O KLĄTWIE WODY

No ładny był weekend, ciepło i słoneczko, ale u nas cały pod znakiem klątwy wody.

U Zebry nie było wody wcale (trzy dni, pękła miejska rura – w weekend, toteż spokojnie przełożyli naprawę na poniedziałek), a u nas z kolei nadmiar pod zlewem. Niby Wszechświat dąży do równowagi (energetycznej), ale jednak nie zawsze.

Zebry rodzina odwiedzała nas, żeby się wykąpać i napełnić kanistry, a N. diagnozował i próbował kupić przeciekające części. Na pierwszy rzut padło na syfon i kolanka, zrobił zdjęcie i udał się do sklepu hydraulicznego. Tam oprócz nieśmiertelnego „O panie, kto to panu tak spierdolił” (szczerze? Nie pamiętamy – to było dwadzieścia lat temu z górką!) usłyszał, że takich to już nie produkują i trzeba całe nowe. Kupił nowe i przykręcił, żeby się przekonać, że to jednak zawór kulowy w kranie, więc do poniedziałku u nas też dupa zbita i miska pod zlewem. 

A na sam koniec weekendu rozwaliłam N. nowiutkie okulary poprzez usiądnięcie na nich dupą. No bo kto kładzie okulary na stoliku przy kanapie, akurat w miejscu, gdzie można sobie przysiąść!… Nie udusił mnie, a spokojnie mógłby – podobno podnieśli zasiłek pogrzebowy. W dodatku u zaprzyjaźnionego optyka naprawili mu z dnia na dzień i gratis (muszą go tam bardzo lubić, serio – jedna żyłka przytrzymująca szkło się urwała i zawias był rozgięty na zewnątrz). 

Ale za to nareszcie zegarek mu ożył! Jakiś czas temu N. kupił sobie zegarek żywiący się światłem – no i wszystko ładnie, pięknie – aż przyszła polska zima i zegarek zdechł. N. go wykładał na tarasie na całe dnie, żeby wyłapał chociaż okruszki słońca z tej nędznej szarzyzny, ale nic z tego. Dopiero zabrany do Alicante ożył i zaczął chodzić, biedaczysko. Zima w Polsce nie jest dla człowieka, zawsze to powtarzam – a teraz okazuje się, że nawet zegarki nie dają rady jej przeżyć. 

Oczywiście nie mam złudzeń i wiem, że jeszcze przywali zimnem i szarugą, ale na razie się cieszę. A jak kret w naszym gródku się cieszy! Wyrąbał taki Dubaj – z dziesięć kopców sięgających mi prawie do kolan – że jak N. to zobaczył, to zaniemówił i przez chwilę się bałam, że ma wylew albo coś. Na szczęście ma dużo pracy i może do weekendu (na weekend jest planowana zemsta na krecie) trochę mu przejdzie, bo jak nie, to będziemy mieli drugą operację „Epicka furia” (zawsze mnie ciekawi, kto wymyśla te nazwy, czy jest jakaś burza mózgów? I jak brzmiały te, które się nie zakwalifikowały do finału, stawiam na np. „Ten Idiota Znowu Musi Coś Rozpierdolić”).

No i tak. Oglądam “Platonic” – Rose Byrne na początku wydawała mi się drętwa, ale im dalej w las, tym częściej śmieję się na głos.

O WYCIECZCE W STRONĘ SŁOŃCA

W dniu, kiedy już przestaliśmy wierzyć w koniec zimy i właściwie w COKOLWIEK, N. dorwał tanie bilety do Alicante na trzy dni. I przez trzy dni chodziłam w słońcu, ubrana w normalny zestaw odzieży, a nie we WSZYSTKO plus puchowa kurtka. I byli ludzie na plaży (niektórzy nawet się kąpali, ale to chyba morsy albo jednak zboczeńcy). Kwitły kwiaty, rosły palmy, a ja poczułam się nareszcie jak człowiek wyprostowany i mogłam się napić schłodzonego różowego wina przy stoliku na ulicy. N. mierzył buty, a ja ładowałam baterie (no dobra – chciałam kupić super biustonosz w Tezenisie, ale nie było mojego rozmiaru).

