O MOIM PIERWSZYM ŚWIĄTECZNYM WYJEŹDZIE

 

No więc.

(Mam zdrętwiały cały tyłek, muszę chwilę pomyśleć) (ciekawe, czy od myślenia mi oddrętwieje?).

No więc pierwszy raz w życiu wyjechałam z domu na święta. Ha. Do wyboru miałam – zwariować, więc wybraliśmy opcję wyjazd. Do Świnoujścia.

Oczywiście, na wyjeździe szliśmy ze święconką, aż taka wyzwolona nie jestem. Zatem z domu jechał koszyczek z oprzyrządowaniem, serwetką, barankiem oraz jajka (a wiadomo, jakie wy tam macie jajka na północnym zachodzie?) (oraz półmetrowy sękacz, żeby nie było smutno). W sobotę od bladego świtu jajka się ugotowało, umaiło bukszpanem i jazda, do kościoła. A tu tak zwany świąteczny zonk! ŚWIĘCĄ OD DZIESIĄTEJ!

Nie wiem, jak u kogo, ale u nas przed święceniem nic się nie je, to raz. Dwa – trzeba znać mojego męża, żeby wiedzieć, jak u niego wygląda „NIC SIĘ NIE JE”. Wściekły diabeł tasmański to mało przy moim małżonku w wersji GŁODNY. Zatem może się walić i palić, a my zwykle byliśmy z koszyczkiem na najpierwszej możliwej zmianie, żeby się dobrać do tej kiełbasy z ćwikłą. A tu – OD DZIESIĄTEJ!

Jakoś do tej dziesiątej wytrzymaliśmy, łaska Boska i skrzypce. Druga dziwna rzecz – nie było stołu do postawienia koszyczków! Każdy sobie siedział w ławce i trzymał na kolanach swój, zwykle malutki. Nasz był chyba największy w całym kościele, chociaż u nas, na Mazowszu, to jest wielkość średnia, że nie powiem – skromna. U nas przez to stawianie na wspólnym stole każdy targa w koszu do poświęcenia dwutygodniową dietę całej rodziny, umajoną pieczoną gęsią i dynią Hokkaido, żeby wszyscy widzieli. W jednym koszyku mieli kiedyś nawet litrową butelkę cocacoli. Tak że proszę, jakie mi niechcący wyszło studium socjologiczne. Wpływ obyczajów poświętniczych na wielkość i zawartość koszyczka.

Ale później było już bardzo, ale to bardzo w porządku. Zamiast siedzieć za stołem albo w samochodzie – spacerowaliśmy. To jest jedyna forma ruchu, jaką lubię. A już spacer plażą – nie ma nic, ale to nic przyjemniejszego. Trochę wiało nad morzem i jednak trzeba było tę ciepłą kurtkę mieć, ale i tak było wspaaaniale. W dodatku – wszystkie lokale na promenadzie jechały na pełnej… wroć… były czynne  we wszystkie dni, więc jak normalny europejczyk człowiek wytarmoszony morskim wiatrem mógł sobie usiąść na kieliszek wina (i jedną rurę z bitą, przyznam się, tym razem odpuściłam sobie gofra, ale rura mnie złamała i musiałam jedną zeżreć). I wzięliśmy bezpłatny numer gazetki „Świnoujście”, w którym napisali, że pirania Kasia ma nowe akwarium (w Muzeum Rybactwa). Kasia waży osiem kilogramów, najchętniej jada serca wołowe, ale nie pogardzi bananem i jabłuszkiem. No.

Daję wyjazdowi jakieś 96 punktów na 100, a byłoby 100, gdyby ksiądz wcześniej wstawał (przepraszam, ale miejscowe panie w eleganckich żakietach i z trwałą ondulacją też odchodziły od drzwi kościoła z komentarzem „Jak to tak, od dziesiątej żeby święcić!”, więc chyba jakaś nowa moda).

A promowy na Karsiborze dziś miał trudny poranek, chyba go jeszcze okowita trzymała czy co, bo do doku nie mógł trafić, prom się odbijał o te opony przy brzegu cóś ze cztery razy, zanim w końcu zacumował.

Wracamy, A TU na bocianim gnieździe w Wiskitkach (na cmentarzu, przy zjeździe z autostrady) – trzy bociany. TRZY BOCIANY! Ładne rzeczy, na chwilę człowiek z domu wyjedzie i już sodoma z gomorą się pleni!…

 

PS. Zapomniałam nadmienić, że wieczorami oglądaliśmy porucznika Borewicza. Hanki chłopak nam pożyczył. N. się wyraźnie ożywia na scenach pościgów samochodowych (gównie polonezy i duże fiaty), a także scenach z lokali nocnych. Teraz kobiety już się tak pięknie nie ubierają do lokalu, jak wtedy, ech.

