Lato, lato, a ja w skarpetkach spałam. Grubych i puchatych.
No dobrze, ale skupmy się na pozytywach: …
Nie znalazłam żadnego. Zaraz się popłaczę pod stołem.
Maila dostałam: „Sprawdź, co do ciebie przemawia” – nic do mnie nie przemawia, na szczęście. Ani ciuchy, ani torebki, ani rura pod zlewem. Lodówka niedawno przemawiała, ale uporządkowałam półkę, żeby nic nie przylegało do wentylatora, i się uspokoiła.
Ale w mailingu, muszę przyznać, zatrudnili kogoś niewyżytego artystycznie lub emocjonalnie, bo takie mam tytuły ostatnio: „Twoje wybory odzwierciedlają wyrafinowany gust”; „Objawia się iskra twojej kreatywności” albo mój ulubiony – „Anna, roztaczasz nieodparte klimaty”.
Roztaczam nieodparte klimaty. I tego się będę trzymać.
Przez ostatnie dni śledziłam bacznie historię „raportu” o marce Polska. Chyba już wszyscy się zgodzili, że żaden raport, tylko co najwyżej półprodukt, za metodologię ktoś powinien mieć wbijane gwoździe pod paznokcie, a użycie AI to był najmniejszy z grzechów autora(-ów) tego arcydzieła.
Ale przypomniały mi się lata młodości i pierwsza praca w fundacji, która zarządzała środkami wtedy jeszcze przedakcesyjnymi. Konferencje, publikacje, szkolenia – wszystko pięknie, tylko jak przychodził „wkład” od ekspertów, oczywiście w randzie profesora, to z dziewczynami zaczynałyśmy od grupowego rozpłakania się. Chociaż jedna, co najdłużej pracowała, pocieszała nas, że teraz to i tak jest luksus, bo rok – dwa lata temu profesory przysyłały luźne notatki odręczne. A teraz mieli wpisane w umowę, że przynajmniej maszynopis z odstępem. Chociaż głównie polegało to na tym, że wpisywali się do wszystkich projektów i nie przysyłali nic w terminie, a po siedemdziesięciu telefonach udawało się od nich wyciągnąć jakiś ochłap. W sumie nie wiem, po co były te monity, bo każdy z nich przysyłał w kółko jeden artykuł, który kiedyś mu napisał doktorant.
A już Boże dopomóż, jak trzeba było zorganizować konferencję. Sama nie wiem, co było gorsze: czy profesor, który czterdzieści minut wisiał nad jednym kompletnie nieczytelnym slajdem (Drogie Dzieci, wtedy slajdy były na folii, którą kładło się na rzutniku), czy właśnie tacy nowocześni dynamiczni, co drugie słowo po angielsku, żeby pokazać, że z niejednego chleba (chlebowości) się piec jadło. Przy czym to był przełom wieków, pierwsze tłumaczone wydania Kotlera dopiero nieśmiało się pojawiały w księgarniach i polskie zwroty marketingowe po prostu jeszcze nie funkcjonowały, no i takie panie Basie po trzytygodniowych kursach w jakimś college w Holandii brylowały na prawo i lewo. W sumie to nie wiem, czy bardziej mnie przeszły ciarki żenady, czy ogarnęła nostalgia, jak zobaczyłam (i usłyszałam!) tę panią w akcji.
Więc chciałam przez to powiedzieć, że to nie tak, że coś mnie w tej sytuacji zaskoczyło. No dobra – może to, że tyle lat upłynęło, a nic się w tym eksperckim bagienku nie zmienia. No, jedno się zmieniło – ja się nie muszę z tym towarzystwem użerać.
I tym optymistycznym (?) akcentem – idę roztaczać nieodparte klimaty w okolicach faktur do zapłacenia. Darz bór i niech się jeszcze ociepli!…
U nas wczoraj nad ranem było plus sześć i piec centralnego się włączył ;). Ale nie narzekam, lepiej się czuję w chłodzie niż w upały.
A co do przemawiania: do mnie ostatnio regularnie przemawia zmywarka: wydaje z siebie jakieś podejrzane buczenie. Jeszcze nie wiem o co jej chodzi.