O SIKORKACH, KSIĄŻKACH I ZNOWU SIKORKACH

 

Znalazłam wunderwaffe. Pudełko musli, takie nieśmiało przyczajone w rogu szafki. Zaglądam, a tam… „BYŁO SOBIE ZYCIE” – wszystkie sezony. Odprawiłam egzorcyzmy, przejechałam szmatą i zadysponowałam wydać całość sikorkom na pożarcie. Już one sobie przestudiują stadia rozwoju owada. Dogłębnie.

A w Madrycie kupiłam sobie w prezencie na Mikołajki szalona biżuterię (trzy obrączki z trupimi czaszkami – 3,5 euro) i dwie ksiązki. W równie szalonej cenie, bo każda kosztowała 4 euro, w dodatku załapałam się na 10% zniżkę.

Ksiązki są z serii „Wordsworth Classics”, bardzo przyjemne wydawnictwo – „The Diamond As Big As The Ritz and Other Stories” niejakiego Francisa Scotta Fitzgeralda, znanego szerzej jako mąż Zeldy. I od razu dostałam w łeb informacją, że on zmarł w wieku 44 lat. Nie wiedziałam. Ale oni wtedy tak żyli. Nie mieli kredytów na trzydzieści pięć lat ani składek na ZUS, tylko gin i ferment intelektualny.

A druga to „The Collected Works of Nathanael West”. Też z czasów Wielkiego Kryzysu. Zaczęłam czytac „Miss Lonelyhearts” i już pierwsze strony mnie pozamiatały. Chyba najważniejsza różnica polega na tym, że wtedy, żeby wydać książkę, trzeba było być pisarzem. Na pewno też dlatego, że czasy były ciekawe. Makabryczne, ale ciekawe.

 

Nie mam miejsca w zamrażarce, żeby kupić indyka z wyprzedzeniem. N. mówi, ze możemy go w razie czego położyć na tarasie, ale ja się boję, że sikorki go zeżrą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*