Mignął mi na fejsie taki mem – a jednak Unia Europejska zwyciężyła ocieplenie klimatu, przytwierdzając nakrętki do butelek! Osiemnastego maja było osiem stopni. Zapamiętałam, bo się rymuje (no, prawie). Jedna jedyna dobra rzecz, która z tego wynika, to są kwitnące drzewa – mamy trzecią dekadę maja, a kasztany ciągle mają kwiaty (świeczniki, jak się u mnie w domu mówiło). I głogi kwitną. I konwalie ciągle jeszcze też. Ale poza tym – wszystko mnie wkurwia, a pranie nie schnie. Cały maj to jedna długa zimna Zośka. Teraz zasadziliśmy koleusy i martwię się o nie, bo noce zimne, a koleusy są bardzo wrażliwe na zimno (ja też, ale kto by się mną przejmował, doprawdy).
Dostaliśmy w prezencie czeski ser na grilla i co otworzę lodówkę, to w całym domu śmierdzi trupem. To znaczy – tak ten zapach nazwałam, nie, że wąchałam kiedyś trupy. Ale tak się kojarzy – piwnicznie – butwiejąco – słodkawo. Raczej nie zachęca mnie to do zjedzenia go i może właśnie na tym polega strategia obronna tego sera.
A propos jedzenia – mam nową obsesję na facebooku, studenta w Finlandii, który mieszka w akademiku i codziennie wrzuca sprawozdanie ze śniadania, obiadu i kolacji. Nie wiem o co chodzi, ale nie mogę się oderwać (może mam jakiś nieuświadomiony fetysz stołówkowego jedzenia). Po pierwsze – kisiel po fińsku to kissel i często bywa w menu. Po drugie – gość zajada się na śniadania burą, dość rzadką substancją, którą nazywa owsianką. Ale to jeszcze nic – koleś do wszystkiego, do każdego posiłku, rano, w południe i wieczorem PIJE SZKLANKĘ MLEKA. Jak można popijać nuggetsy z kurczaka albo lasagne MLEKIEM? Albo frytki? Jak? PYTAM SIĘ, JAK? Poza tym, zawsze na obiad i kolację nakłada sobie surowe warzywa – sałatę, paprykę, często ogórki w plastrach, świeże albo konserwowe – no, ogórki z mlekiem to jest temat popularnej bajki o siedmiu krasnoludkach*. Fascynuje mnie to i jednocześnie odrzuca – w odróżnieniu od reality shows, które wyłącznie odrzucają.
(Mają na tej fińskiej stołówce maszynę do wydawania porcji masła na podstawiony chlebek. No – to mi się podoba, bo nie cierpię malutkich plastikowych pudełeczek z masłem prawie tak samo, jak sera pakowanego każdy plasterek osobno. W plastik).
Czytam „Przyjaciela” Sigrid Nunez. W dużym skrócie – pisarka zaopiekowała się psem przyjaciela, kiedy tamten zmarł, bo nikt inny nie chciał go przygarnąć, włącznie z byłymi i obecną żoną. Właściwie pies przyjaciela to tylko pretekst do rozmyślań na różne tematy – o żałobie, o miłości, o tym, czy rozumiemy psy, a one nas. O tym, dlaczego (i co) ludzie piszą. Bardzo w moich klimatach książka – nie tylko dlatego, że o psach – i szkoda, że taka cienka.
Miło byłoby posiedzieć na tarasie z Mangustą – NARESZCIE nie dygocąc z zimna – ale z domów wylegli także posiadacze motocykli i koniecznie muszą wszystkim uprzyjemnić niedzielę, głośno rycząc i dodając gazu. Motocyklistom bez tłumików na drogach publicznych dziurawiłabym bębenki uszne patyczkami do szaszłyków, bo muszą to bardzo lubić, skoro tylu ludziom fundują molestowanie uszne.
* O krasnoludkach idzie tak: Jest siedmiu krasnoludków, siedem szklanek mleka i sześć ogórków. Czego nie dostał jeden krasnoludek?
(To chyba jasne, że sraczki).