0 Replies to “O MOIM PIERWSZYM ŚWIĄTECZNYM WYJEŹDZIE”

  1. he. ja nakazałm w tym roku pójść na święcenie dzieciom i mężowi swemu, gdyż przeraził mnie komentarz starszej: „ja myślałam, że tymi pisankami to w kościele się ludzie wzajemnie obrzucają”. wiara, niewiara, ogólny obraz musi być:)

  2. A u nas święconkę zżera kot. Nie specjalnie, ale się cholera zawsze jakoś dobierze do kiełbasy (chlebem jakoś gardzi, jajko w skorupce). Zwykle zjada po poświęceniu ale w tym roku udało jej się przed. No to wyrwałam z pyska, odkroiłam to poszarpane, umyłam i wsadziłam z powrotem między jaja, znaczy pisanki, a babkę . Suszona 30zł za kg marnować się nie będzie. Mąż zjadł resztę w niedziele przed śniadaniem, żeby koszyczek mógł stanąć w (s)pokoju na wierzchu i się zwierzyna nie dobierała.
    W domu rodzinnym święconkę zjadała moja siostra w drodze z kościoła. W sensie kiełbasę zjadała, bo kromka chleba w koszyku to czasem do następnych świąt schła. I też przed święceniem śniadania nie było.

    • A może i. Ja jestem miasto stołeczne, nie znam obyczajów całego Mazowsza, ale całe dzieciństwo i dorosłe zycie tak mam. Wyżeramy z koszyka, po swieceniu jest koniec postu, a Wielka Sobota to u nas już święto. Chleb kupic, włosy ułożyć i iść ze swieconką. Żadnego gotowania, sprzątania w sobotę się nie robiło

  3. A ja musze w temacie Meza i Borewicza – mój też zglupial i do 1 w nocy oglada i mi potem opowiada jakie fury byly 🙂 sama na kilka scen zerknelam i przyznaje że mocno wciaga, klimat, dialogi, ciuchy i fryzury z epoki 🙂

  4. Jak byłam mała, to też zaraz po święconce można było się obżerać. A teraz mnie po prostu święconka nie dotyczy i mogę się obżerać cały czas 😉

  5. Ale słuchajcie, wyjadanie z koszyczka to jest jeszcze NIC. U mojej babci w sobotę zwykle był podwieczorek – taki już z białą kiełbaską i wogle, na którym się pojawiał specjał babuni pod nazwą GRZANKA. To była śmietanka gotowana z czekoladą i jak to było gorące to się wlewało WÓDĘ. I goście pili to w filiżankach, takie gorące. Do tych kiełbas. JAKIE TO SZCZĘŚCIE, że byłam wtedy nieletnia i mogłam co najwyżej umoczyć w grzance palec! Bo inaczej przeszczep wątroby i trzustki, jak nic.

    • Śmietanka, czekolada i wódka? To jeszcze dajcie mi ptasie mleczko w białej czekoladzie i ja już nic więcej do szczęścia potrzebować nie będę ;))))

  6. (Juz się bałam przyznać, zeby nie wyjśc na jakiegos satanistę, ale JAK MOŻNA NIE WYŻREĆ Z KOSZYCZKA po święceniu?… Chociaż CIUT? Babeczkę od razu zeżarłam, przecież do niedzieli by się zeschła!…)

  7. Nie wyżeracie z koszyka po święceniu , w drodze do domu …? Rany Julek ,to jak wy pościcie ? Ja bym zemdlała w tzw. międzyczasie ….

  8. Etam, ja niewierzaca, do kościoła chodzę jak do muzeum, mięsa nie jem, ale tradycja domowa, jak u Barbarelli. Po poświęceniu już się jadlo u nas bigos (teraz wege) i kiełbaski (teraz sojowe) oraz babkę drożdzową. A jak byliśmy dziećmi i moje dziecko było dzieckiem, to zwykle z kościoła do domu docierał bukszpan, sól i drewniane jajko. Resztę się żarło po drodze…

  9. koszyczek zjedzony zaraz po święceniu?! chyba to jakiś skrót myślowy był? 😉 że już koniec poszczenia a święconka na niedzielne śniadanie czekała.
    u mnie… na śląsku Twój chłop by z głodu padł i Ciebie wykończył! pierwsze święcenie o 14 ;-))

  10. No pacz, a w Gdańsku nie wiało, wręcz powiedziałabym, upał był. A do Ś-cia bym pojechała, dawno nie byliśmy, zresztą ostatnio (wstyd) na pierwszego listopada tylko jeździmy. Z drugiej strony, co to za Świnoujście bez Kei? Odkąd władze lokalne Keję i pana Zbyszka zamieniły na jakieś tandetne smażalnie ryb czy co tam jeszcze, to już nie to Świnoujście co dawniej.

    P.S. A czy Szczypawka też jeździ nad morze? Ciekawa jestem, czy jamniki lubią piaszczyste plaże i fale morskie? 😉

  11. Zaglądam na Twojego bloga od lat i nigdy nie komentowałam, ale teraz po prostu nie mogę nie skomentować. Od kiedy pokarmy poświęcone je się w Wielką Sobotę przecież pokarmy świecimy na niedzielne śniadanie?

    • Ja też nie komentowałam 😉 . Ale u mnie ( wschodnie Mazowsze) też się nie je śniadania przed święceniem. I nie chodzi o jedzenie święconego z koszyczka, tylko ogólnie. Poświęcone,koszyczek odstawion do niedzieli , a na talerz kiełbasa z gara, co się gotowała razem z tą do święcenia . U nas od dziewiątej 🙂

    • No ja też ze Sląska 🙂
      Święcenie u nas o 11.00, przedtem jemy postne śniadanie, bo mięso można jeść dopiero po wieczornej mszy, na której odśpiewane zostaje Alleluja – do tej pory trwa post. Święconka zostaje zjedzona na śniadanie niedzielne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*