O TYM, CO KOMU DOLEGA

W głębi mojego czarnego serca muszę przyznać, że lubię nasz polski maj. Wszystko kwitnie, pachnie. W dwóch miejscach w ogródku mamy małe szpaczki, a po okolicznych łąkach chodzą bociany. A po łazience chodzi pralka (nie tylko w maju, niestety).

A Szczypawka ma proteus mirabilis. To znaczy – ona cała jest absolutnie mirabilis, ale w tym przypadku chodzi konkretnie o psi pęcherz moczowy i bakterię gram ujemną, urzęsioną. Dobrze, że coś mnie tknęło żeby złapać ten mocz (chodzenie za psem z dużą łyżką do mieszania w garnku i pojemnikiem na mocz – niedoceniana rozrywka) i proszę, wyszedł posiew jak ta lala. Więc na razie nie wisi nad nami widmo karmy z much (nie ukrywam, że trochę mi ulżyło). Nie wiem co prawda, czemu objawami zakażonego pęcherza u niej jest sraczka, no ale jest i handluj z tym.

Pozostając w temacie.

W zeszłym tygodniu przez dwa dni miałam zatkane uszy – takie fest zatkane, jak przy lądowaniu, i słyszałam jakbym miała na głowie wiadro. No ogólnie niefajnie, ale na szczęście przeszło mi po tylenolu. No i już z odetkanymi uszami słucham sobie w sobotę, jak N. rozmawia z naszymi przyjaciółmi z Galicji. Którzy – TAK SIĘ SKŁADA – że od razu po wyjeździe z nami zachorowali na COVID! Obydwoje. Równiutko od razu tego dnia, kiedy wrócili. No i słyszę że mówią, że już im lepiej, chociaż jeszcze nie wrócił im całkiem smak i zapach, a M. miała przez tydzień ZATKANE USZY.

No to mnie pocieszyli, doprawdy. Można mieć covid z jednym jedynym symptomem? Kurde faja.

Wyszła biografia Peggy Guggenheim, trzeba by zamówić. No chyba że ogłuchnę, to wtedy będę miała inne zmartwienia na głowie, niż romanse Peggy z cudzymi mężami. 

O TYM, JAK POTRAFI DZIAŁAĆ MÓZG

Normalnie na bieżąco zapominam jakieś 95% rzeczy, o ile ich natychmiast nie zrobię albo nie zapiszę. Bez zapasu karteczek post it jestem jak zaginiona cywilizacja.

ALE – potrafię się obudzić w środku nocy, ponieważ mój mózg właśnie sobie przypomniał, że jak dwa tygodnie temu przepakowywałam się z jednej torebki do drugiej, to w tej pierwszej zostawiłam DŁUGOPIS w bocznej kieszonce. I środek nocy dwa tygodnie później to jest znakomity moment, żeby mi to uświadomić i żebym poszła wyjąć ten długopis, bo on się tam – nie wiem – czuje samotny? Bo nie, że go potrzebuję – mam trzysta pięćdziesiąt tysięcy długopisów, z czego jakieś osiemdziesiąt cztery w aktualnie używanej torebce.

I tak oto działa mój mózg ostatnio. Chociaż może nie powinnam narzekać, dopóki pamiętam jak się nazywam i żeby rano wstać, umyć zęby i się ubrać.

Na jutro zapowiadają pogodowy armageddon – w końcu już chyba od pięciu dni było ładnie i ciepło, więc WYSTARCZY, bo się ludziom w dupach poprzewraca z dobrobytu. A Szczypawka znowu ma dolegliwości sraczkowo – jelitowe, więc jestem zmartwiona, zła i niewyspana. 

Normalnie bym komuś urżnęła łeb na poprawę humoru. Jak słucham tych podcastów kryminalnych, to mnóstwo, NAPRAWDĘ mnóstwo ludzi znika bez śladu i nigdy się nie udaje odnaleźć ich ciał, więc dlaczego by nie spróbować, hę?

