Przyszły mroźne noce i N. musiał poznosić do domu kwiatki, które wczasowały się w sezonie letnim w ogródku. Teraz na półpiętrze jest zielony gąszcz, w garażu palmiarnia (no, prawie – bo to strelicja, a nie palma), a N. próbuje wyadoptować część aloesów, bo nam się nie zmieszczą w chacie. Kwiatki przez lato podwoiły swoją objętość, na dodatek N. ma tak zwane zielone palce i wszystko rośnie mu jak opętane, brakuje nam już doniczek, miejsca na doniczki i okien do obstawiania. Grubosze to już w ogóle mu rosną jak drożdże, człowiek się odwróci na chwilę, a tu z jednego małego drzewka robią się trzy duże i weź tu człowieku wszystko ogarnij.
(Oczywiście ja się nie dotykam, bo aż tak źle im nie życzę – potrafię zasuszyć nawet pękatego kaktusa i to w ekspresowym tempie).
Natomiast wyskoczył mi jeden filmik na fejsie i dowiedziałam się, że nie tylko u nas ludzie są w stanie się ostro pokłócić na jakiś temat w komentarzach. Filmik był ze szwajcarskiej restauracji, która podobno słynie ze sznycli. I te sznycle są przyrządzane przy specjalnym stole, patelnie stoją na palnikach, a panie ubrane w ludowe stroje panierują olbrzymie, cieniutkie płaty mięsa w trzech kuwetach i smażą. No i otóż smażą te sznycle NA MAŚLE – na początek rozgrzewają na patelni solidną porcję masła, a podczas smażenia jeszcze dokładają i polewają nim kotleta.
O ludzie kochani, jak tam się kotłowało w komentarzach – jak w hodowli głodnego karpia przed świętami. Okazało się, że masło do sznycla to jest sponiewieranie całego systemu wartości i świętokradztwo, chyba najwięcej Austriaków się tam wypowiadało, w każdym razie Szwajcaria została poproszona o zostawienie sznycli w spokoju i zajęcie się fioletowymi krowami na pastwiskach (ale nie tymi słowami, ma się rozumieć). Ja muszę przyznać, że sznycla w Szwajcarii nie jadłam, nawet chyba nie widziałam – za to bardzo pyszne rosti i porządnego tatara. I scyzoryk z czekolady, ale to już z grzeczności, bo zostałam poczęstowana, nie wypadało odmówić, chociaż za czekoladą nie przepadam (wolałabym dokładkę rosti). I jak uwielbiam masło, to smażenie kotletów na nieklarowanym maśle chyba jest trochę ryzykowne, bo ono się sfajczy, zanim kotlet przestanie być surowy. Z drugiej strony (trzeciej?) – skoro to robią od wielu lat, słyną z tego i mają mnóstwo chętnych – to musi wychodzić smaczne. No sama nie wiem, naprawdę. Czy sznycel na maśle to jeszcze sznycel? Czy to ten sam case, co carbonara ze śmietaną? Kuchnia to pole minowe pełne zasadzek. (Z naszego podwórka – czy pleśniak z innym dżemem niż porzeczkowy to jeszcze pleśniak?).
Od jakiegoś czasu zasmuca mnie pralka, bo coraz częściej ma problemy z odwirowaniem, nawet jak zmniejszę jej obroty. Siedzę później w łazience, przekładam jej w bębnie pranie, żeby było równo i – oczywiście – klnę. Bardzo jestem do tej pralni przywiązana, bo ja ogólnie się przywiązuję, chociaż ona ma już piętnaście lat i ma prawo niedomagać tu i ówdzie. Jednak pięciokrotne układanie kurtek albo pościeli do odwirowania jest nieco męczące.
Matko, jak mnie denerwuje nowa piosenka Natalii Przybysz o ramenie. Na obecnym etapie życia przedkładam zen ponad wszystko, staram się omijać to, co może mnie zdenerwować – ale niestety jest to nowość i z zaskoczenia złapała mnie w samochodzie już kilka razy. Nie przepadam za manierą śpiewania sióstr Przybysz, ale chyba nic mnie tak nie denerwowało, jak ten nieszczęsny ramen. Nie wiem, o co chodzi, ale ciśnienie mi skacze i pazury rosną.