Ale cały wyjazd zdominowało wydarzenie z dnia wylotu.

Wiadomo – tanie loty równa się nieludzka godzina, ale to naprawdę nie ma znaczenia i o 5.30 drzemałam w samolotowym fotelu, czekając na start. Cały samolot już gotowy, ale jeszcze czekamy. No i w końcu – wpada na pokład osoba męska, młoda, i informuje wszystkich:

– YOGI NIE LECI! 

Aż ocknęłam się z drzemki, a młodzieniec z plecakiem nadal informuje cały samolot:

– Yogi nie leci, bo ma bagaż za duży! Przy bramce mu zmierzyli i się nie zmieścił. Nie może dopłacić, bo wszystko już zamknięte i zakończone. I Yogi zostaje i nie leci!!!

Zakończył przemówienie i usiadł. Jeszcze przez chwilę docierały do nas jakieś urywki konwersacji „Ale jak to za duży, przecież nas puścili”; „Ale tam nie mierzyli”;  „Ale że co, że nie można dopłacić”, ale drzwi się zamknęły i samolot ruszył w drogę. A Yogi został.

I przez cały wyjazd wspominaliśmy Yogiego. Chodzimy po mercado i oglądamy piękne karczochy (sezon jest) i truskawki, po czym stwierdzamy „A Yogi sobie nie poogląda karczochów”. Spacerujemy nad morzem i jest pięknie i ciepło – „A Yogi nie zobaczył morza”. Pożeramy pyszne pomidory na obiad (słodkie!) – „A Yogi nie spróbuje takiego dobrego pomidora”. I tak przez cały czas. Nawet jak mnie N. pędził pod górę, żeby zwiedzić dzielnicę uroczych uliczek pod zamkiem Santa Barbara (o mało nie dostałam zawału, ledwo wlazłam pod górę) – to pomyślałam „A Yogi się nie musi wdrapywać!”.

Więc być może Yogi został w kraju ciałem, ale towarzyszył nam duchem. Przez cały czas. Pozdrawiam Yogiego.

Wróciliśmy, a tu słońce! Znaczy – przywiozłam pogodę. Mam nadzieję, że wszyscy są mi wdzięczni?…

Natomiast w domu cieknie pod zlewem. A szwagier powiedział, że on już nie ma siły i miał ochotę Mangustę zakneblować. Po prostu – dziewczyna ma swój głos i nie waha się go używać. Nawet pół sekundy się nie waha. No, ale pańcia już wróciła i może używać głosu w domu – tu nikomu nie przeszkadza.

A, i jeszcze N. powiedział mi piękny komplement – że uśmiecham się do zdjęcia jak byk przed atakiem. No – co ja mogę na to powiedzieć; nie lubię i nie umiem pozować do zdjęć, nigdy nie umiałam. Więc pewnie ma rację.

O WOŁOWINIE I UFO

Mangusta była na imprezie – dostała od pani domu górę posiekanej wołowinki, sparzonej we wrzątku. I w ogóle nie było zawahania, namysłu ani chodzenia tyłem – rzuciła się na miskę jak politycy na dobrze płatne stanowiska.

A ja już ciągnę resztkami. Na przykład, zrobiłam sobie herbatę i nawet byłam zadowolona, że woda tak szybko się zagotowała. Poszłam ją sobie postawić przy komputerze – a tam już herbata stoi. Zrobiona pięć minut wcześniej. I zapomniana.

