O POGODZIE I OPUKIWANIU

Dla odmiany teraz pieska bolą plecy. A ja sobie cichutko zwariuję niedługo.

Jakby ktoś wiedział, jak podać kapsułkę z olejami omega 3, tak żeby ręce, psie posłanie i w zasadzie cały dom nie śmierdziały jak statek wielorybniczy, to ja chętnie takiej porady wysłucham. Oraz – jak nie oszaleć od tego wszystkiego, też przydałyby mi się jakieś podpowiedzi. 

W internetach czarujące prognozy CHŁODNEGO czerwca. No tak, bo po majowych upałach przydałoby się wytchnienie, ha ha. Ja chcę klapki! Sandałki! Chcę siedzieć na tarasie bez owijania w trzy koce! Jak już i tak mam tkwić w domu przez całe wakacje, a może i dłużej – bo na jesień zapowiadają powtórkę z rozrywki i pewnie nigdzie w tym roku nie wyjedziemy – to przynajmniej chcę siedzieć na WŁASNYM tarasie wysmarowana świecącym balsamem do kurwy nędzy! (Reklamowy mailing z hoteli z Teneryfy, które zapraszają od pierwszego lipca, nie pomaga. NIE POMAGA).

Ciąg dalszy przygód Dragona był bardzo interesujący, szczególnie cekinowy dinozaur – na widok takiego glamour w kosmosie prawie, PRAWIE im wybaczyłam te gumofilce. Naprawdę bardzo ładny. I znowu trzy godziny czekałam, aż wyjdą z kapsuły na ISS – przy czym przez chwilę wydawało się, że mogą być problemy, bo pan kapitan z ISS nie mógł odkręcić mutry z pokrywy luku. Szarpał się ładnych kilka minut. No a później już tylko mikrofon mieli na złym kanale, ale to już drobiazg. (I była świetna rozmowa, podczas której meldowali Houston, które posiłki z którego pudełka zjedli – serio, nie można sobie po cichu wciągnąć dodatkowej saszetki z tą kosmiczną paszą? Ze wszystkiego muszą się wyspowiadać? Nie dali im nic ekstra na zapas? Coś okropnego).

O jakie mam cudo w horoskopie na dziś: „Poczytaj o metodzie opukiwania. Polega ona na delikatnym stukaniu w konkretne punkty na swoim ciele, by odmienić sposób myślenia czy też postrzegania siebie” – nawet nie wiedziałam, że to ma jakąś nazwę! Stosuję od dawna – najczęściej pukam się w czoło; a czy pomaga? To już zupełnie inna kwestia. 

O ELONIE I KRÓWKACH

Moja skleroza ma się dobrze – z tego wszystkiego wzięłam i zapomniałam, że trzeci sezon „Killing Eve” już jest gotowy do degustacji! Na razie udało mi się trzy odcinki zaliczyć – Vilanelle w formie, ciuchy ma bardzo ładne, a jak wsadziła ukradzione dziecko do kosza na śmieci, to prawie ze śmiechu zapomniałam, jaki chujowy rok mamy. No i mina mojego męża, kiedy wraca do domu z roboty, a stara na całe gardło śpiewa „I had to kill you, I’m really sorry” – bo sobie odświeżałam ścieżkę dźwiękową i jakoś to się do mnie przyczepiło. Ach.

A środowy wieczór poświęciłam Elonowi Muskowi, który wysyłał w kosmos rakietę z Przylądka Canaveral, pierwszy raz od dziewięciu lat załogowy lot z USA, więc transmitowali w sieci wszystko co się dało. Od ubierania astronautów do przejażdżki Teslami na kosmodrom, przypinanie w fotelach i dwie godziny siedzenia w kapsule (jeden drzemał, a drugi miał ADHD i cały czas pukał w ekrany dotykowe). Wszystko po to, żeby szesnaście minut przed startem ogłosić, że JEDNAK NIE LECĄ, bo deszcz. Fenkju, Elon Musk, za moje nerwy! 