O MAJÓWECZCE

No więc byliśmy przez kilka dni w uroczym domku nad jeziorem w okolicy zgoła mało turystycznej, a mimo to na brzegu jeziora było pełno śmieci. Czyli naśmiecili miejscowi, sami sobie -człowiek to jest jednak przedziwna istota (N. mówi, że w Czechach jest pozornie bezsensowny system opłat za śmieci – płaci się tym mniej, im więcej śmieci się wyrzuca). N. zachowywał się skandalicznie podczas gier towarzyskich, a w każdej knajpie pakował mi do torby saszetki z cukrem (nie wiem po co, bo w chatce mieliśmy pełno cukru).

A w ogóle wyjazd zaczął się naprawdę wspaniale, bo N. przez trzy dni pakował delikatesy do zabrania – sardynki, tuńczyka, marynaty w słoikach – po czym CAŁE WIELKIE PUDŁO z zawartością ZOSTAŁO W GARAŻU. I zamiast wytwornie zakąszać wino kanapeczkami z pasztetem z sardynek, to mieliśmy w menu kiełbasę. Może dlatego był taki drażliwy przez cały wyjazd.

Po kilku czarujących wieczorach i kilku awanturach (już nie wspomnę o N., ale np. pokłóciliśmy się o majonez – czy z całego jajka, czy tylko z żółtka) wróciliśmy do domu, a tam:

– gmina bardzo przeprasza, ale do końca tygodnia przewidziano planowe wyłączenia wody na cały dzień, oraz

– przyszła ekipa stawiać płot, na który upadły drzewa podczas huraganu.

Więc popołudniami ja jestem wściekła, bo nie ma wody; Szczypawka jest wściekła, bo chodzą po JEJ OGRÓDKU jakieś typy, którym ona nie udzieliła zezwolenia, a teraz musi sikać w ich obecności. N. głównie nie ma, bo ma dużo różnych spraw, ale jak jest – to jest wściekły, bo mu panowie od ogrodzenia połamali winogrono i rozjechali trawnik.

I znowu PGE przysłało mi taryfę z nowymi cenami energii. Mam wrażenie, że co dwa tygodnie ostatnio przysyłają.

Zna ktoś może nazwę naukową takiej fobii, że człowiek się boi zostawić w hotelu albo wynajętym domku używaną bieliznę? Bo zawsze po powrocie bardzo nerwowo liczę gacie i skarpetki i oblewam się zimnym potem na myśl, że tam zostały/a i ktoś je ZNAJDZIE. (W jednym hotelu w Brukseli koleżanka znalazła brudne majtki W SEJFIE i wszystkich zapraszała, żeby je sobie obejrzeli).

A wczoraj wieczorem myślałam, że będę miała atak serca, bo jakoś tak zrobiło mi się duszno i nie mogłam oddychać… ale okazało się, że to przez „Reamde” opierające się na moim mostku. Przesunęłam, podparłam kołdrą i zawał sam przeszedł.

O tematyce bieżącej wolę nie myśleć i nie wypowiadać się, bo mnie prawdziwy szlag trafi i nie dokończę tego „Reamde”.

O SAMOLOCIE I BUTACH – ZGODNIE Z ZAMÓWIENIEM

No jak to, skąd wiedziałam że samolot leciał prosto na nas? Wyjrzałam przez okienko i LECIAŁ PROSTO NA NAS. W kierunku naszego samolotu (znaczy, Ryan Air samolotu oczywiście, ja tam tylko podnajęłam miejsce). Ale nie tak jak na filmie „Top Gun”, tylko wolniej, spoko. Nie wystraszyłam się, chociaż może powinnam. No i zanurkował pod nami, a N. powiedział „Patrz, patrz!” i wylał na mnie wino. Tak to się odbyło. 

Też uważam, że z terminem trafiliśmy jak świni siodło, bo nerwówę teraz bym przypłaciła wylewem, jak nic. I tak od rana do wieczora przeklinam, jak tylko zerknę do serwisów informacyjnych, a jeszcze jak bym siedziała na gorącym kartoflu z wykupionymi biletami, po dwóch latach prohibicji, to… Nie, nie chce mi się nawet myśleć na ten temat. 

