O JEDYNEJ PRAWDZIWEJ SKUTECZNEJ METODZIE NA NIEPRZYTYCIE

Na lotnisku okazało się, że naszym samolotem leci dwóch ortodoksyjnych starozakonnych. Na marginesie, na każdym lotnisku zawsze widzę minimum jednego ortodoksyjnego starozakonnego, lotniska to ich naturalny habitat. Po czym, przy wyładowywaniu bagaży to właśnie oni dostali walizki w pierwszej kolejności – N. mówi, że musimy się zorientować, jakie mają nalepki na bagaże i też takie zdobyć. W drugiej kolejności dostaliśmy walizki my. W znacznie dalszej kolejności (nie czekaliśmy) dostał walizki reżyser Machulski. Później już tylko małe sześćset kilometrów, w tym przeprawa przez góry i byliśmy w Galicji.

W Porto do Son jest tak ohydna pogoda i takie fale, że od trzech miesięcy żaden rybak nie wyszedł w morze łowić. Wszyscy chodzą po barach i rwą sobie włosy z głowy; kilka razy morze zassało słodką wodę z rzek i pozdychało mnóstwo ryb i skorupiaków, po prostu jakaś morska apokalipsa. Jednego tak ssie z tego niełowienia, że chodzi z camarones – małymi krewetkami – po kieszeniach i zakłada w porcie pułapki na kraby, chociaż nie wolno. Od razu pierwszego dnia dostaliśmy półmisek kalmarów z zaznaczeniem, że to są wszystkie kalmary z tego sezonu, więcej nie ma. Wszystko dla nas. Myślicie, że mi powieka drgnęła?… Zeżarłam co do jednej macki. Takich kalmarów, jak robi żona przyjaciela N., nie jadłam absolutnie nigdzie. Nie są nawet odrobinkę gumowe. Podobno to dlatego, że nie są łowione siecią i zgniecione przy wyciąganiu, a później nie leżą surowe nie wiadomo ile czasu, tylko są łapane pojedynczo na wędkę i od razu chlast! Do zamrażarki (kalmary się powinno przemrozić, tylko świeże, tak samo jak ośmiornicę – albo ją biedulę tłuc młotkiem, żeby była miękka).

Oprócz tego żarłam morcillę z Leon (sprowadzoną specjalnie na mój przyjazd), niesamowity ser, który robi się z mleka od jednej krowy, następnie dojrzewa rok, a później wylewa się ze skórki. Żarłam sargo – też odmrożone, ale własnoręcznie złapane – z piecyka, tylko z oliwą, białym winem i czosnkiem (i ziemniaczkami w plasterki). Niesamowicie przyrządzone antrykoty ze smażonymi platanami w restauracji A Favela w Vigo – myślałam, że pęknę po tej uczcie, tym bardziej, że na deser mieli flan de cafe –  jadłam drugi raz w życiu i to jest niesamowicie pyszny deser. Nie wiem, czy nie wolę flan de cafe od crema catalana, nie wiem, nie wiem. Zjadłam nawet rączkę ośmiornicy, bo częstowała mnie Amelia, żona Paco, tak urocza i serdeczna, że z jej ręki zjadłam nawet ośmiornicę i gadałam z nią po hiszpańsku, chociaż nie umiem. Ośmiornica ciekawie zrobiona, inaczej niż po galicyjsku, w takim leciutkim winegrecie z cebulą. Żarlam chistorrę, przepiękne ciastko flores – wrzucę zdjęcie – biszkopty z Noia, a nawet flaki, bo jest sezon na flaki i w winiarniach je podają na przystawkę. Oczywiście popijając Mencią, Ribeira Sacra i moim ulubionym Amandi.

A przepraszam! Jednego nie dałam rady zjeść. Mianowicie galicyjskiego botelo. To jest pęcherz świński, w który się wkłada mięso odkrojone z żeberek, bardzo mocno opapryczone, a później się ten cały towar powolutku gotuje, na małym ogniu, a na półmisku się rozkrawa pęcherz i wyjada to mięso. Już pominę, że wygląda, jakby nieszczęsne zwierzę połknęło granat i tak je zebrali szufelką, to mięsko ma mnóstwo tłuszczu i chrząstek. Znam takich, co by to zjedli razem z półmiskiem, ale ja niestety nie bardzo. N. zjadł i dwa dni botelo mu się kokosiło w żołądku, zanim je wyegzorcyzmował cocacolą.