Natomiast co do nowych skafandrów, którymi wszyscy się podniecają – może one są i lekkie, wygodniejsze, bardziej funkcjonalne, ale co do „futuristic look” to bym dyskutowała – PONIEWAŻ SĄ W KOMPLECIE Z GUMOFILCAMI. No litości, wysyłać ludzi w kosmos w GUMOFILCACH? Elon, weź no się. Ja wiem, że teraz masz małe dziecko (o dziwnym imieniu) i niedobory snu, ale no do cholery jasnej. 

No i w tym tygodniu założyłam dżinsy, wszystko pięknie – zapięłam się, nie cisnęły mnie, ucieszyłam się, że może wychodzę na prostą po tej domowej amebozie – a tu TADAM! N. kupił krówki Wawela. Myślałam że nie lubię kruchych krówek – niestety LUBIĘ. Sabotażysta.

O KOLEJNYM HISZPAŃSKIM SERIALU

No więc:

– padła mi płyta główna w pracowym komputerze (ale byłam wściekła! Nawet horoskopu od rana nie mogłam sobie odpalić do herbaty);

– zaczęły się wyjazdy w delegacje, czyli wstawanie o trzeciej w nocy;

– jest zimno; oraz

– N. się wciągnął w KOLEJNY hiszpański serial „Życie bez pozwolenia” i maltretuje mnie wieczorami.

Na poziomie intryg i gry aktorskiej serial jest jak hiszpańska wersja „Dynastii” albo tej tam, co ją krokodyl poszarpał. Może nie że od razu człowiek ma ochotę wydrapać sobie oczy, chociaż prawdę mówiąc – trochę ma. Mają najgorzej na świecie zagranego geja, jest tak beznadziejny i przerysowany… w ogóle połowa aktorów jest, odnoszę wrażenie, z konkursu talentów ogłoszonego w miejscowej smażalni kalmarów.  Jedynym, JEDYNYM plusem jest to, że dzieje się w Galicji i można sobie na nią popatrzeć – krajobrazy, brzeg morza, zatoczki i plaże, nawet empanadę jedzą pod mostem koło Noia. Chociaż nie wiem czy ten plus nie jest chwilowo minusem, bo nie możemy tam pojechać (już siedzą w knajpach i obżerają się owocami morza, nasz przyjaciel przysłał nam filmik z kolacji, złośliwiec jeden). No więc bardzo cierpiałam, ale żyłam nadzieją, że na Netflixie jest tylko jeden sezon dostępny i dam radę.

OKAZAŁO SIĘ, ŻE WRZUCILI DRUGI SEZON.

Nie wiem, jak to przetrwać nie popadając w marskość wątroby (flaszka wina pomaga w odbiorze, ale nie dam rady codziennie pić! A odcinki JAK NA ZŁOŚĆ mają po półtorej godziny!). 

A dziś umówiona byłam z Zebrą na dziewiątą, że przyjdę odrabiać z młodą lekcję. I jak się już wyszykowałam (tj. w dres wyjściowy, w odróżnieniu od dresu indorowego), to ona dzwoni, że jednak mi przekłada na jedenastą. No wiecie co! Dwie godziny dłużej byłam w biustonoszu przez takie przekładanie w ostatniej chwili. Ile człowiek się musi napoświęcać dla rodziny, to naprawdę.

Nic mi się nie chce. Wcale się nie dziwię mojemu pracowemu komputerowi, że padł.

O NOWYCH EPITETACH

Umęczone jesteśmy tym wszystkim, ale przestałam już robić zdjęcia KAŻDEJ kupy, więc chyba jest postęp. Chociaż Szczypawka obrażona, bo dostaje specjalną karmę gastrointestinal, i to NAMOCZONĄ (zero chrupek!), więc przy misce jest samba (trzy kroki do przodu, bo głodna, i dwa do tyłu, bo miała nadzieję na COŚ INNEGO, i znowu do przodu i tak pół godziny). A i my dzięki temu jemy mniej, bo przy żebrzących psich oczach wszystko staje w gardle – no i dobrze, bo kolekcja spodni w gumkę w pasie NIEBEZPIECZNIE mi się powiększa.