Co do butów, to w sumie ostatnie kupiłam chyba w zeszłym roku zimą – botki – i okazały się WEGAŃSKIE. Są ładne i wygodne, a na dodatek mogę je zjeść z czystym sumieniem. A, no i jeszcze włochate kapcie w Sinsay – chyba również wegańskie, bo sam plastik (czy plastik jest wegański?). Też fajne, bo śmieszne i ciepłe, ale raczej ich nie zjem, bo się zakrztuszę futerkiem.

Doczytałam o tej pokrzywie morskiej, która po polsku okazała się ukwiałem – to ten krzaczek, w którym siedział Nemo – a rzeczony ukwiał jest ZWIERZĘCIEM. Byłam przekonana, że jem krokiety z morskiego szpinaku, a to było zwierzątko!… Co prawda zielone i o smaku szpinaku, ale jednak. Jak to trzeba uważać na każdym kroku i nie ufać hiszpańskiej terminologii!

A propos terminologii, to właśnie mamy z koleżankami na tapecie rzeczownik „szpieżka”. Ja wiem, że teraz everybody feminatywy i ewolucja języka, ale „szpieżka”? Jak już koniecznie, to nie lepsza „szpiegini”? Poza tym chciałam zauważyć, że znowu nasi przodkowie (i przodkinie) spieprzyli (i spieprzyły) sprawę – nie dość, że klimatycznie mamy w plecy, geopolitycznie mamy w plecy (między Rosją a NIemcami, kurde faja), to jeszcze językowo! A wystarczyłoby, żeby w języku były przedrostki i byłby el szpieg, la szpieg i po problemie. A nie, że się trzeba gimnastykować. 

Z seriali to znalazłam na HBO brytyjski „Zaufaj mi” (fajny, ale potwornie się denerwuję!) no i oczywiście „Julia” – o Julii Child, niby amerykański, ale Julię gra ta urocza, duża brytyjska aktorka z „Happy Valley” (też bdb serial i chyba był na Netflixie, ale zniknął? Dlaczego Netflix wywala dobre seriale i zostawia same beznadziejne?) (no dobra, Russian Doll wrzucił drugi sezon, ten był akurat dobry).

A w ogóle to niby zimno, ale na Szczypawki posłaniu znalazłam wczoraj osę – na szczęście niemrawą, ale stres był. 

Czy ktoś może ma sprawdzoną stronę internetową, na której można zamówić rzucenie klątwy? Bo znalazłam jedną, ale klątwa pięć stów za (chyba) jedną osobę, to przecież zbankrutuję.

O POMARAŃCZACH I MORSKIEJ POKRZYWIE

No to wróciłam z fantastycznego wyjazdu do Andaluzji, przy samej granicy z Portugalią, i nie ma w domu wody od rana. No chyba mnie coś strzeli, mam ze trzy pralki do przerobienia. Tak więc dobry humor i powyjazdowa euforia nie miały okazji rozwinąć skrzydeł, biedactwa (a tak się cieszyłam, że mi się aguardiente w walizce nie rozlało, musieliśmy zabrać galicyjski bimber bo dostaliśmy w prezencie, jest to wyjątkowe świństwo i na dodatek w ciężkiej butelce).