A teraz będzie klu, czyli tajemnicza instrukcja, jak od tego wszystkiego nie przytyć ani grama! Zupełnie za darmo dla wszystkich!

No więc, nasi przyjaciele mają mieszkanie BEZ OGRZEWANIA. W przepięknej kamienicy w pierwszej linii z widokiem na port, plażę i ocean, z przeszklonym salonem… Więc w mieszkaniu jest mniej więcej tak ciepło, jak na zewnątrz. Plus niesamowita wilgoć. W łazience puszczaliśmy przed ablucjami dmuchawę na pół godziny, a i tak pod każdy prysznic wchodziłam prawie z okrzykiem BANZAAAAI! Ręczniki nie schły. Rano miałam wrażenie, że wciągam dżinsy na mokro. Ciepło robiło się tylko pod kołdrą, czyli rzadko i na krótko, bo kto by tam spał. Przy wyjściu na zewnątrz człowiek miał wrażenie, że jest cieplej niż w domu (i często było). Biedny, ciągle zmarznięty organizm zużywał każdą kalorię i każdy kieliszek wina, żeby się choć trochę ogrzać – prawda, jakie to proste? Po czterech dniach tego treningu chciałam błagać, żeby pozwolili mi spać w nagrzanym samochodzie.

Ale przytyć – nie przytyłam.

Boziu, jak mi będzie brakować tych ich knajp i barów, nawet nie dlatego, żeby się wieczorem natrąbić, bo mogę sobie otworzyć flaszkę wina w domu i wyżłopać duszkiem, ale nie o to chodzi. W tych barach jest tak cudownie (nawet, jak się rozumie połowę tego co mówią do człowieka i umie odpowiedzieć wyłącznie „Si” oraz „Muy bien”), chodzi się po barach według ściśle określonego klucza: „Idziemy do tej, bo wziął ją w ajencję taki fajny chłopak po studiach, biolog, a później tam gdzie to młode małżeństwo, bo mają małe dziecko i się potrzebują dorobić”. W każdej knajpie towarzystwo od lat 0 do jakichś 90 (ale młodo wyglądające 90) i bardzo bym chciała zobaczyć zwolennika opinii „dzieci w restauracji nie, bo się głośno zachowują” – har, har. Tu by musiały mieć płuca jak Monserrat Caballe, żeby być usłyszane, bo wszyscy dyskutują NIE NAJCISZEJ, mówiąc oględnie. Ale mniejsza o dzieci, najbardziej mi się podoba, że tu do barów chodzą starsi i niepełnosprawni. Osoba na wózku w barze to normalny widok, nawet jak leci mecz to zawsze chłopaki pomogą wjechać i przynieść piwo z baru, nie przestając komentować, przeklinać i wygrażać trenerowi oczywiście. I że przychodzi cała rodzina, wnuczka lat 3, kuzynka lat 17 i abuela lat 84 – i każdy ma z kim pogadać i poprzeklinać na polityków (ooo, jak oni jadą na polityków, nie gorzej niż my, a może nawet lepiej, bo mają na dodatek rozpustną rodzinę królewską). Tylko zapłacić jest trudno, nam się udało chyba tylko dwa razy.

Ale przez całe dwa dni NIE PADAŁO! Tracę moc, tracę moc. Albo się starzeję.

Jak to miło mieć w domu ogrzewanie i kominek! (Jeśli piec działa, naturalnie, ale ostatnio tfu na psa urok działa, może coś knuje).

