Co się w tym kraju dzieje, to nie mam siły. Tym bardziej, że ciągle kaszlę.
Z tym kaszlem byłam w Alicante na grupowym wyjeździe, zaplanowanym dobre pół roku temu – nawiasem mówiąc, wylot był o 6 rano akurat w weekend zmiany czasu na zimowy, więc dwa dni przeprowadzałam obliczenia matematyczne, jak i o której nastawić budzik, żeby zadzwonił, a ja żeby zdążyła. Bardzo zabawne.
W dodatku dzień przed wyjazdem byłam w takim stanie, że chciałam wysłać N. samego, bo nie wiem, czy do Alicante dojeżdża nasz miejscowy zakład pogrzebowy. Chociaż oni mają taką renomę, że raczej by dali radę. Lot przeżyłam nawet nieźle i tylko jedno ucho mi zatkało, a na miejscu powitało nas piękne słońce i ciepło i miałam nadzieję, że wygrzeję wirusa i szybko mi przejdzie.
Spoiler alert: nie przeszło, kasłałam cały pobyt, wróciłam kaszląca w czwartek i kaszlę nadal. No.
Ale poszerzyłam horyzonty farmaceutyczne, bo na jednym winie dostałam takiego kaszlu, że łzy mi poleciały i nie mogłam złapać oddechu i koleżanki poratowały mnie czymś, co się nazywa porzeczkową isla. Taki okrągły żelek, który się ciumka albo przylepia do podniebienia i on nawilża gardło i nawet jest przyjemny w smaku. No – kilka razy mnie uratowała przed uduszeniem.
Na miejscu większość siedziała na plaży, a ja włóczyłam się po mieście noga za nogą jak dusza pokutująca. Do sklepów nie bardzo mogłam wchodzić, bo rozpylają jakieś zapachy i natychmiast zaczynałam łzawić (i kaszleć). Dobrze, że w barach z winem było trochę lepiej.
A na zakończenie pobytu – wracaliśmy samolotem, który miał ZNIENACKA lądowanie w Rzymie! Ponieważ jeden pan z załogi źle się poczuł, przyjechała po niego karetka i w ogóle. I tak w cenie powrotnego biletu zaliczyliśmy trzy lotniska (w tym Rzymie nie pozwolili nawet wstać z siedzeń, chyba że do toalety). Wylądowaliśmy w Warszawie – a tu zimno, ślisko, mgła i awantura o Trybunał. A można było siedzieć w słoneczku, w barze, to nie. Ojczyzny mi się zachciało.
„O objętości czasu” – przeczytałam pierwszy tom, interesujący pomysł i niezła książka, ale tego ma być siedem tomów? I ona ciągle będzie siedzieć w tym jednym dniu? Strasznie frustrujące. W dodatku to osiemnasty listopada – nie znoszę listopada, szkoda, że nie trafił jej się jakiś letni dzień. Albo wiosenny. Ale tak, pierwszy tom bardzo niezły.
No i tak. Nie mam siły. Nie wiem, jak dam radę pójść na cmentarz. Nie nadaję się nawet na mielonkę.