O GRYPIE, OPADACH I WIEWIÓRKACH

 

Czy grypa po angielsku nie nazywa się bardzo adekwatnie? Flu. Fffff-llllluuuuuuuu. Bo moim zdaniem, doskonale opisuje, co się z człowiekiem dzieje. Nawet bez wielkiej gorączki czy spektakularnej sraczki. Flu i nawet nie ma siły uchylić oka.

A do roboty to myślałam, że dziś nie dojedziemy. Z nerwów wydłubałam sobie dziurę u nasady paznokcia. Czy to… ten (nie kląć w Nowym Roku, nie kląć, nie kląć)… ten OPAD przestanie kiedyś padać? Czy tak już będzie do końca świata – po cichu będzie padać, padać… Coraz mniej osób będzie wychodziło z domów… Któregoś dnia okaże się, że nie można już otworzyć drzwi wejściowych i będzie jak w „Ostatnim brzegu” (tylko nie rozdadzą tabletek z cyjankiem, bo niby JAK?). I za siedemset tysięcy lat jakiś młody naukowiec postawi śmiałą tezę, że na tym globie była już kiedyś cywilizacja, posługiwali się narzędziami i nawet mieli prąd, ale inne jaszczury go wyśmieją…

A wczoraj był ogólnoświatowy dzień doceniania wiewiórek. Czy wszyscy należycie docenili wiewiórki?

(Wiem. Wiem. Ale to z zimna. I ze śniegu).

 

0 Replies to “O GRYPIE, OPADACH I WIEWIÓRKACH”

  1. Tyle lat w Stanach mieszkam i tyle tych wiewiorek w parkach biega, ale jeszcze nigdy nie spotkalam sie z wiewiorka na talerzu. Widac, panie, kryzys.

  2. W usa podobno bardzo doceniają wiewiórki. W potrawce zwłaszcza. (taki program kulinarny mi się ostatnio trafił o kucharzeniu)

  3. Myślę, że Nowy Rok już nie jest taki Nowy. Już wszyscy się przyzwyczaili, że w dacie trzeba 13 wpisywać… Więc możesz już przeklinać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*