Przez dwa dni była piękna pogoda, słońce, ciepło, więc wieczorami głównie spierdzielaliśmy przed komarami – tamta okolica to głównie bagna i rozlewiska, bardzo piękne, no ale MILIARDY komarów. Na wieczornym winie tłukliśmy się nawzajem po twarzach, głowach i kostkach, a później spierdzielaliśmy do domu, a za nami chmura, ale to CHMURA komarów – jak w komiksach. Nie było łatwo biec, bo chałupę mieliśmy wynajętą w NAJWYŻSZYM punkcie miasta. Serio, wyżej był już tylko kościół – piękna dzielnica starych, andaluzyjskich domków, a w drzwiach prawie każdego domu – senora co nas bacznie obserwowała. Takiego monitoringu to nawet u nas nie ma, przysięgam. Cały czas sterczały – jak przyjeżdżaliśmy, wyjeżdżaliśmy, wychodziliśmy na spacer, ze śmieciami… Nie wiem, jakim cudem, ale były w drzwiach ZAWSZE (i takie casual, zawsze się przywitały, zagadały, ale założę się, że teraz przez miesiąc będą nam tyłki rąbać, że za dużo butelek wyrzucaliśmy).

W związku z komarami jest tam też mnóstwo jaskółek i jaskółczych gniazd. Jakie one są śliczne i kochane! No chyba że się drą o wschodzie słońca, kiedy poszliśmy spać o drugiej w nocy. No ale jaskółka ma swoje prawa, bo jest pożyteczna, a my nie za bardzo.

Po dwóch dniach już było normalnie, znaczy wiatr z północy i ulewa. Czyli jak zwykle. 

Jeździliśmy sobie do Portugalii do miasteczek w Algarve i się zakochałam w dorszu a bras. W kółko zamawiałam tego dorsza, który zwykle jest najtańszy w karcie i jak prawie każde danie prostej kuchni z resztek – przepyszny. Fajne szerokie plaże, po których bym chętnie pospacerowała, no ale WIAŁO. Więc chodziliśmy po mercados i N. kupował konserwy rybne i ser, a nasz przyjaciel z Galicji kupił półtora kilo surowej gamba blanca i nam ugotował na kolację, bo w restauracji byśmy przepłacili, a na dodatek by nam podali niedobrą. Poza tym kazali mi jeść malutkie małże, które na targu pluły wodą na człowieka, oraz krokiety z morskiej pokrzywy. Pycha. Ale bacalhau a bras ukradł moje zgniłe serce.

A bo w ogóle to wyprawa się zaczęła fantastycznie, bo jakoś w połowie drogi leciał prosto na nas drugi samolot i dopiero przed samym zderzeniem zszedł trochę niżej i przeleciał pod nami. Bardzo emocjonujące widowisko to było, a N. tak się wczuł, że wylał na mnie czerwone wino (na mnie, na torbę, na tenisówki, wysiadałam jak żuł pijak) (którym łudzę się, że jeszcze nie jestem tak całkiem).

Rozpogodziło się dopiero ostatniego dnia, poszliśmy na pożegnalny spacer, usiedliśmy w knajpie i przyszedł nam przygrywać Andaluz z gitarą. Po kilku numerach instrumentalnych zaczął śpiewać „Besame mucho”, a NAPRAWDĘ nie powinien (kompletnie nie umiał śpiewać, a na dodatek nie znał słów), ale i tak było  klimatycznie. 

I wszędzie na drzewach wisiały pomarańcze. A u nas? Najwyżej kleszcze (na drzewach, w rządzie, wszędzie).

To teraz deszcz i zimnica i ani jednej morskiej pokrzywy, żeby mi nie było za dobrze. 

O TYM, ŻE MNIE SZYJA BOLI

Obudziłam się dziś z bólem szyi i karku. Oczywiście przede wszystkim ze stresu, ale znając dzisiejsze czasy – pewnie mam także odkleszczowe zapalenie mózgu. Miałam dziś w planach trochę posprzątać, ale w tej sytuacji ogarnęłam łazienki w strategicznych miejscach i wystarczy. Nie ma się co rzucać. I tak nikt nie doceni i zaraz się znowu zabrudzi.

