O ŚLUBIE, POZIOMCE I KOLEJNEJ NIECHCIANEJ POBUDCE

Dziś pobudka była o 4.35 – jak słowo daję, Szczypawka, zobaczysz – kupię ci śpiworek ZASUWANY Z ZEWNĄTRZ. O tej godzinie to pańcia się kiedyś (dawno, dawno temu, co prawda, i może ze trzy razy, ale JEDNAK) kładła spać!

W weekend wszyscy żyli Royal Weddingiem. Pamiętam że oglądałam poprzedni – wszystko dlatego, że byłam w pracy (w pracy – to oni brali ślub w dzień powszedni?) i akurat musiałam podpisać jakieś siedemset tysięcy stron oferty przetargowej, więc jako tło włączyłam sobie ten cały ŚLUB. Najlepiej pamiętam Camillę, na temat której leciały komentarze że chyba jest zawiana, i faktycznie dziwnie się kołysała w kościelnej ławce i potykała idąc. No trudno, z wiekiem coraz bardziej lubię Camillę, a coraz mniej Dianę (histeryczkę). A z przetargu nic nie wyszło i patrząc wstecz i mając w pamięci, z kim startowaliśmy, mogę tylko westchnąć – i Bogu dzięki.

A na temat ŚLUBU SNL zrobił znakomity skecz – książę Harry („Prince Harry Markle”) oprowadza po swoim weselu. Przy czym najlepsze jest to, że oni ten skecz wypuścili KILKA GODZIN po prawdziwym weselu, a wszyscy aktorzy są w idealnie skopiowanych kostiumach! To się nazywa profesjonalizm.

N. szaleje ogrodniczo (jak to dobrze, że on ma do tego żyłkę, bo z moim talentem do zasuszania nawet najbardziej odpornych kaktusów mielibyśmy uroczy ogródek jak z filmu „MARSJANIN”) (minus ziemniaki, oczywiście), natomiast kupił w sobotę dość niepokojące poziomki. Ładne, ale chyba MUTANTY – żeby poziomki były takie olbrzymie?…

Oho, wyszła nowa książka Elizabeth Strout. I chyba kupię „Prawdziwą historię” – na podstawie której Polański zrobił film (z Eve Green!), bo mam jedną książkę tej de Vigan i bardzo mi się podobała. Bo skończyłam Komedę i znowu nie mam co czytać. To znaczy został mi jeszcze tylko „Koniec śmierci”, ale to jest lektura, która wymaga stu procent uwagi – uważam trylogię Cixin Liu za rewelację na miarę Diuny i cyklu Endera. Nawet Hyperion się nie umywa.

Czy są jakieś tabletki nasenne dla psów? A konkretnie – dla nadpobudliwych porannie jamników.

PS. Aaaaaa, bo bym ZAPOMNIAŁA – przeczytałam świetny kawałek na temat odchudzania – w skrócie chodzi o to, że aby schudnąć i zrzucić tłuszcz, trzeba JEŚĆ TŁUSZCZ. Takie porady to ja lubię i cenię. Gdzie moje masło!

PSPS. Odsypia teraz, mały potwór.

 

 

O FRYZJERZE I OGLĄDANIU PORANKA

A któż to był u fryzjera?

Rzucała mi z wanny spojrzenia na zmianę błagalne („Zabierz mnie stąd i uciekajmy!”), zmiękczające („Ja bym ci nigdy czegoś takiego nie zrobiła. NIGDY”) oraz pogróżki („Poczekaj, w domu się policzymy”). Trochę się jeszcze nie odzywa, ale przynajmniej przestała się drapać i przynosić z każdego siusiu do domu zielnik polski na podwoziu. Aha, i ma takie słodkie wałeczki tłuszczu na dupie i bioderkach! Już niestety nie da się tego przykryć grubym futrem.

SZCZYPAWKA, ODCHUDZAMY SIĘ! (Od jutra, OK? Dziś ma padać i rozwalili nam drogę i chodnik, jeszcze wpadniemy do jakiegoś wykopu i zaleją nas betonem).

„The Good Fight” drugi sezon znajduję naprawdę niezłym, aczkolwiek w jedenastym odcinku Diane zapisuje się na Aikido, co mnie lekko załamało, nie ukrywam. DIANE! I ty Brutusie?… Mam nadzieję, że to taki chwilowy kaprys i szok związany z brutalnymi wydarzeniami wokół niej i że zaraz się wypisze i przywróci homeostazę. A na końcu odcinka prawie się popłakałam (ze śmiechu też).

Dziś o 5.25 byłam już po śniadaniu (DLA PSA) i po kawie (DLA N.). Droga Redakcjo, jak przestawić psu budzik, bo co prawda wiosenne poranki są piękne i tak dalej, ale wezmę i zwariuję.

