O IRENCE

 

Wczoraj okazało się, że N. nie zna jednego z najstarszych dowcipów świata z tak długą brodą, że się o nią potyka: „Co to jest: ropucha i czterdzieści żabek?”. No nie wiedział, nie miał pojęcia, że to teściowa wiesza firanki. Najwyraźniej mało co do tego Zgierza docierało z popkultury, bo nawet dowcipy nie, ale czy można się im dziwić.

(W kwestii żabek – była to moja udręka, jeden z najbardziej znienawidzonych przedświątecznych rytuałów. Najpierw odpiąć to tatałajstwo, zakurzone, prawie było widać gołym okiem kopulujące na potęgę roztocza, a później wieszanie czystych. I firanki równo UMARSZCZYĆ. O Święta Panienko, umarszczanie firanek. W domu nie mam ani pół, ani ćwierć firanki i ani jednego karnisza. Dawne traumy rzucają długie cienie).

Ale wracając do tematu… Ekhm. No więc moja teściowa ma ten czarujący zwyczaj, że robi imieniny dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem, więc wczoraj N. mnie wysłał po perfumy na prezent. Nie dość, że po powąchaniu trzech buteleczek zaczęło mi się kręcić w głowie (wybieranie dla kogoś zapachu w ciemno to jest coś okropnego), to później do końca dnia prześladowały mnie perfumy. Nie wiem, czy te dzisiejsze zapachy mają coś tak przenikliwego w składzie, czy to mój nos przeszedł jakąś przemianę duchową, ale odmawiam wizyt na stoiskach z perfumami. Jak dostanę konkretną nazwę – proszę bardzo, mogę kupić, ale żadnego wąchania. Fffffff.

W pogodzie i polityce chujnia z patatajnią, to upiekłam bananowe muffiny i czytam „Anatomię zbrodni. Sekrety kryminalistyki”. Fikcyjne kryminały mi się ostatnio przejadły (za wyjątkiem Kate Atkinson) – rzeczywistość jest po prostu ciekawsza (na przykład trzymanie świńskich łbów w walizkach, żeby sprawdzić, jaki gatunek muchy przeciśnie się przez suwak, żeby złożyć jaja).

A teraz Irenka idzie całować oczka Misia Rysia. Do odwołania.

 

O TYM, KTO PRZYPOMINA NAJJAŚNIEJSZEGO PANA CESARZA

 

Zaczyna się moja ULUBIONA pora roku (a echo z przyzwyczajenia: mać… mać… mać…).

Wczoraj wyjeżdżaliśmy do roboty AKURAT w samym środku oberwania chmury z gradem, piorunami i błyskawicami. N. jak wyskoczył zamknąć bramę, to przez ten moment nawpadało mu na siedzenie w samochodzie lodowych kulek na centymetr grubo. Dobrze, że są podgrzewane siedzenia (odkąd usiadłam na swoim pierwszym podgrzewanym siedzeniu w samochodzie, to już nic innego mnie nie interesuje, żadne inne parametry – tylko podgrzewane siedzenia). Bardzo się przyjemnie jechało z rąbiącym o szybę gradem.

Za to dziś powitałam dzień piętrowo złożonym i powtórzonym po wielokroć WIADOMYM związkiem frazeologicznym, jak zobaczyłam pierwszy nieśmiały tegoroczny ŚNIEG NA TRAWNIKU, niech go jasna cholera. A później poszłam tłuc głową o podgrzewaną podłogę w łazience. W dodatku jak się wysunie nos z domu, to z kolei zniewala człowieka smród – któryś sąsiad nadal pali w piecu starymi mumiami Inków, zdechłymi gołębiami i asfaltem. Jezu, chcę się najeść igliwia jak Muminki i zasnąć do marca.

Szczypawka istotnie obrosła na zimę (próbuję ją czesać, ale daje dwa razy pociągnąć grzebieniem, następnie rzuca człowiekowi wiele mówiące spojrzenie i spiernicza do budy, a mamy umowę, że w budzie jest nietykalna) i teraz en face przypomina mi cesarza Franciszka Józefa. N. się na mnie wścieka, kiedy to mówię, ale taka jest prawda – identyczne bokobrody. Ja z kolei się na niego wściekam, jak wychodzi z psem wieczorem na ostatnie siusiu z wielką latarką – reflektorem. I psina kuca, a ten ją oświetla jak na środku areny cyrkowej. W TAKIM MOMENCIE, kiedy każda żywa istota potrzebuje dyskrecji i – nomen omen – skupienia!…  Przecież to można dostać nerwicy jelit w takich warunkach. I nerwicy wszystkiego w zasadzie.

Dobry dowcip ostatnio znalazłam, czy też raczej on znalazł mnie:

„Grupę zaginionych w amazońskiej dżungli polskich turystów odnaleziono idąc tropem klnących papug”.

(A propos polskich turystów – jakie to szczęście, że nie leciałam na wakacje z zabawnym panem, co opowiadał dowcipy o bombie w samolocie, chociaż taki artysta może się każdemu przytrafić. Może po doniesieniach o tym, ile będzie kosztowała ta przyjemność, żartownisie trochę przystopują z drinkami na lotnisku i w samolocie – choć może to zbyt daleko posunięty optymizm przeze mnie przemawia).