Oraz udało mi się wieczorem zgubić szkło kontaktowe przy zdejmowaniu – ześlizgnęło mi się z palca i zniknęło. Obmacałam całą umywalkę i podłogę w promieniu dwóch metrów, szybę oddzielającą prysznic – nie ma śladu. Zatem rozsądnie uznałam, że przeniknęła do wszechświata równoległego (skończyłam „Peanatemę”, tak przy okazji) i poszłam spać. Następnego dnia założyłam nowe szkła, ale nieobecność soczewki mnie dręczyła, bo ja mam lekkie OCD, więc wzięłam latarkę i udałam się jej szukać. I co? ZNALAZŁAM – przylepioną do ściany pod lustrem! Nie wiem, JAKIM cudem (chyba powinna spaść w dół, nie w bok?) i trochę jednak żałowałam, że nie zjawiła się znikąd w łazience mojej odpowiedniczki we wszechświecie równoległym, to by była niezła draka. 

N. przyniósł do domu sałatę w doniczce z marketu – z ziemiórkami w komplecie. Tyle razy go prosiłam, żeby nie kupował sałaty w doniczce, bo mam opory przed jedzeniem, a teraz na dodatek całe okno kuchenne pokryła dekoracja mikromuszek. Wspaniale. Tylko tego mi brakowało na pocieszenie, naprawdę.

Jak gdzieś przeczytam, że któryś meteorolog zapowiada powrót mrozów, to napiszę do niego długi i wyczerpujący list z wnioskiem końcowym, który brzmi: TURLAJ DROPSA. Ja już NIE MOGĘ tego gówna poniżej zera – normalnie mnie wywróci na lewą stronę, jak te krowy napastowane przez UFO.

A właśnie, podobno prezydent Wszechświata Donald Trump ma ujawnić super tajny raport o UFO – czekam niecierpliwie.

O JEDZENIU W DALSZYM CIĄGU

No dobrze, to żeby uzupełnić nasze dietetyczne fiksum dyrdum, to wprowadzę jeszcze jeden element do układanki: na misce nie może być nałożone zbyt dużo. Trzeba Manguście serwować posiłki małymi porcyjkami. I wtedy zje trzy małe porcje, ale jednej dużej by nie tknęła.

Ale akurat tu ją rozumiem, bo mam tak samo – jak mam za dużą porcję na talerzu, której na pewno nie dam rady zjeść, to dostaję blokady i nie jestem w stanie nawet zacząć. Pewnie ma to swoje źródło w przedszkolu, gdzie zmuszali mnie do jedzenia i byłam sadzana przy stoliku tyłem do sali DOPÓKI NIE ZJEM do końca (spoiler: i tak nie zjadałam). W każdym razie do dziś tak mam i N. o tym świetnie wie, bo to on musi wziąć na siebie w sytuacjach podbramkowych, kiedy wpadam w panikę przy stole, połowę mojej porcji. I dlatego uwielbiam hiszpańskie knajpy, w których można wziąć wszystko para compartir na środek stołu i sobie nakładać po troszeczku. 

Może to ma swoją nazwę, lęk przed dużą porcją jedzenia. W każdym razie obie z Mangustą to mamy – TO ZNAK, że było nam pisane bycie razem! 

A poza tym, to co? Bryndza owcza. ZNOWU MRÓZ, nie bardzo jest jak iść na przyzwoity spacer, więc energiczny jamniczek dodaje korby w pomieszczeniach albo na ogródku i muszę pół godziny rzucać szyszkę albo piszczącego kurczaczka. Od piszczałki w kurczaczku dostaję nerwowych tików i w ogóle nie pomaga mi podwójna porcja magnezu, który to podobno ma wspomagać system nerwowy. Ni cholery nie wspomaga. W lutym człowiek powinien mieć możliwość zakupu bez recepty jakichś PORZĄDNYCH i DZIAŁAJĄCYCH leków na nerwy i samopoczucie, bo chwilami mam ochotę udusić nawet ptaszki w karmniku. A jak spojrzę na prognozę temperatury na najbliższe trzy dni – to spalić całą wieś i gospodarstwa ościenne. 

