O STOLARZU, PRZYRODZIE I WREDNYCH BANANACH

 

Mary Roach świetna. W dodatku część materiałów do pracy zbierała w Wageningen, dokąd kiedyś jeździłam na bardzo dekadenckie konferencje i seminaria unijne, były płonące torty lodowe i tańce do białego rana (oraz, oczywiście, O CZY WIŚ CIE, bardzo merytoryczne i wyczerpujące sesje naukowe, hm, hm, ekhm).

N. się zawziął i produkuje meble. W tym celu nawiązał kontakt ze stolarzem, wyśmienitym fachowcem, artystą wręcz, który ma jedną cechę charakterystyczną – rzadko trzeźwieje. Świetnie się zna na drewnie, nie sprzeda deski ot tak, trzeba mu odpowiedzieć na serię szczegółowych pytań („Po co to panu? Co pan z tego będzie robił? O nie, to ja panu nie sprzedam dębu, tylko topolę”). Wszystko pięknie, tylko N. co chwilę wpada do domu „Szykuj plaster. Mały. Dłuto”. Za chwilę „Duży plaster. Hebel” i ja się trochę martwię. Oczywiście, bez palców też go będę kochać tak samo, ale czasem jednak palce się przydają. Że nie wspomnę, że w niedzielę muszę go pilnować, bo za grosz nie ma wyczucia i tu odświętnie odziani, wykrochmaleni sąsiedzi kroczą do kościoła, a on ze swoją piłą na całą wieś ZZZZZZZZZZZZ! ZZZZZZZZZZ! Uzgodniliśmy, że w czerwone dni w kalendarzu (oraz wtedy, kiedy ŻONA TAK MÓWI) tylko unplugged. (Czy on co pół roku musi, ale to MUSI mieć nową pasję, Drogi Pamiętniczku?).

Zalęgły się nam dwa wielkie, niebieskoszare gołębie, w ogóle się nas nie boją, a nawet mają w dupie i są obrażone, kiedy wychodzimy na taras i IM PRZESZKADZAMY, bo one są u siebie. N. zaczął napomykać, że w Hiszpanii się na takie gołębie poluje (a nawet kilka razy się oblizał). U Ćwierczakiewiczowej w razie czego chyba jest przepis na rosół z gołębia?… Zresztą – o wielka mi filozofia, największy kłopot będzie ze skubaniem (depilator?). Krety, bezczelne gołębie, a zaraz się zacznie sezon na robale. Ach, ta nasza cudowna, delikatna i wrażliwa przyroda.

Strasznie mnie bolą wszystke żebra, wczoraj Zebra zrobiła bardzo dobrego tatara oraz deser z lodów i gorących bananów. Pół nocy spędziłam na wsłuchiwaniu się w dyskusję bananów z wołowiną w moim żołądku i ten. Herbatka z bardzo małym sucharkiem dziś. I jutro.

0 Replies to “O STOLARZU, PRZYRODZIE I WREDNYCH BANANACH”

  1. ah, niech N ma te swoje hobby co pół roku, w koncu to chyba lepiej niż mąż á la Powolniak? 🙂 No i ile sie przy tym nauczy, kiedyś sie to może nawet przyda, kto wie!

    • Nie no, Powolniak był szalenie charyzmatyczny! Może za dużo się nie ruszał, ale miał mnóstwo wdzięku.

