O… TAK RÓŻNIE, TROCHĘ SIĘ NAZBIERAŁO

 

Ale nie samymi włosami człowiek żyje i całe szczęście (chociaż bardzo bym chciała mieć taką składaną teleskopowo fryzjerkę do noszenia w torebce albo walizce, żebym mogła ją ze sobą wszędzie zabierać) (i tak pokazała mi niezły patent na hollywoodzkie loki – trzeba zrobić kucyk i bardzo mocno go skręcić, jak powróz, i przypiąć na 2 – 3 godziny).

N. powiedział, że musi wyjąć rower i będzie jeździł w weekendy i popołudniami – przyklasnęłam, bo to zdrowo (i będę miała internet tylko dla siebie). Po czym poszedł do garażu, narobił hałasu, wywlókł wędkę i rozłożył na stole. Nie wiem, czy to początki demencji i mieszają mu się pojęcia, czy też może jest w trakcie wymyślania zasad nowego sportu, coś na wzór polo – tylko zamiast jechać na koniu i uderzać w piłkę, to będzie jeździł na rowerze i zarzucał wędkę. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej nic nie złowi (a jakby się wywalił w krzaki, to mamy wielką butlę Octeniseptu – po przebojach ze Szczypawką jestem wielką fanką Octeniseptu).

Trochę mnie ostatnio nosi, jeśli chodzi o książki, bo czytam kawałkami i poniewierają się porozwłóczone po całej chałupie (zamiast usiąść, zacząć, skończyć i następna, proszę). I tak oto leżą grzbietami do góry:

– „Kuba Rozpruwacz” Paula Begga – bardzo porządna pozycja z zarysowanym tłem historycznym, na którym chwilami nie ukrywam – wymiękam; wzruszyły mnie zwłaszcza życiorysy ofiar wesołego Kubusia – niektórzy ludzie jęczący jakie to mają dziś ciężkie życie, powinni poczytać o tamtych czasach;

– „Halucynacje” Olivera Sacksa – kiedy czytam jego książki, to zwykle odmawiam modlitwę dziękczynną, że oprócz pospolitego pierdolca wszystkie klocki w mózgu mam na razie mniej więcej w porządku (i np. nie widuję wieczorami tłumu postaci w orientalnych strojach dookoła mojego łóżka) (mówienie do siebie się nie liczy podobno);

– „Batory” Bożeny Aksamit – dopiero zaczynam, ale już jest pięknie – Arkady Fiedler ucieka przed oblegającymi go babami do maszynowni i wychodzi tylko w nocy;

– „Dalsze przygody idioty za granicą” Karla Piklingtona – czytam i płaczę. To ten koleś, któremu Ricky Gervais i Stephen Merchant (uwielbiam obu) kazali zwiedzić siedem cudów świata, ale w ogóle go one nie zachwyciły. Nie wiem, jak to o mnie świadczy, ale okazało się, że podzielam zdanie Karla w wielu kwestiach, np. też za nic na świecie nie skoczę na bungee (lub ze spadochronem), bo to idiotyczne. Oraz pływanie na śmierdzących rybami łódkach też ani mnie nie zachwyca, ani specjalnie nie interesuje. Karl przeplata swoje sprawozdanie cudownymi spostrzeżeniami – np. o pomniku Gagarina („Głowa była w porządku, ale spodnie im nie wyszły. Może dlatego większość posągów przedstawia nagie postaci. Artystom łatwiej wyrzeźbić fujarkę i jajka niż realistycznie oddać zagniecenia na spodniach”), czy o ptakach kiwi. Ptaki kiwi dobierają się w pary na całe życie i są ze sobą nawet do trzydziestu lat. To Karla w ogóle nie rusza – po prostu, ptaki kiwi wszystkie wyglądają tak samo; gdyby wszyscy ludzie wyglądali identycznie, też nie byłoby rozwodów – podsumowuje Karl. Bardzo orzeźwiająca lektura;

– na deser „Kiedy nadejdą dobre wieści” Kate Atkinson – wiadomo. Uczta.

Wczoraj Drogi Pamiętniczku okrutnie zgrzeszyłam; uwielbiałam sobie platonicznie na Zalando jedne takie sandałki z grzywką. Obiekt adoracji wybrałam w miarę bezpieczny – wykupiony do numeru 42, po prostu oglądałam je sobie co drugi dzień i wzdychałam, identycznie jak w siódmej klasie, kiedy z koleżankami oglądałyśmy zdjęcia George’a Michaela – czysta abstrakcja. Nagle wczoraj klikam, żeby przy śniadaniu pouwielbiać, a tam co? MÓJ NUMER! I jak tu się nie zgodzić z księżmi, że Internet to dzieło SZATANA – pełen pornografii, przemocy, narkotyków, zboczeńców oraz numerów sandałków pojawiających się ZNIKĄD! W dodatku przecenionych. Bardzo przecenionych. Bardzo, bardzo przecenionych. Zaoszczędziłam kupę szmalu oraz wsparłam kulejącą gospodarkę – i tego się trzymajmy, kurwa mać.

Oraz mam pytanie – czy tylko ja trafiam na pastę do zębów, która nie dość, że smakuje jak krem do stóp, to na dodatek po jej użyciu ma się wrażenie, że całe wnętrze pyska porosło futrem?…

18 Replies to “O… TAK RÓŻNIE, TROCHĘ SIĘ NAZBIERAŁO”

  1. Może jestem nieobiektywna, bom z Krakowa, ale wg mnie „Tajemnica…” bardzo, bardzo! I intryga ładnie pomyślana, i charaktery, a sam Kraków – palce lizać! Nie nudziłam się ani przez chwilę.

    • Nie będzie słaba, czuję to 😉
      A jak się chce mieć fale (podobno najmodniejsze w te wakacje, takie roztrzepane, coś jak Rita Hayworth tylko bardziej współczesne), to należy włosy po umyciu podzielić na pięć części, każdą skręcić w kierunku od głowy i wg fryzjera, który o tym patencie opowiadał, zostawić do wyschnięcia, a nawet położyć się tak do łóżka. Dobrze je jednak czymś na końcach związać, np. gumkami recepturkami lub przypiąć spinkami do reszty owłosienia (wersja na dzień). Efekt naprawdę fajny 🙂

    • A wiecie, że ja już trzy razy miałam ją zamówić i COŚ mnie za każdym razem powstrzymuje?

      Z kucykiem mocno skręconym dałam dziś radę wytrzymać 15 minut i rozbolał mnie łeb; dla poprzedniej długości nie było mowy, żeby te kudły skręcić, nie miałabym ich czym przypiąć. Zresztą i tak zaraz się prostowały, bo za długie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*