Ostatnimi czasy słucham na jutubie podcastów o zbrodniach (zawsze to odskocznia od wojny i pisowskiej kloaki); mój ulubiony to chyba „Aneks kryminalny” („Ciemno wszędzie” też dobre). Wiecie, że przepis na kurczaka capistrano wymyślił nie kto inny, tylko morderca swojej pięcioosobowej rodziny? Bardzo interesujących rzeczy można się dowiedzieć. A z lektur – wróciłam do Stephensona i zamówiłam w antykwariacie „Reamde”. Jak przyszło, to aż przysiadłam – MATKO JEDYNA, jak coś takiego czytać w łóżku? Przecież ta cegła mi złamie mostek! Muszę jakieś rusztowanie skombinować albo pulpit, jak średniowieczni mnisi.

Poza tym jest zimno i nie ma terminów do fryzjera na najbliższe kilka tygodni. Do męskiego proszę bardzo, ile dusza zapragnie – N. się zapisał z dnia na dzień. I niech mi ktoś powie, że ten świat jest sprawiedliwie urządzony! 

Jak mnie ta pogoda denerwuje, to słów nie mam. Na dodatek wszędzie wyświetlają się reklamy mebli na taras. Mebli na taras! Chyba kurwa IGLOO. 

Nie mogę odwrócić głowy w lewo. Idę szukać voltarenu. 

O WAZONIE

Nareszcie pada deszcz i chyba glizdy wyszły się przewietrzyć, bo szpaczki i inne wróbelcy zasuwają po trawniku jak małe welociraptory. A ja poszłam po paczkę i zmokłam jak kurą w płot.

W związku z tym, że nie dzieje się nic miłego ani pozytywnego, to kupiłam (czarny ciągnik) wazon. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i chyba ponad rok się namyślałam, aż w końcu doszłam do wniosku, że skoro jest tak do dupy, to nie ma co dłużej czekać. I tak się pojawił w moim życiu.

I teraz siedzę i się na niego patrzę. Chyba bazie do niego wtrynię, chociaż taki pusty też jest śliczny. Jak kolonia boczniaków z kosmosu (podsumowanie mojej koleżanki). A mnie się kojarzy z harmoniami u Vonneguta. 

N. zapytał parę dni temu, czy Roxi Węgiel i Viki Gabor to jest jedna osoba, czy dwie różne. A ja tak do końca nie wiem, co mu odpowiedzieć. 

O PSIE I ŚNIEŻYCY

(Nie wiem dlaczego zniknęło archiwum, udało mi się je znaleźć, ale nie umiem sformatować, żeby były lata i się rozwijały do miesięcy, więc wyszedł tasiemiec, na szczęście nieuzbrojony).

Wpadłam na oczywisty wniosek, dlaczego ludzie do mnie gadają: bo jestem z psem. Jak człowiek jest z psem, to nagle znikają bariery i ograniczenia komunikacyjno – kulturowe i staje się publicznie dostępny ze względu na posiadanie psa. Na przykład, przed sklepem rybnym w Świnoujściu jeden pan opowiedział mi połowę swojego życia, bo też miał jamnika (i jak wyjechał na wczasy, to mu go teściowa spasła). Jakby była dłuższa kolejka w sklepie, to pewnie by mi opowiedział całe. Ale czasem temat rozmowy wcale nie dotyczy psa – na przykład, niemiecka para podeszła z mapą i pytała się o punkt informacyjny. Po pierwsze, nie rozumiem i nie mowię po niemiecku, po drugie – nie jestem zbyt dobra w mapach, ale ich to w ogóle nie zraziło. W kilku językach i po kilku obrotach mapy wyszło nam, że źle skręcili w Albuquerque.

Muszę coś z tym zrobić, kurde faja – popracować nad bitch face albo coś. Zbyt przystępnie wyglądam, tymczasem jestem ASPOŁECZNA, a tu mnie wszyscy bez krępacji dodają do listy kontaktów na środku ulicy bez ostrzeżenia.

A Szczypawka po ostatniej sanacji zgrzyta zębem; byliśmy na kontroli i pan doktor zalecił obserwację – nie ma stanu zapalnego, więc nie wiemy, czy ją coś boli, czy po prostu zgrzyta w wolnej chwili. Ja się oczywiście martwię, że boli – bo nie chce jeść z miski, tylko każe mi się karmić ręką.