      Ale ale.
      JAK TY PIĘKNIE RYSUJESZ! Kobieto! Lis wygląda jak figurki z Ćmielowa, z tyłka diabła się śmiałam kwadrans 🙂

  2. Już kiedyś pisałam – miałam kopce krecie od stycznia i wciąż przybywały nowe. Jak u Ciebie. Trawnik został przez mojego męża wyposażony w pułapkę z chorągiewką z Leroy oraz w talerzyk na ultradźwięki z Juli. Na nic to wszystko się nie zdało. Aż tu wreszcie w ostatni piątek pojawił się u nas mój ojciec, stary praktyk walk z kretami, wyposażony w tajemnicze urządzenie przypominające szczypce. Wykonane pokątnie przez jakiegoś rzemieślnika o rzadkiej specjalności. Umieścił te szczypce w Tajemniczy, Sobie Tylko Znany Sposób i… następnego poranka było po krecie. Na amen niestety! Trochę mi wstyd, że rozprawiliśmy się ze zwierzątkiem tak okrutnie, ale, wg słów mojego męża, dawaliśmy mu naprawdę wiele szans na polubowne załatwienie sprawy, z których skorzystać nie chciał, więc sam jest sobie winien. Aha, gołębie też u nas mieszkają, korzystają ekstensywnie z oczka wodnego i uhuhają od świtu tuż przy naszej sypialni, ale ogólnie lepsze te leśne niż miejskie brudasy.

    • U mnie problemu z kretami nie ma. Nie ma też ptaków, kotów, jeży, nietoperzy ani innych żyjątek. Za to są dwa psy. Kiedyś jeszcze zwierzątka próbowały nas odwiedzać, ale to była ostatnia rzecz jaką zrobiły w życiu… jakimś cudem okoliczną faunę obiegła plotka, że u nas czarna dziura i trójkąt bermudzki- wszystko co wejdzie, nigdy nie wraca- i teraz omijają posesję szerokimi łukami. A nas przestały witać pod drzwiami radośnie dostarczane skutki łowieckich zapędów.

  3. Jeżeli te gołębie mają identyczne ubarwienie i białą kryzę na podgardlu to są chyba grzywacze. Całkowite przeciwieństwo tego upierdliwego miejskiego gówna srającego gdzie popadnie. Sympatyczne, ciche stworzenia, żyjące w parach, A NIE W STADACH. A młode po wykluciu i podrośnięciu idą sobie precz.
    Pozdrawiam.

  4. a wiesz, że jak masz dwa gołebie to zaraz będziesz miała z pięć? z czego 3 małe będą darły ryje o np 4 rano w niedziele,sobotę i inne dni tygodnia? a za rok te małe też będą kombinować jak u Was zrobić gniazdo,tak już luty/marzec? i tak zgodnie z tradycją rodu,aż ktoś je upoluje, co wiosne i lato bedą darły ryje? i srały!!! na wszystko

  5. Moja babcia swojemu ukochanemu tatusiowi ugotowała rosołek z gołębia. To było jego ostatnie marzenie już na łożu śmierci. Babcia niby wrażliwa kobieta (no, w każdym bądź razie kobieta), złapała gołębia, ukręciła mu łeb, oskubała i ugotowała pradziadkowi mojemu rosołek. Podobno był pyszny (rosołek, nie pradziadek), co nie zmienia faktu, że pradziadek zaraz umarł.

    Ale babcia ogólnie to umiała gotować.

  6. Baśka, lepsze nasze robale niż takie coś:
    http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-w-szafce-kuchennej-znalazla-weza,nId,1405293
    A jeszcze kilka tygodni temu dowiedziałam się, że syn sąsiadki (dwa piętra niżej) ma specyficzną pasję, bo ma jadowite pająki. Sąsiadka pospieszyła z wyjaśnieniem, że terrarium zamknięte na klucz i w ogóle (syn dorosły), ale i tak czuję się bardziej nieswojo. Zastanawiam się, czy w bloku w ogóle można hodować takie coś?
    Toleruję nasze pająki, bo niejadowite, ale przy innych to mi się wielki, ogromny kapeć pojawia w oczach.

  7. Masz nadpobudliwego męża, ale to dobrze, zawsze jakaś rozrywka w życiu;)
    A w sprawie literatury, mary roach może jeszcze nie, ale mam ochotę na jakiś sielski kryminał w stylu marthy grimes- poleciłabyś jakiś?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*