Przy okazji ostatecznego rozpierdolenia Trójki poznałam nowe określenie, użyte w komentarzach pod którymś artykułem: „kurwy weneckie”. Bardzo mi się spodobało, bo ja lubię zwięzłe epitety, które niosą duży ładunek informacyjny i emocjonalny („Oby wam flaki zgniły i wypłynęły dupą” też jest bardzo dobre, ale jednak dłuższe, a jak człowiek zdenerwowany, to liczy się każda milisekunda). 

Czyli tak: ogólnie chujnia – pogoda brzydka, zimno, internet słaby jakiś ostatnio, a w lodówce znalazłam dwa kefiry i miałam taką pustkę w głowie, że pytam N., czy 22 kwietnia to już był. 

– Nie no, COŚ TY – N. na to – dopiero będzie! Za niecały rok.

Może i racja, ale jednak je wylałam (chociaż podobno nabiał można jeść po dacie przydatności do spożycia, jak ktoś lubi życie na krawędzi – ale ja mam ostatnio dosyć przygód żołądkowo – jelitowych i raczej podziękuję).

Podobno na jedną butelkę wina potrzeba soku z około 700 winogron. Ha, no to niezłą plantację już przepuściłam przez swój organizm (i mam nadzieję, że będzie się ona powiększać, bo lubię wino, no i – nie da się w tym kraju NIE PIĆ).

PS. Apropos pić – w dzisiejszym horoskopie jest zalecenie, że mam wypić czarną lemoniadę (???!!?). Ponieważ nie mam w domu wszystkich składników, to chyba zastąpię ją jednak czerwonym winem, tak sobie myślę.

O PSICH KISZKACH – NADAL

Z pieskiem to do przodu, to do tyłu, jak w życiu – w końcu nie bez powodu starożytni Rzymianie mawiali „Co się polepszy, to się popieprzy”. (Oraz – też już mam zdjęcia kup w telefonie; już się NIGDY nie będę z nikogo śmiała z tego powodu, obiecuję) (a w ogóle i tak lepsze psie kupy, niż penisy). Natomiast jeśli chodzi o leczenie, to okazało się, że w Polsce mamy znacząco utrudniony dostęp do leków na chorobę wrzodową żołądka.

NAPRAWDĘ? Myślałam, że w naszych dobrozmianowych aptekach nie ma leków tylko na tarczycę, padaczkę, onkologicznych, immunosupresyjnych, przeciwzakrzepowych i na nadciśnienie (no i OCZYWIŚCIE antykoncepcyjnych i HTZ). A tu jeszcze i na wrzody, no proszę. Nie, nawet nie będę tego komentować, bo sama dostanę wrzodów (o ile jeszcze nie mam).

A na zastrzyki jeździmy do cioci Zebry – próbowałam, ale wymiękłam, bo to trzeba mieć pewną rękę, a ja się czaiłam i kiedy w końcu dźgnęłam to pies dostał histerii i teraz za nic na świecie nie chce się do mnie odwrócić TYŁEM. W dodatku jak zadzwoniliśmy o szóstej rano, to szwagier nie odbierał, bo o tej godzinie to się dzwoni powiedzieć że ktoś umarł. No po prostu nasze życie ostatnio to SKARBNICA ANEGDOT (kurwa mać).

Na moim ulubionym forum wątek „Dlaczego nie lubicie wesel?” – hmmm… OD CZEGO MAM ZACZĄĆ?

O PSIEJ MEDYCYNIE

W pewnym momencie wizyty padło pytanie:

– Czy piesek ostatnio więcej pije?

Już miałam na końcu języka, że piesek to może nie, natomiast ja – jak na zaistniałe okoliczności – piję stanowczo ZA MAŁO. I zamierzam to nadrobić. 

W dwie godziny piesek miał USG, echo serca (oba z opisami), morfologię (z wynikiem), diagnozę, zastrzyk, receptę i termin wizyty kontrolnej. Te badania to dlatego, że psina ma już swoje lata, a z objawów sądząc – to mogło być WSZYSTKO. Mam ochotę się zapisać do tej przychodni, żeby i mnie leczyli; zwierzęta w poczekalni są dodatkową zachętą.