 

O ZIMNIE W UPALNY DZIEŃ I NAJLEPSZYCH PROSZKACH ŚWIATA

Wszyscy się w weekend opalali, a ja w najgrubszym swetrze trzęsłam się z zimna. Oczywiście podejrzewam klimatyzację, którą N. mimo moich sprzeciwów puszcza w samochodzie na cały zycher, a mi ona śmierdzi trupem. Albo krążenie mi wysiadło już całkiem. A teraz jeszcze czytam, że koniec przedwczesnego lata i idzie ochłodzenie.

Tak więc trzęsłam się i czytałam drugą część „Trupiej farmy” i nie jestem całkowicie usatysfakcjonowana (jak ta pani w „Przyjaciołach”, która zjadła batonik). Po pierwsze, jest za mało nowych spraw, a na dodatek niektóre podzielone są na kilka rozdziałów. Po drugie, jakoś mniej jest technicznych detali i szczegółowych opisów ich pracy. Z całej książki najlepiej zapamiętałam dwie informacje: że za gałkami ocznymi mamy tłuszcz oraz że larwy muchy plujki potrafią zjeść do 18 kilogramów tkanki miękkiej na dobę. Dobrze, że ja nie mam takich możliwości, bo przy powrocie z Hiszpanii musiałabym kupować dwa miejsca w samolocie.

A w ogóle to najlepszy wejście weekendowe miała moja ciotka, piastująca zaszczytne stanowisko mojej MATKI CHRZESTNEJ. Otóż w Biedronce przy kasach wyjęła z torebki blister Xanaxu, zaczęła nim wymachiwać i poinformowała mnie (i przy okazji kasjerów, i ludzi w dwóch równoległych kolejkach), że to są NAJLEPSZE PROSZKI na świecie, nie ma lepszych, nic człowieka nie jest w stanie po nich zdenerwować, a świat jest piękny (różowy, beżowy).

Oczywiście. Dlatego szary obywatel nie może ich sobie kupić.

O, jaki piękny nagłówek w Superekspresie: „Makabra! Mordował gotował zapychał rury trupami”. Nareszcie coś ciekawego, a nie tylko w kółko Doda i Rozenek.

 

O DZISIEJSZEJ POBUDCE, TRENDACH I POKRZYWIE

Uroczo się dzień zaczął – najpierw piesek zarządził pobudkę za dwadzieścia piąta (ostatnio N. wstawał o czarujących porach typu czwarta dziesięć i najwyraźniej Szczypawce przestawił się zegar biologiczny, a zwłaszcza kulinarny – nie ma jak śniadanko przed piątą rano), a następnie ganiałam po sypialni ze słoikiem łapiąc wielkiego WIDLICHA. Doprawdy.

No właśnie, ja też z tymi TRENDAMI mam jak nie przymierzając zarazek epidemii, co przyszedł na imprezę jak już wynaleźli szczepionkę: wszyscy już dawno, a ja się dopiero dowiaduję. Na przykład z tą cebulą z krajów śródziemnomorskich – wszyscy OD DAWNA wożą, a mnie dopiero koleżanka podpuściła (gdyby nie to, dalej bym żyła w błogiej, bezcebulowej nieświadomości). Identycznie mam z np. konturowaniem twarzy – nagle z dnia na dzień wszyscy to POTRAFIĄ i swobodnie konturują na co dzień i w ogóle. Znam swoje możliwości i o ile cebulę mogę przywieźć, to do konturowania nawet się nie przymierzam.

Wyczytałam, że maj jest najlepszym miesiącem na pokrzywę – teraz podobno są najsmaczniejsze. NAJSMACZNIEJSZE. Powiedziałam o tym N. (nawet kilka razy), ale jakoś nie był szczególnie zainteresowany. Gdybym mu ugotowała z boczkiem, to by zjadł. W zasadzie to większość rzeczy by zjadł, gdybym mu ugotowała z boczkiem. Kto degustował tegoroczną pokrzywę?

Jaka piękna pogoda, to nawet JA nie mam się do czego przyczepić. No dobra (he, he – JA się nie mam do czego przyczepić?…) – mogłoby trochę deszczu spaść, bo jak wczoraj posiedziałam na tarasie, to byłam cała w żółtych pyłkach, zmywałam je nawet z soczewek (a okna to już NAWET NIE WSPOMNĘ, jak wyglądają). No więc deszczyk by się przydał. W dodatku na Netflixie rzucili znakomity serial – „Safe”. Brytyjski, ale z Dexterem, mężem Kalindy i panią detektyw z „Case histories”. Mniam, mniam oraz mniam.

Na zakończenie podzielę się dobrą radą, która ostatnio szczególnie mi się spodobała:

„Bądź miła, uśmiechaj się i nie obnażaj w miejscach publicznych”.

Amen to that.