– A to akurat u jamnika o niczym nie świadczy – poinformował mnie pan doktor. – Oprócz tego, że ma ochotę być karmiony z ręki.

Od ładnych kilku dni czytam „Śnieżycę” (nie odczepię się od tego Stephensona) – bardzo mi się podoba (Metawersum!), ale mam takie rozedrganie wewnętrzne, bo to jest cyberpunk – ale zupełnie inaczej opisany, niż u Gibsona. A ja się przyzwyczaiłam do gibsonowskiego języka i aparatu pojęciowego i trzeba się trochę przestawić. A właśnie, a propos przestawić – ciekawa jestem, jak tam odbiór społeczny nowego tłumaczenia „Ani z Zielonego Wzgórza”, która została „Anią z Zielonych Szczytów”. Nie wiem – czytać czy sobie darować, bo wierność oryginałowi to jedno, a sentyment sentymentem. Chociaż przy „Alicji w Krainie Czarów” podoba mi się i przekład Słomczyńskiego, i Stillera.

W międzyczasie oczywiście zaliczam dziennie po kilka ataków paniki oraz tradycyjnie mąż mnie pyta, czy mogłabym nieco przestać tak kląć od samego rana, od razu po przebudzeniu. NIestety – w obecnej sytuacji geopolitycznej jestem kurwa zmuszona jego prośbę potraktować odmownie.

O DIUNIE, KRANIE I SPACERZE

(Jak w najbliższej przyszłości jeszcze jedna osoba wyląduje w szpitalu, to naprawdę, naprawdę pójdę do lasu, położę się, posmaruję dżemem jagodowym i niech mnie niedźwiedzie jedzą – bo mi się margines bezpieczeństwa skończył).

Ze stresu ludzie robią różne rzeczy – to wiem. Ale N. wczoraj wieczorem przyniósł sobie wagę kuchenną i ważył na niej kołowrotki wędkarskie. Nie wiem jak to zaklasyfikować (a jak mam problemy z przyporządkowaniem czegoś do jakiejś kategorii, to się robię nieswoja).

A poza tym co? Kran nad zlewem się urwał. Nawet mnie to nie zdziwiło. I niby wiosna, ptaszki się wydzierają erotycznie, a w nocy taki mróz, że boję się prymulki na tarasie postawić, żeby nie zamarzły (moja ciotka twierdzi, że bardzo podrożały sadzonki kwiatów na naszym ryneczku).

Wczoraj poszłyśmy na spacer ze Szczypawką, bo pogoda ładna. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak wyjdę z domu (a staram się jak najrzadziej), to mam ludzkie interakcje nie ze swojej inicjatywy, oczywiście. A to pani z rowerem mnie zapyta, kiedy jest osiemnasty, a to pan z SUV-a, gdzie tu jest Okrężna (nie mam pojęcia). Muszę wyglądać na taką, co WIE (czyżby czarownica?). No i wczoraj tez, oczywiście, zagadnął nas starszy pan, kiedy Szczypawka wąchała się z psami z jego ogródka (to znaczy – ona wąchała, a tamte się darły).

– A wie pani, skąd mam tego? – pokazał na małego beżowego terierka, w typie większego jorka. – Przed Bożym Narodzeniem ktoś go wyrzucił. Stał przed bramą, trząsł się z zimna i piszczał. A jak go zabrałem do domu, to pierwsze co zrobił, to poszedł do kuchni i przyniósł w zębach miseczkę, taki głodny był.

No i prawie się popłakałam i zgodziliśmy się z panem, że ludzie to najgorsze kurwy (no… nie tymi słowami, jednak staram się utrzymywać pozory na zewnątrz). Może ja trochę przesadzam, na przykład od kilku lat do nas do domu wchodzi się garażem, bo Szczypawka ma w drzwiach wejściowych swoje posłanko i wygląda na ogródek i ulicę – mówimy, że jest u siebie w internecie; więc nie używamy drzwi, żeby jej nie przeszkadzać. Ale nie pojmuję, jak można wyrzucić małą, kudłatą, mądrą istotkę z domu, jak śmieć – i to przed Bożym Narodzeniem. Albo uderzyć psa (bo człowieka OWSZEM – prałabym po pyskach co poniektórych, aż by wióry szły i zęby leciały). 

