięć w nocy i naprawdę mam tego DOSYĆ, a na dodatek lodowisko wszędzie. Najlepsza jest Mangusta, która ma odgarnięte śnieżki, a pomiędzy nimi – połacie śniegu. No i ona porusza się głównie ścieżkami, ale od czasu do czasu gramoli się na ten nieodgarnięty śnieg (ostrożnie, żeby jej się łapki nie zapadały), na sam środek, i robi tam kupę. Tak, dziewczyno! DOKŁADNIE to samo uważam na temat śniegu. I mrozu. 

Wiadomości z torby: znalazłam i usunęłam zeszyt B5 w twardej oprawie oraz książeczkę „Haft kaszubski”, zakupioną w muzeum w Tucholi. Z tym, że książeczka jest cieniutka i lekka, a zawiera bardzo ważne informacje na temat kolorystyki haftu kaszubskiego w poszczególnych szkołach. Na przykład szkoła borowiacka to brązowy, żółty, oliwkowy i pomarańczowy. Czy w razie czego będę umiała odróżnić szkołę wdzydzką od wejherowskiej? Naprawdę nie wiem, może jednak lepiej ją nosić na wszelki wypadek.

Dostałam poradnik bezpieczeństwa, ale do skrzynki biurowej! W domowej – nadal nic. Czyli – dopóki płacę podatki, to warto mnie ratować, a jak przestanę – na kompost. Albo na gulasz. 

Mam taką petycję – złóżmy kogoś w ofierze na okoliczność ocieplenia, bardzo proszę! Albo nawet kilka osób – zgłaszam się na ochotnika do sporządzenia listy, proszę tylko dać mi znać, gdzie mam ją przesłać. Na początek – wszystkich tych parszywych gnoi, którzy okradają schroniska dla psów. 

A wczoraj odpaliłam „Rozdzielenie”. Obejrzałam ciurkiem cztery odcinki – o matko, jak dawno nie oglądałam tak świetnego serialu (co to jest właściwie – soc fiction? sf?). Najchętniej bym już dziś od rana się przyspawała do telewizora, ale okoliczności stoją w poprzek. 

O TYM, ŻE STYCZEŃ SRYCZEŃ

Wspaniała pogoda od wczoraj – moja ulubiona. W ogóle przepadam za zimą (jak wszyscy wiedzą), a jeszcze odwilż z gołoledzią to po prostu wisienka na samym środku tortu. Nie lubię tortu – wisienka na środku porcji frytek. 

(Pani z Kanady robiła ciasto z wiśniami maraschino, podobno najlepsze na świecie; na moje oko wyglądało trochę jak keks, a ja nie przepadam za keksem, ale nie lubię go z powodu bakalii, a tu zamiast bakalii są wiśnie) (wszystko jedno – ŻADNEGO CIASTA NIE BĘDZIE, bo jestem gruba!).

(A poza ciastem zrobiła jeszcze przekąski – do rozpuszczonej czekolady wsypała słone paluszki, precelki i chipsy ziemniaczane. Solone. Wymieszała i rozłożyła do papilotek babeczkowych. No nie mówiłam, że wariatka? Ale fajna).

Nawet Mangusta się wczoraj ślizgała, więc chodziła powolutku i ostrożnie. Dziś też. A ona ma napęd 4 na 4, to co ja mam powiedzieć? Zwłaszcza w nocy albo rano, bez szkieł kontaktowych?

Dużo znajomych dostało już do skrzynki pocztowej książeczkę o tym, co robić, jak przyjdzie koniec świata. A ja nie! Widocznie od razu spisali mnie na straty, jako osobę w społeczeństwie do niczego nie nadającą się.  Ewentualnie zostałam wylosowana, że w razie czego ze mnie będzie gulasz (w gardle wam stanę!).

Dlaczego nie jestem niedźwiedziem? Nosiłabym naturalne futro w modnym kolorze, ludzie by się mnie bali, nie musiałabym się martwić obwodem w biodrach ani odchudzać i przesypiałabym ten CAŁY SYF.

Ptaszki nie chcą jeść kulek. Wszyscy wrzucają zdjęcia kulek OBLEPIONYCH ptaszkami; szwagier ma raniuszki! A u mnie – zero zainteresowania. Karmnik ten sam, jak co roku – co robię źle, drogie Bravo?

Na Netflixie rzucili następny sezon Samców Alfa i „Tajemnicę siedmiu zegarów” z Helenką w obsadzie – przynajmniej tyle dobrego. 

O PUDEŁKACH I REZOLUCJI

Człowiek (ja) to czasem ma śmiałe plany i wyobrażenia i na przykład postanowiłam mieć porządek w lodówce. W tym celu zaopatrzyliśmy się w praktyczne i ładne pojemniki do przechowywania, szklane i plastikowe, z pokrywkami na klik albo zakręcanymi, wieczko z suwakiem, żeby był dostęp powietrza. I w ogóle.

W efekcie mamy:

– bałagan w lodówce mniej więcej podobny, tylko dodatkowo musimy upchać jedno – dwa pudełka z czymś w środku, oraz

– dodatkowy bałagan w szafce, gdzie są wszystkie pojemniki, bo jak zaczęliśmy je kupować, to się zrobiła niezła kolekcja.

