O NIEMANIU OGONA

 

Obcięłam ogon. Dziewczyny z „Fabryki marzeń” przeniosły się do przedwojennego mieszkania z przechodnimi salonami i pianinem, jest nastrojowo i dekadencko. Głowę się myje na podium, a z fotela można podglądać sąsiadów naprzeciwko. Podoba mi się.

Rozmowy z naszym przyjacielem, do którego się wybieramy za tydzień, są mniej więcej takie: „No, dziś to mieliśmy fale po dwanaście metrów! Roztrzaskało łódkę o skały. Tak, leje cały czas, ahahaha. Hasta pronto!”. W ogóle mnie to nie rusza, poprosiłam N., żeby opracował listę barów w Santiago, w których będziemy siedzieć, z uwzględnieniem najkrótszej drogi pomiędzy nimi z zastosowaniem ortodromy.

Ptaszki coś podejrzanie mało jedzą. N. mówi, że one już poczuły wiosnę i NIE JEDZENIE IM W GŁOWIE. Świergolą po krzakach, aż kurz idzie. No, ja bym bardzo chciała, żeby miały rację, ale aż taką optymistką nie jestem, żeby uwierzyć, że to już koniec. Obawiam się, że te kilka ładnych dni to tylko taka chwilowa przerwa w transmisji i jak weźmie zza węgła pizgnie ZŁEM, to się nie pozbieramy.

Coś z żelazem potrzebuję, bo na okrągło zwisam z mebli. Ta spirulina to faktycznie coś daje? A nie jest zbyt ohydna i nie odbija się człowiekowi zarośniętym akwarium?…

O INDYKACH SENNYCH

 

Śniły mi się wielkie, niebieskie indyki, które podziobały Szczypawkę do krwi! Biegałam później z nią na rekach i szukałam weterynarza, żeby ją zszył. Okropieństwo (oraz: co na to sennik?).

Zupełnie zapomniałam, że kiedy wszyscy oglądali wspaniały serial o lesbijkach „L-word”, to ja nie (był jakiś urodzaj seriali i po prostu nie zmieściło mi się w grafiku). Teraz nadrabiam i dotarłam właśnie do Eli Golda ufarbowanego na blond i z wymalowanymi oczami. Prawie spadłam z krzesła ze szczęścia. Prześliczny jest. (Choć ogólny wydźwięk serialu jest dość smutny dla kobiet – pomimo panującego stereotypu, nie tylko mężczyźni są winni wszystkiemu co najgorsze w życiu. Bez mężczyzn te panie całkiem nieźle sobie radzą z robieniem bałaganu, kryzysów i dramatów. Zupełnie samodzielnie umieją sobie spieprzyć życie bez chromosomu Y w pobliżu).

W Galicji nieprzerwanie leje i nie zapowiada się, żeby miało przestać na nasz przyjazd.

A co na to wszystko jeżozwierz?

 

Tak myślałam.

PS. A w ogóle to BARDZO się cieszę, że już jest dłuższy dzień i więcej światła, a nie, że człowiek jak jakiś Morlok po ciemku wychodzi z domu do roboty i po ciemku do niego wraca, tylko jak wczoraj weszłam do sypialni PO JASNEMU i zobaczyłam te koty kurzu po kątach… Z wrzaskiem poleciałam po odkurzacz, bo już zakładały związek zawodowy i gdybym ich nie zlikwidowała, to jutro by urządziły strajk na kolei albo protesty w Lidlu. Albo nas udusiły w nocy po prostu.

O ROSOLE Z BAŻANTA

 

Zimno mi, a w weekend męczyliśmy bażanta, czy tez on nas. Gotowaliśmy rosół z bażanta, podobno rarytas, a właściwie z dwóch, bo jeden bażant jest nikczemnej postury i rosołu byłoby na jeden talerz. No więc, jak by to powiedzieć… nie, żeby niesmaczny, ale pachniał kurakiem. Jakoś się przestawiłam na ciemniejszy, wołowy rosół, nie tak wonny. Hm.

W dodatku jeden bażant… to będzie straszne, co wrażliwszych proszę o zamknięcie oczu… No więc, jeden z bażantów miał dookoła kupra takie je ne sais quoi, dość straszliwe, z żółtego tłuszczu. Nie znam się na bażantach, być może to pożądany rarytas, coś jak koral u kraba czy przegrzebka. Którego tez nie jem, bo to są jajeczka. Uch, wyższa gastronomia to nie dla mnie. A przecież nie jestem przeciwniczką tłuszczu, wprost przeciwnie, ale niech to będzie cywilizowany tłuszcz, w kostce albo w butelce, a nie tak… dookoła bażanciej dupy.

W związku z powyższym (bo wszystko jest ze sobą połączone we Wszechświecie i wynika jedno z drugiego) zamówiłam sobie buty, na widok których o mało się nie rozpłakałam, jakbym zobaczyła moja zaginioną siostrę – bliźniaczkę, a może i brata syjamskiego. Mam ochotę je tulić, całować i pytać „Gdzie byłyście całe moje życie?”.

Jeszcze żebym przestała kichać i smarkać do wyjazdu, to już by w ogóle było A-OK. No i przydałoby się obciąć ogon – warkocz do pasa w moim wieku to niepoważne.