Oraz wreszcie obejrzałam „Diunę”. No dobrze, lepsza od starej wersji (ale też musieliby się ciężko napracować, żeby była GORSZA – z całym szacunkiem dla Lyncha, którego przecież uwielbiam). I tak:

– ważki im wyszły wspaniale, i dryfujące lampy;

– jednak co do Momoa w roli Duncana Idaho nie jestem przekonana, nawet kiedy się ogolił; w ogóle wszyscy faceci noszą brody i wyglądają jednakowo i to jest mylące;

– Liet – Kynes baba? – no niech będzie;

– za mało o mentatach, mentaci są bardzo ważni dla historii, a tu prawie nic o nich i ich roli;

– ja wiem, że w książce też jest sporo mistycyzmu i w ogóle, ale chwilami niepotrzebny patos, IMHO;

– natomiast Jessica? Jessica była PIĘKNA. Piękna i ponętna. A tutaj to jest chodząca nerwica, w dodatku zagłodzona. Najbardziej na nie. 

I dlaczego w ogóle jeszcze nie było Nawigatorów? 

Jak się skończy wojna, to może obejrzę jeszcze raz, bo wszystko do mnie dociera jakoś tak połową mózgu, bo druga jest zajęta martwieniem się. I czasem panikowaniem, chociaż staram się nie. Ale nie zawsze się udaje.

O TYM, ŻE W ZASADZIE TO NIE WIEM

Pierwszy raz w życiu ciasto bananowe mi nie wyszło. Zakalec się zrobił. Przez Ruskich! Zawsze się udawało, po prostu zawsze, a teraz wyszła ciężka klucha. Zjadłam, no bo co. Jak jest wojna, to się nie grymasi.

Czytałam wypowiedź analityka giełdowego, który twierdzi, że rynek gra na koniec wojny i przesunięcie źródeł zaopatrzenia w surowce energetyczne. Koleżanka mnie wyśmiała, bo u niej w pracy przyszła sprzątaczka i obwieściła każdemu, kto chciał słuchać (i tym co nie chcieli), że Putin puści atom do końca tygodnia, najdalej w piątek. Przedwczoraj był piątek, ale może chodziło jej o następny. Muszę koleżankę poprosić, żeby dopytała.

Ja mam taką sinusoidę, że niby działam normalnie i nagle się zawieszam i jakbym oglądała swoje życie z zewnątrz (z refleksją „co ja kurwa robię? jaki to w ogóle ma sens?”). Przez większość czasu mam poczucie jakiegoś… odrealnienia. A w tym całym chaosie komunikacyjno – organizacyjnym fejsbuk poczęstował mnie reklamami „Rozpalmy ten płomień na nowo” i zaraz pod tym „Jak się pozbyć plam starczych”. Tu się zawiesiłam dość konkretnie, chociaż koleżanka mówi, żeby zmienić kolejność i wtedy to ma trochę więcej sensu. A raczej nadal nie ma sensu, ale mniej.

Zrobiłam sobie małą przerwę w Stephensonach i czytam „Czeskiego astronautę”. Książka niestety zaczyna się dość realistycznym i szczegółowym opisem świniobicia – NAPRAWDĘ nie było mi to potrzebne w obecnej sytuacji, więc przekartkowałam do przodu i dalej już jest nieco lepiej, choć nadal bardzo… czesko.

Co robić, żeby nie myśleć w kółko o rozszarpywaniu Putina na kawałeczki (lub naszej krajowej pisiorskiej kleptokracji)? Mogliby w zwartym szyku udać się tam, gdzie rosyjski okręt wojenny i nie zawracać zwykłym ludziom dupy. Mam nadzieję, że wyrobią się przed wiosną.