Właśnie czytam, że lepiej nie wyrzucać do żółtego worka puszki po dezodorancie / czymkolwiek w sprayu, bo można zarobić karę 500 zł. Nie we wszystkich przypadkach, ale w niektórych tak. Odnoszę wrażenie, że z tą segregacją śmieci idziemy w bardzo, bardzo złym kierunku – liczba frakcji przekracza granice miłosierdzia Bożego, człowiek się trzęsie nad każdym opakowaniem psiej saszetki, czyta opisy, a jedna trzecia ludności ma to dokładnie w dupie i wywala wszystko jak leci. A ja pod groźną kary mam wozić każdy dezodorant do PSZOK-u – i co, może jeszcze w oznakowanym konwoju? I z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej Polskiego Radia, psia krew.
Aleee… zacznijmy może od tego, że na świecie jest cała masa potraw znacząco lepszych niż sznycle, czy to smażone na maśle, czy też nie! Uważam, że skoro można zamówić steka, fondue, raclette, Älplermagronen, Rösti, Zürcher Geschnetzeltes, cholerę, capunsa czy inne dobroci, zamawianie w Szwajcarii sznycla to swego rodzaju marnotrawstwo; no ale co kto lubi.
Piosenki o ramenie na szczęście nie znam; jak widać emigracja ma również plusy zupełnie nieoczekiwane!
Jeśli pralka tak brzydko zachowuje się przy wirowaniu, to prawdopodobnie łożyska (zdecentrowana oś obrotu, a te obroty są szybkie). Może znajdziesz jakiegoś miłosiernego magika od pralek.
Kilka dni temu, wracając z wyprawy samochodem do pojemnika na elektrośmieci żeby wrzucić stary mikser, spotkałam sąsiada wrzucającego słoiki pełne marynat do pojemnika na szkło. Mam dosyć.
Ale Proszę Państwa,
kto jeszcze, używa czegokolwiek w sprayu ?!
Auć!
teraz mnie ukrzyżują…. (żarcik!)
Patrz Pani, na temat masła na sznyclu nie mam zdania, ale mogę, jeśli jest takie życzenie, nieźle się odpalić na tle pleśniaka – wyłącznie powidła śliwkowe z węgierek! Inna sprawa, że wujek się kiedyś przejęzyczył (życie mi zmarnowałaś, stara krowo!) i na pleśniaka powiedział SMARKLAK, co oczywiście przylgnęło na amen. Możliwe zatem, że pleśniak z porzeczkami, a smarklak z węgierkami.
:DDDDD boskie! SMARKLAK 😀
Wersja mojej matki: pleśniak z wiśniami ale za to z zieloną pianką 😁
Ja wczoraj natrafiłam na post (profil na Insta o charakterze pro ekologicznym), ze nie ma co żałować starych sprzętów AGD, bo są winne zużycia większości prądu w naszym domu i jak się ma lodówkę starszą niż 10 lat (mam), to ona zeżre nawet 30% zużycia domowego prądu w miesiącu. Trzeba tylko wybierać nowe sprzęty w klasie energetycznej A-C. W tej sytuacji zaczęłam rozważać jednak wymianę płyty indukcyjnej (13 lat i co jakiś czas nie grzeje na dwóch polach) oraz piekarnika (też 13 lat i z pokrętła starły mu się temperatury, więc nastawiam grzanie na oko – dobrze ze sufletów nie piekę czy innych bez). I jeszcze powiedzieli, że ze starych sprzętów odzyskuje się bardzo dużo surowców wtórnych.
Tak, że rozumiem Cię z tą pralką, bo mam tak samo, ale może jednak szkoda nerwów.
W życiu nie jadłam dżemu porzeczkowego.