N. po raz kolejny dokonał czegoś niemożliwego (on tak ma) – a mianowicie, kupił w środku zimy pomidory, które MAJĄ SMAK. I zapach – pachną pomidorem przy ogonku. Wzruszyłam się, bo zjeść zimą smacznego pomidora to nie jest łatwa sprawa i wysłałam N. do warzywniaka z komplementami i podziękowaniem. Na co pan sprzedawca z całą powagą:

– Bo to są, proszę pana, pomidory na wodzie jurajskiej.

Dobrze, że nie na Evian albo Kropli Beskidu kupionej na lotnisku w najmniejszych buteleczkach. 

No i tak.

Jeśli ktoś ma pomysł, jak po całym cholernym mroźnym styczniu przeżyć cholerny mroźny luty – chętnie wysłucham.

„Peanatemy” zostało mi sto kilka ostatnich stron i to jest przygnębiające, bo nie wiem, zupełnie nie wiem, co czytać po TAKIEJ książce, kiedy się skończy. 

O PSIEJ DIECIE

Poziom naładowania mojej baterii energią życiową wynosi aktualnie zero (0). 

Niby ma się ocieplić na kilka dni, ale później znowu wracają mrozy. Proszę, zabijmy kogoś rytualnie, bo to się NIGDY NIE SKOŃCZY. Dostaję nerwowych tików na widok rachunku za gaz w skrzynce. Oraz – nigdy nie myślałam, że to powiem – mróz nie jest najgorszy, bo można się opatulić, najgorsza jest ślizgawica; nawet chwilowe odgarnięcie czy posypanie niczego nie załatwia, bo co chwilę pada jakieś marznące gówno albo się rozpuszcza i zamarza w nocy i cały czas jest LODOWISKO, od pierwszego stycznia!

Dla odmiany w Hiszpanii strasznie leje, jak dzwoni nasz przyjaciel z Galicji, to za każdym razem ma jakąś mrożącą w żyłach opowieść („A pamiętacie takie miasteczko koło Malagi? No to musieli wszystkich mieszkańców ewakuować, bo woda domy podmyła”). I że zamiast z psem to wychodzą na spacer z ośmiornicą. 

Tymczasem w domu mam inną zabawę pod tytułem Tadeusz Niejadeusz (brzmi wytworniej, niż Tadek Niejadek). Mangusta jest bardzo specyficzna, jeśli chodzi o jedzenie. Po pierwsze – musi jeść trzy razy dziennie, małe porcje, inaczej rzyga kwasem na żółto. No dobrze, są takie egzemplarze. Na śniadanie ma śniadaniowe chrupki, ale z obiadem i kolacją muszę kombinować, bo ta zmora NIE BĘDZIE JADŁA dwa dni pod rząd tego samego. 

I to jest masakra, kupujemy najmniejsze (czyli najdroższe) puszki i saszetki, żeby się nie marnowało, bo dziś wciąga i się oblizuje, a jutro na widok miski będzie szła tyłem (serio, włącza wsteczny i chowa się pod stół i święty Boże nie pomoże – nie ma „zostaw, będzie głodna to zje”. Nie zje. Będzie głodna, to się zrzyga kwasem – ale nie zje).

W dodatku nie jest pewne, że jeśli raz zjadła jakąś puszkę i jej smakowało, to będzie chciała ją zjeść ponownie. Wiemy już, że królika nie, jagnięcinę czasem, kawałki mięska w sosie NIGDY – ma być konsystencja paszteciku albo musu. I ja tu wróżę świetną przyszłość mojej fryzjerce, albowiem niedługo już osiwieję CAŁKIEM, bo mam zabawę z wymyślaniem menu lepszą niż w jadalni pierwszej klasy na Titanicu. 

NO CHYBA, że z ludzkiego talerza od pańcia! Wtedy zeżre wszystko – włącznie z chrzanem, cytryną i kiszonym ogórkiem.

Czasem myślę, że to tak zwana kara boska za cyrk z jedzeniem, który urządzałam mojej matce, jak byłam dzieckiem. Jednak karma wraca – w tym wypadku psia karma. 