Plus dodatkowe atrakcje, kiedy szuka się pokrywki do konkretnego pudełka, pokrywek w tym rozmiarze jest niby pięć, ale ŻADNA nie pasuje. Albo jak szukam szklanego pojemnika na masło, on jest zakleszczony w plastikowym pojemniku i próba rozdzielenia ich to jak rozszczepienie atomu (tylko Nobla za to nie przyznają). Albo owszem, wkładamy do pudełek różne rzeczy, po czym zapominamy i wyjmujemy po dwóch tygodniach (a tam nowy szczep penicyliny). 

Porządek jest przereklamowany.

Chaos jest o wiele bardziej praktyczny.

Ale za to wymyśliłam postanowienie noworoczne, z gatunku REALISTYCZNYCH, nie żadne schudnąć, chodzić na siłownię i basen, no nie – szanujmy się. Otóż uwaga: Zamierzam odchudzić swoją torbę, która o mało nie wyrwała mi ramienia ze stawu na ostatnim wyjeździe. NIE WIEM, co ja w niej mam takiego – ale moja codzienna torba do pracy waży tyle, co worek cementu. A nawet nie mam w niej kombinerek czy młotka! A zdarzało się (pożyczałam koleżance, a później zapomniałam wyjąć). Wyłożę stół grubą folią i w gumowych rękawicach wywalę z niej wszystko i zinwentaryzuję. I zobaczę, czy NAPRAWDĘ muszę to ze sobą włóczyć – chyba jednak niekoniecznie, skoro nawet nie wiem, co tam mam, bo nie zaglądam. 

O. Takie mam postanowienie. I czas do końca grudnia, hehe.

Muszę przetestować KSeF, chociaż coraz więcej czytam i słyszę opinii, że to jebnie. 

Ale, jak to mówią – lost causes are the only ones worth fighting for – i nie wymyślił tego Churchill, tylko jakiś poeta. Tylko czy aby na pewno miał na myśli KSeF? Tego oczywiście się nie dowiemy.

O KANADYJSKICH SŁODYCZACH

Różne rzeczy się wydarzały na imprezach, ale wyciąganie ogórków z butelki przez szyjkę było pierwszy raz.

Zawsze proszę N., żeby – jak się towarzystwo rozkręci – nie wywlekał różnych dziwnych rzeczy, on mi obiecuje, że absolutnie nie, a później i tak wywleka. No i wczoraj w samym środku dobrej zabawy (czytaj – wszyscy półleżeli na krzesłach wzdęci z przejedzenia i nie mieli siły nawet na plotki) przywlókł z garażu WIELKĄ plastikową butlę, pełną kiszonych ogórków – dostał od sąsiada za nasionka pomidorów z Hiszpanii. Tak się w naszych stronach kisi większe ilości ogórków – w plastikowych butlach, a kiedy nadejdzie ich pora, to się obcina górę butelki i wyjada ze środka. Ale nie, nie – to by było ZA PROSTE, więc ogórki były wyciągane z butelki przez szyjkę, przy pomocy zgiętego druta i zdolności manualnych. Super zabawa, polecam – o wiele fajniejsza gra towarzyska, niż np. mierzenie ciśnienia.

Oglądam teraz na fejsie panią z Kanady, która robi dekadenckie kanadyjskie ciastka i ciasta. Zachęcił mnie filmik, na którym robiła tradycyjne świąteczne ciasteczka, bez których nie ma świąt w Nowej Funlandii, a nazywały się przecudnie „Moose Farts”. Najczęściej jest to duża blacha czegoś trzywarstwowego, które później ona kroi w kwadraty – czasem pieczone, czasem nie. Używa potwornych ilości wiórków kokosowych, cukru pudru i lubi niektóre składniki odmierzać sercem („measure with your heart”), szczególnie czekoladowe chipsy czy esencję waniliową. No i dobra, ja nie jem ciast, zwłaszcza takich kilkuwarstwowych, nie lubię kokosa ani czekolady, ale pooglądać można – ona jest bardzo fajna. Ale jeden przepis jest zadziwiający – a w dodatku bardzo słynny, bo to są „Nanaimo bars”, podobno najpopularniejsze kwadraty w całej Kanadzie. Bez pieczenia, ale spód jest z surowym jajkiem (niby wymieszanie z rozpuszczonym masłem ma je unieszkodliwić w zakresie rozwoju bakterii, ale no ja nie wiem), natomiast środkowa warstwa jest jeszcze dziwniejsza. Masło ubite z ogromną ilością cukru i budyniem waniliowym w proszku – takim surowym, z torebki. Czy ja się mylę, czy w budyniu jest mąka typu skrobia? Pewnie się człowiek tym nie otruje, ale wydaje mi się, że to dość dziwne zestawienie. A cała Kanada się tym podobno obżera. 

To ja jednak pozostanę przy syropie klonowym, jeśli mam wybierać spośród kanadyjskich słodyczy. Najlepiej z jogurtem greckim (pysznie i kosmopolitycznie).

No nie, chwilowo na jakiekolwiek słodycze SZLABAN – czuję się jak ludzik Michelina (Bibendum, nie ten nowy atletyczny); niby się nie obżerałam jakoś bardzo, ale czuję, że przytyłam WSZĘDZIE, nie mam jak wyjść z Mangustą na spacer (zapada się w śniegu po same oczy) i mam już dosyć tej zimy (chociaż zaczęła się jakiś tydzień temu). 

A w ogóle najchętniej nie jadłabym ze dwa tygodnie, ale N. się domaga. FACECI.