No ładny był weekend, ciepło i słoneczko, ale u nas cały pod znakiem klątwy wody.
U Zebry nie było wody wcale (trzy dni, pękła miejska rura – w weekend, toteż spokojnie przełożyli naprawę na poniedziałek), a u nas z kolei nadmiar pod zlewem. Niby Wszechświat dąży do równowagi (energetycznej), ale jednak nie zawsze.
Zebry rodzina odwiedzała nas, żeby się wykąpać i napełnić kanistry, a N. diagnozował i próbował kupić przeciekające części. Na pierwszy rzut padło na syfon i kolanka, zrobił zdjęcie i udał się do sklepu hydraulicznego. Tam oprócz nieśmiertelnego „O panie, kto to panu tak spierdolił” (szczerze? Nie pamiętamy – to było dwadzieścia lat temu z górką!) usłyszał, że takich to już nie produkują i trzeba całe nowe. Kupił nowe i przykręcił, żeby się przekonać, że to jednak zawór kulowy w kranie, więc do poniedziałku u nas też dupa zbita i miska pod zlewem.
A na sam koniec weekendu rozwaliłam N. nowiutkie okulary poprzez usiądnięcie na nich dupą. No bo kto kładzie okulary na stoliku przy kanapie, akurat w miejscu, gdzie można sobie przysiąść!… Nie udusił mnie, a spokojnie mógłby – podobno podnieśli zasiłek pogrzebowy. W dodatku u zaprzyjaźnionego optyka naprawili mu z dnia na dzień i gratis (muszą go tam bardzo lubić, serio – jedna żyłka przytrzymująca szkło się urwała i zawias był rozgięty na zewnątrz).
Ale za to nareszcie zegarek mu ożył! Jakiś czas temu N. kupił sobie zegarek żywiący się światłem – no i wszystko ładnie, pięknie – aż przyszła polska zima i zegarek zdechł. N. go wykładał na tarasie na całe dnie, żeby wyłapał chociaż okruszki słońca z tej nędznej szarzyzny, ale nic z tego. Dopiero zabrany do Alicante ożył i zaczął chodzić, biedaczysko. Zima w Polsce nie jest dla człowieka, zawsze to powtarzam – a teraz okazuje się, że nawet zegarki nie dają rady jej przeżyć.
Oczywiście nie mam złudzeń i wiem, że jeszcze przywali zimnem i szarugą, ale na razie się cieszę. A jak kret w naszym gródku się cieszy! Wyrąbał taki Dubaj – z dziesięć kopców sięgających mi prawie do kolan – że jak N. to zobaczył, to zaniemówił i przez chwilę się bałam, że ma wylew albo coś. Na szczęście ma dużo pracy i może do weekendu (na weekend jest planowana zemsta na krecie) trochę mu przejdzie, bo jak nie, to będziemy mieli drugą operację „Epicka furia” (zawsze mnie ciekawi, kto wymyśla te nazwy, czy jest jakaś burza mózgów? I jak brzmiały te, które się nie zakwalifikowały do finału, stawiam na np. „Ten Idiota Znowu Musi Coś Rozpierdolić”).
No i tak. Oglądam “Platonic” – Rose Byrne na początku wydawała mi się drętwa, ale im dalej w las, tym częściej śmieję się na głos.