No i tak. Na zewnątrz mróz, w robocie KSeF, a w domu pokarmowo wybiórcza Mangusta.

„Peanatema” się rozkręciła i już niedługo ją skończę, na zakładkę podczytuję biografię Poświatowskiej. Trzeba poświęcać czas na czytanie głębokie, bo inaczej mózg nam głupieje i mamy epidemię popcornowych mózgów. Co widać i słychać coraz wyraźniej.

O MROZIE I KUMKWATACH

Mrozy takie, że Mangusta wybiega na sikupę i sprintem wraca do domu. Nie ma patrzenia w gwiazdy, wąchania wiatru, wsadzania nosa w kocie ślady na śniegu. Jest walka o życie!

A propos walka o życie – nadal nie otrzymałam (na adres domowy) słynnego poradnika bezpieczeństwa. Czyli już zupełnie oficjalnie – państwo ma mnie w dupie. No chyba, że się o jeden dzień spóźnię z przelewem VAT, wtedy nagle sobie przypomina, ale żeby mnie ratować, to już nie. Dlaczego ja się jeszcze nie wyprowadziłam?…

Wkurw na schroniskowe patologie udało mi się przerobić na energię kinetyczną, którą z kolei spożytkowałam na zrobienie ogromnej ilości kopytek ruskich. Nie wiem, jaka jest oficjalna nazwa – chodzi o kopytka, które mają w składzie twaróg i ziemniaki, jak nadzienie na pierogi ruskie (no i cebulkę, nie zapominajmy o cebulce!). Wyszły przecudownie pyszne i zjadłam ich pół tony, nie mogłam się ruszać całe popołudnie. A nawet jakbym mogła się ruszać, to co? Dokąd bym poszła? Nie ze mną takie numery, w taki mróz nigdzie się nie wybieram.

N. natomiast odkrył kumkwaty dzięki mojej koleżance, która przywiozła je w prezencie z Hiszpanii, zbierane prosto z drzewa. Zakochał się w kumkwatach i poluje na kumkwaty w okolicznych marketach. Ja nie przepadam za cytrusami, ale musze przyznać, że mają niezły smak do herbaty. A herbaty w te mrozy piję całe hektolitry i zastanawiam się, co pierwsze mi wysiądzie – pęcherz czy nerki. No zobaczymy. Cokolwiek wysiądzie, i tak się nie załapię na leczenie (bo państwo ma mnie w dupie, jak już zostało dowiedzione powyżej).

Czytam „Peanatemę”, która czekała na półce do przeczytania, czekała, aż się doczekała i wieczorami zgniata mi mostek (860 stron, twarda oprawa).

Wróżba z chińskiego ciasteczka na dziś: „Szerokość rzeki nie jest jej głębokością”. Aha. Czyli w związku z tym co właściwie mam zrobić?…

O NIEMOCY

Od soboty nie mogę dojść do siebie przez schronisko w Sobolewie. Głowa mnie boli, a w zasadzie cały człowiek, a najgorsza jest bezsilność.

Biedna Mangusta nie wiedziała o co chodzi, bo ciągle ją podnosiłam i przytulałam – patrzyła się na mnie z takim „No dobra, pańcia, ale może weź leki” w oczach. 

Jedyna korzyść z tego jest taka, że nie zeżarłam całego pudełka faworków z malutkiej cukierni, a są rewelacyjne – cienkie jak bibułka i bardzo kruche. Ale nie mam ochoty na słodycze przez to wszystko (i dobrze). 

I idą następne mrozy, już naprawdę kurwy mi się kończą. 