N. się włączył w proces diagnostyczny i przez dziesięć minut z pasją, zaangażowaniem i gestami opisywał pani doktor Szczypawki poranną kupę. Na koniec stwierdził, że żałuje, że nie zrobił zdjęcia i wyrwało mi się spontanicznie JEZUS MARIA CHYBA JUŻ CAŁKIEM OSZALAŁEŚ – na co pani doktor, że ALEŻ OCZYWIŚCIE, że ona ogląda takie zdjęcia NIEJEDNOKROTNIE. To jednak jest ciężki zawód, wymagający poświęcenia i pasji. Już nawet nie chodzi o chorego zwierza, tylko o właściciela ze zdjęciem kupy w telefonie. Nie wiem, czy bym dała radę, naprawdę.

Stanęło na zatruciu albo bakterii w kiszkach i jak leżę w nocy i nasłuchuję, czy znowu jej bulgocze w brzuchu, to prawie już skończyłam pierwszy kryminał „Mężczyzna na dnie” – naprawdę świetny i bym go skończyła w jedną noc, gdyby nie to, że jeszcze czytałam „Pod śniegiem” – też czeska, ale obyczajowa. Bardzo dobra, o trzech siostrach, miałam ochotę je wszystkie wychłostać pokrzywami. 

A dziś od rana jest porażająco zimno i tak, padał śnieg – a więc idę pić wódkę, zgodnie z obietnicą (o trzynastej muszę wcisnąć Szczypawce do gardła kapsułkę wysmarowaną masłem – ciekawe, czy po pijaku trafię).

O TYM, ŻE CHYBA SIĘ UPIJĘ

No więc kraj miał piękny weekend NIEWYBORCZY, a my – nocne spacery i sprzątanie rzygów na tarasie. Dziś znowu do weterynarza, więc humoru za dobrego nie mam. 

W sobotę po południu jechaliśmy z pacjentem przez naszą wieś i w co drugim ogródku oczywiście siedziały grupki przy stolikach i dymiących grillach, ale przynajmniej raz ta cała epidemia na coś się przydała. Wszyscy pili wódkę i wciągali promocję z grilla – W CISZY. Żadnej discopolowej rąbanki, dudnienia ani odgłosów godowych Zenka! Przez całe popołudnie słyszałam w ogrodzie tylko ptaki (mamy małe szpaczki, na szczęście w tym roku nie bezpośrednio nad tarasem). 

Oczy mam podkrążone bardziej niż minister od leczenia, a jutro podobno śnieg. Jak nie piję wódki, to naprawdę chyba się upiję I TO DO LUSTRA, bo mam system overload – epidemia, kloaka polityczna, chory pies I JESZCZE ŚNIEG? Idę kieliszki polerować.

O DUCHU ZATEM – ZGODNIE Z OBIETNICĄ

(Jeszcze dwa dni później zmywałam z szyi niebieską farbę, a Szczypawka paradowała z piórem na nosie).

No to teraz o duchu. Śmichy chichy, ale włoski na przedramieniu nadal mi dęba stają, jak o tym myślę.

Wstaję sobie którejś nocy do łazienki (wiadomo – poprawić fryzurę), wychodzę z sypialni, a tam… A tam PALI SIĘ ŚWIATŁO w małej zapasowej sypialni, do której nikt nie wchodzi, chyba że ktoś u nas nocuje. Oczywiście narobiłam wrzasku, N. wstał z takim „Oesu, a ty znowu coś wymyśliłaś”, wychodzi na korytarz i widzę, jak momentalnie się budzi.

Bo naprawdę, NAPRAWDĘ żadne z nas tam nie wchodziło od dawna. A to światło, gdyby się paliło wcześniej (w szparze pod drzwiami), to byśmy je przecież zauważyli. W każdym razie N. obszedł dokładnie cały dom z kijem do otwierania okien dachowych, a ja się staram od tamtej pory omijać wzrokiem nawet zamknięte drzwi do tego pokoiku.