0 Replies to “O JEDYNEJ PRAWDZIWEJ SKUTECZNEJ METODZIE NA NIEPRZYTYCIE”

  1. Mnie się szalenie podoba w Hiszpanii to, że niemowlęta są normlanie zabierane do knajp. Siedzisz sobie w barze, a tam para z paromiesięcznym niemowlakiem o 24 sobie z przyjaciółmi siedzi. Dziecko śpi, a rodzice się bawią i nikt im nie zwróci uwagi, że nie wypada, albo będzie krzywo patrzył.
    Dodatkowo co wieczór do knajpy, w której przesiadywaliśmy przychodził starszy Pan, na oko, jakieś osiemdziesiąt parę latek. Przychodził sam, siadał i zawsze ktoś się do Niego przysiadł, zagadał. Super! Często my wychodziliśmy przed Nim, bo już nie dawaliśmy rady! Taka emerytura, to by mi pasowała!

  2. No tak, juz sie cala obslinilam dookola.
    Moglabys opisac (no nie mowie ze przepis podac, bo to juz bylaby pelnia szczescia) jak te kalmary byly zrobione/z czym oraz flaczki?

    Tu w Buenos tez serwuja jedno i drugie, ale w ogromnej wiekszosci miejsc kalmary gumowe i na jedno kopyto, a mondongo w postaci zupy i niczego innego nigdzie nie widzialam. Przystawka brzmi interesujaco 🙂

    • Ten nasz przyjaciel mówi, że niektóre kalmary zawsze wyjdą gumowe, np. afrykańskie (jak opona), albo te co się zgniotły. Świeży – do zamrażarki na 2 tygodnie. Później w paseczki i w specjalnej mące do panierowania ryb i owoców morza (tam jest chyba mąka zwykła, kukurydziana i coś jeszcze) – ale cieniuteńko i otrzepać na sitku z nadmiaru – i na gorącej oliwie nie wiem, czy 2 minuty, bo na pewno nie dłużej. Ale przepyszne zrobiła też niepanierowane, wrzucone na oliwę z papryką i pietruszką, też na moment.

      A flaki wszystkie były z taką dużą ciecierzycą i mnóóóóóstwem papryki, a tak to róznie: czasem z innymi warzywami (marchew, ziemniaki), czasem gotowane ze świńską nóżką w plasterki, ale ten wielki groch był zawsze.

    • A ja własnie przepadam za kalamarami głównie dlatego, że są gumowate, no i że z pietruszką. Innych nie jadłam.
      A nie, prardons! W czasach PRL moja mama kupowała kalmary i robiła je ala flaczki. Z groszkiem, marchewką i papryką na pikantnie. Cudo-miodzio 🙂

      Ale narobiłaś smaka, Barb! teraz będa za mną chodzić kalmary i szeptac, krzyczeć, wrzeszczeć.

      A’propos jedzenia, mma na jutro zrobic wykwintna kolację. Koszt pokrywa gość, tylko ma być cos pysznego. Nie mam pomysłu. Krewetki owszem, mogłyby być, ale umiem tylko smazone , a to już chyba nie jest wykwintne za bardzo. Homara nie wyczaruję, a nawet gdyby, to zrobić bym nie umiała. Zaznaczam, że narobić w przy jedzeniu nie lubię. Więc co zrobić? Poradźcie Kochani coś.

      • Krewetki na przystawkę na na głowne mięso? Wołowa polędwica z wątróbką gęsią i konfitura z cebuli!… (TERAZ JA MAM ŚLINOTOK)

        • Bardzo dobre menu, bo faktycznie narobić się nie trzeba, a pycha!
          Gość zapowiedział sie 2 godziny przed umówionym czasem, więc dostał tylko przystawke, ale BAAARDZO BYŁ KONTENT.
          Duże krewety na „spagetti” z cukinii i marchewki. Mozna zjeśc tonę i nawet w pokoju z kaloryferem nie przytyć ;))
          Indagował jak zrobić takie paski z warzyw, no ale to oczywiście sekret szefowej kuchni, no nie? 🙂

    • Tak, jasne! A jak sie przeziębisz, to nawet schudniesz, bo apetyt stracisz. Jak reumatyzm Cię połamie, chleba nie ukroisz – a przec to same węglowodany!
      Można też tyłkiem zasiąść w zaspie śnieżnej, podobno świetne na cellulit. Albo odwalić drzemkę na lodowisku, niczym hrabinia Zajączkowska ;)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*