O WYPASANIU PTASZKÓW I MROZIE

Dobra, jedzą. Podejrzewam, że mogły się wystraszyć kulek, które N. położył w karmniku pośrodku i może ptaszki się bały, ze tam coś siedzi. Kulki zostały rozkruszone i zaczęła się jazda – zeżarły kulki ze sklepu zoologicznego, słonecznika oraz płatki owsiane, bo znalazłam przeterminowane. Mangusta kibicuje i próbuje zżerać kawałki kulek, które spadną albo zostaną zrzucone, czyli muszą być smaczne. Mewy żadnej nie widziałam, za to sroki owszem – przeganiam je, bo z kolei one przeganiają wszystkie inne ptaki, takie ładne, a takie bandytki. 

Dobra wiadomość: jak im dosypuję słonecznika, to świergolą po krzakach jak szalone. Zła wiadomość: w prognozie pogody – mrozy jeszcze co najmniej przez tydzień, minus dziesięć w nocy i naprawdę mam tego DOSYĆ, a na dodatek lodowisko wszędzie. Najlepsza jest Mangusta, która ma odgarnięte ścieżki, a pomiędzy nimi – połacie śniegu. No i ona porusza się głównie ścieżkami, ale od czasu do czasu gramoli się na ten nieodgarnięty śnieg (ostrożnie, żeby jej się łapki nie zapadały), na sam środek, i robi tam kupę. Tak, dziewczyno! DOKŁADNIE to samo uważam na temat śniegu. I mrozu. 

Wiadomości z torby: znalazłam i usunęłam zeszyt B5 w twardej oprawie oraz książeczkę „Haft kaszubski”, zakupioną w muzeum w Tucholi. Z tym, że książeczka jest cieniutka i lekka, a zawiera bardzo ważne informacje na temat kolorystyki haftu kaszubskiego w poszczególnych szkołach. Na przykład szkoła borowiacka to brązowy, żółty, oliwkowy i pomarańczowy. Czy w razie czego będę umiała odróżnić szkołę wdzydzką od wejherowskiej? Naprawdę nie wiem, może jednak lepiej ją nosić na wszelki wypadek.

Dostałam poradnik bezpieczeństwa, ale do skrzynki biurowej! W domowej – nadal nic. Czyli – dopóki płacę podatki, to warto mnie ratować, a jak przestanę – na kompost. Albo na gulasz. 

Mam taką petycję – złóżmy kogoś w ofierze na okoliczność ocieplenia, bardzo proszę! Albo nawet kilka osób – zgłaszam się na ochotnika do sporządzenia listy, proszę tylko dać mi znać, gdzie mam ją przesłać. Na początek – wszystkich tych parszywych gnoi, którzy okradają schroniska dla psów. 

A wczoraj odpaliłam „Rozdzielenie”. Obejrzałam ciurkiem cztery odcinki – o matko, jak dawno nie oglądałam tak świetnego serialu (co to jest właściwie – soc fiction? sf?). Najchętniej bym już dziś od rana się przyspawała do telewizora, ale okoliczności stoją w poprzek. 

O TYM, ŻE STYCZEŃ SRYCZEŃ

Wspaniała pogoda od wczoraj – moja ulubiona. W ogóle przepadam za zimą (jak wszyscy wiedzą), a jeszcze odwilż z gołoledzią to po prostu wisienka na samym środku tortu. Nie lubię tortu – wisienka na środku porcji frytek. 

(Pani z Kanady robiła ciasto z wiśniami maraschino, podobno najlepsze na świecie; na moje oko wyglądało trochę jak keks, a ja nie przepadam za keksem, ale nie lubię go z powodu bakalii, a tu zamiast bakalii są wiśnie) (wszystko jedno – ŻADNEGO CIASTA NIE BĘDZIE, bo jestem gruba!).

(A poza ciastem zrobiła jeszcze przekąski – do rozpuszczonej czekolady wsypała słone paluszki, precelki i chipsy ziemniaczane. Solone. Wymieszała i rozłożyła do papilotek babeczkowych. No nie mówiłam, że wariatka? Ale fajna).

Nawet Mangusta się wczoraj ślizgała, więc chodziła powolutku i ostrożnie. Dziś też. A ona ma napęd 4 na 4, to co ja mam powiedzieć? Zwłaszcza w nocy albo rano, bez szkieł kontaktowych?