No i teraz jak mówię o duchu lub innym bycie zamieszkującym nasz dom równolegle z nami (po co duchowi światło?), to jakoś już nie słyszę komentarza, że o wszystkim opowiem mojemu psychiatrze, ze szczegółami. BO SAM TO ŚWIATŁO GASIŁ w środku nocy. A jak wieszałam pranie i mi skrzypnęło za plecami, to o mało nie dostałam zawału. I w ogóle nie wiem, co dalej robić w tym temacie.

Na dodatek zamówiłam sobie czeskie kryminały i teraz nie wiem, czy będę w stanie je przeczytać – jakoś odechciało mi się chwilowo horrorów i zwłok. 

Za to nadal oglądamy historię hiszpańskich więźniarek, chociaż mnie już od tego WSZYSTKO BOLI, bo w każdym odcinku kilka razy skaczą przez rekina i ręce człowiekowi opadają. Staram się przynajmniej pocieszać, że przyswajam język (aczkolwiek językowo zauważam nadreprezentację puta mierda). 

A na fejsbuku wyświetlił mi się, uwaga, biustonosz przeciwzmarszczkowy. Fascynujący produkt. Trochę się prezentuje jak szelki mojego psa (tylko na człowieku płci żeńskiej). Od dwóch dni próbuję go logicznie zgłębić, na razie bez powodzenia.

I tak sobie żyjemy. Z pandemią, duchem i dziurą w paznokciu. A co u Państwa?…

O REFLEKSYJNEJ MAJÓWCE

Jak tam majówka?

U nas była botwinka w postaci zupy, a resztę czasu spędziłam właściwie na rozmyślaniach. Głównie o przemijaniu i o tym, co w moim wieku jeszcze wypada, a co nie. Nawet nie zauważyłam, że ktoś mi zrobił zdjęcie podczas tych medytacji.

Co prawda miałam następnego dnia lekkiego kaca, ale warto było. A z tych boa strasznie wypadają pióra, ale i tak są fajne (zwłaszcza, że takie rozsiane pióra pogłębiają nastrój dekadencji).

Dobrze, że trochę popadało.

Śniła mi się Hiszpania.

PS. Zrobiłam sobie dziurę w paznokciu przy samej macierzy, drugi raz w życiu. Brawo.

O ZMIANIE POGODY

Wczoraj był wspaniały dzień. Po pierwsze bolał mnie łeb na zmianę pogody, a po drugie gadałam z Zebrą o tym, że naprawdę musimy już umyć łby, bo mamy brudne. Nawet się trochę licytowałyśmy, która ma brudniejszy i chyba ona wygrała, bo powiedziała: „Mam już taki brudny, że brzydzę się podrapać”.

Warto było mieć całodniowego globusa, bo w końcu trochę popadało.

Poprzednie dni próbowałam spędzać na tarasie i cieszyć się piękna pogodą, ale po pierwsze wiało, po drugie – we wszystkich, WSZYSTKICH możliwych krzakach spółkowały gołębie (lub inne gatunki ptactwa) i to bardzo głośno. Te, które już skończyły siedziały na gałęziach nad tarasem i próbowały wcelować we mnie kupą. A w herbacie natychmiast utopił mi się jakiś robal. Czy to są warunki do relaksu, ja się pytam?

Poza tym ciągniemy wieczorami z N. hiszpańskie więźniarki – N. zachwycony, a mnie tak wkurwia główna bohaterka – farbowana blondyna, że najchętniej w każdym odcinku topiłabym ją w beczce jednocześnie strzelając z kuszy. Chyba scenarzyści mają podobne do moich uczucia, bo w każdym odcinku ktoś ją tłucze albo inaczej się znęca. Ale zaintrygowało mnie, dlaczego po hiszpańsku na kapusia mówi się SAPO – czyli ropucha. Ropuchy raczej nie są zbyt rozmowne, przynajmniej ze mną żadna nie chciała gadać. Może mnie nie lubią? (Panie doktorze, ropuchy mnie nie lubią i mam przez to zaniżone poczucie własnej wartości).

Aha, no i mieliśmy akcję z duchem, ale o tym w następnym odcinku.