Dużo znajomych dostało już do skrzynki pocztowej książeczkę o tym, co robić, jak przyjdzie koniec świata. A ja nie! Widocznie od razu spisali mnie na straty, jako osobę w społeczeństwie do niczego nie nadającą się.  Ewentualnie zostałam wylosowana, że w razie czego ze mnie będzie gulasz (w gardle wam stanę!).

Dlaczego nie jestem niedźwiedziem? Nosiłabym naturalne futro w modnym kolorze, ludzie by się mnie bali, nie musiałabym się martwić obwodem w biodrach ani odchudzać i przesypiałabym ten CAŁY SYF.

Ptaszki nie chcą jeść kulek. Wszyscy wrzucają zdjęcia kulek OBLEPIONYCH ptaszkami; szwagier ma raniuszki! A u mnie – zero zainteresowania. Karmnik ten sam, jak co roku – co robię źle, drogie Bravo?

Na Netflixie rzucili następny sezon Samców Alfa i „Tajemnicę siedmiu zegarów” z Helenką w obsadzie – przynajmniej tyle dobrego. 

O PUDEŁKACH I REZOLUCJI

Człowiek (ja) to czasem ma śmiałe plany i wyobrażenia i na przykład postanowiłam mieć porządek w lodówce. W tym celu zaopatrzyliśmy się w praktyczne i ładne pojemniki do przechowywania, szklane i plastikowe, z pokrywkami na klik albo zakręcanymi, wieczko z suwakiem, żeby był dostęp powietrza. I w ogóle.

W efekcie mamy:

– bałagan w lodówce mniej więcej podobny, tylko dodatkowo musimy upchać jedno – dwa pudełka z czymś w środku, oraz

– dodatkowy bałagan w szafce, gdzie są wszystkie pojemniki, bo jak zaczęliśmy je kupować, to się zrobiła niezła kolekcja.

Plus dodatkowe atrakcje, kiedy szuka się pokrywki do konkretnego pudełka, pokrywek w tym rozmiarze jest niby pięć, ale ŻADNA nie pasuje. Albo jak szukam szklanego pojemnika na masło, on jest zakleszczony w plastikowym pojemniku i próba rozdzielenia ich to jak rozszczepienie atomu (tylko Nobla za to nie przyznają). Albo owszem, wkładamy do pudełek różne rzeczy, po czym zapominamy i wyjmujemy po dwóch tygodniach (a tam nowy szczep penicyliny). 

Porządek jest przereklamowany.

Chaos jest o wiele bardziej praktyczny.

Ale za to wymyśliłam postanowienie noworoczne, z gatunku REALISTYCZNYCH, nie żadne schudnąć, chodzić na siłownię i basen, no nie – szanujmy się. Otóż uwaga: Zamierzam odchudzić swoją torbę, która o mało nie wyrwała mi ramienia ze stawu na ostatnim wyjeździe. NIE WIEM, co ja w niej mam takiego – ale moja codzienna torba do pracy waży tyle, co worek cementu. A nawet nie mam w niej kombinerek czy młotka! A zdarzało się (pożyczałam koleżance, a później zapomniałam wyjąć). Wyłożę stół grubą folią i w gumowych rękawicach wywalę z niej wszystko i zinwentaryzuję. I zobaczę, czy NAPRAWDĘ muszę to ze sobą włóczyć – chyba jednak niekoniecznie, skoro nawet nie wiem, co tam mam, bo nie zaglądam. 

O. Takie mam postanowienie. I czas do końca grudnia, hehe.

Muszę przetestować KSeF, chociaż coraz więcej czytam i słyszę opinii, że to jebnie. 

Ale, jak to mówią – lost causes are the only ones worth fighting for – i nie wymyślił tego Churchill, tylko jakiś poeta. Tylko czy aby na pewno miał na myśli KSeF? Tego oczywiście się nie dowiemy.