 

O PAMIĄTCE Z WYPRAWY

A jeszcze nie wspomniałam, co przywieźliśmy fajnego – otóż CEBULĘ. Przed wyjazdem koleżanka zagadnęła, czy mogłabym jej coś przywieźć z Hiszpanii – ja pytam co – a ona CEBULĘ. Tę taką wielką, kruchą i soczystą, bo ona ma takie życiowe motto, że jeśli chodzi o cebulę to nie jest jej wszystko jedno. W związku z powyższym dzień przed wyjazdem N. biegał po supermarkecie i mierzył oraz macał cebule (mężczyźni powinni mieć misję, zauważyłam – jak mają misję, to znacznie lepiej funkcjonują, niech to będzie nawet duża cebula). Przywieźliśmy cztery, ale jedną kolektywnie pożarliśmy w sobotę na parten gardy. Z pomidorami. Rzeczywiście – krucha, soczysta i smaczna.

(A ja wylałam pół butelki wódki do zamrażarki – w naszym kraju to już chyba podpada pod lincz! Włożyłam otóż na leżąco niedokręconą butelkę i tak sobie pół flaszki wyciurkało, zanim zauważyłam, że się leje. Plusy są takie, że mam zdezynfekowaną zamrażarkę, jak ktoś by sobie obciął palec albo inną kończynę to mam gdzie przechowywać, oraz – NIEKTÓRYM to wyszło na dobre, że te pół butelki się wylało. Nie będę pokazywać palcem, ale JUŻ ONI WIEDZĄ, o kim mówię! No).

Skubnęłam tych „Zagubionych w kosmosie” i no nie wiem. Na pierwszy rzut oka faktycznie nie jest to bardzo kiszka, aczkolwiek dużo dzieci i młodzieży i trochę „Domek na prerii” czy inna Sabrina, nastoletnia czarownica. Kino familijne, znaczy się. No zobaczymy, na razie najbardziej podoba mi się Parker Posey i uratowana kura (kura uratowana ze statku kosmicznego? No dobrze, niech zgadnę – ta kura wszystkich ocali).

Panowie od budowy ronda trzymają sprzęt budowlany na działce u sąsiada naprzeciwko. Już pomijam, że Szczypawka ma time of her life – codziennie rano ich wita, a wieczorem żegna darciem paszczy, a ja… Ja wieczorami mam taką ochotę, taką OGROMNĄ ochotę, żeby odpalić koparkę na krótko i pojechać nią w świat, na wycieczkę, a może i po drodze coś zdemolować (coś sensownego oczywiście, na przykład jakieś ministerstwo).

 

O TYM ŻE ZMARZŁAM, MARZNĘ NADAL, A JEZUS ŻYJE

Wiadomo, że jak ja dokądś wyjeżdżam, to zwykle napotykam następujące okoliczności: a) jest zimno i / lub pada, b) jest jakaś grubsza afera.

Ad. a) – było tak zimno, że tubylcy nosili pikowane kurtki, kożuchy i zimowe buty. No dobra, pierwszego dnia w Santiago de Compostela mieliśmy piękną pogodę i całe, CAŁE czternaście stopni, ale później już nie. Włącznie z lodem na szybach samochodu pierwszego maja. I padało też dosyć konkretnie. Znowu wszyscy nam powtarzali „Este no es normal” – litości; za każdym razem to słyszę.

Ad. b) – trafiliśmy akurat na festiwal zespołów gaitowych – to taka mniejsza kobza, o wyższym dźwięku niż nasza, zasuwają na nich ludowe piosenki w towarzyszeniu bębenków, tamburynów i czym tam kto lubi hałasować. W barach było zatem MILIARD osób, nie było gdzie wcisnąć wykałaczki, i nagle ten MILIARD osób musi zrobić miejsce dla bandy gaiteiros, która wpadała do knajpy, dawała koncert i szli dalej. A po jakimś czasie wpadali następni. Coś pomiędzy czyśćcem, domem wariatów i karnawałem w Rio (ale w  kożuchu). Coś wspaniałego i niedrogo. Następnego dnia można było te gaity, bębenki i inne instrumenty kupić na jarmarku. Ale strasznie lało, więc kupiliśmy tylko noże.

Jak zwykle strasznie dużo żarliśmy, no bo co tu robić w taką pogodę. Bywało ciężko, bo wieczorne wyjście na wino zaczyna się w okolicach 21.30 – tak ze 3 – 4 kieliszki na mieście, każdy w innym barze i z czymś innym do jedzenia, a później wraca się do domu COŚ PRZEGRYŹĆ. Wcale się nie dziwię, że miewałam później sny w stylu – premier Szydło na plaży nad Bałtykiem, w (jednoczęściowym) kostiumie kąpielowym. A to i tak jeden z lżejszych.

Zwykle na stół wjeżdżały sery i przyjaciel N. któregoś razu zaczyna opowiadać: „A jeden mój znajomy…” – na co jego żona zaczyna się OKROPNIE drzeć, żeby takich rzeczy nie mówił przyzwoitym ludziom, w dodatku przy jedzeniu! Ale on ciągnie dalej – otóż, jeden z jego znajomych zaproszony do nich do domu poczęstował się po obiedzie serem. Z tym, że poczęstował się tym serem PAZNOKCIEM. Bo miał jeden paznokieć taki długi i sobie nim dziobał ser i się delektował. Po tej akcji żona naszego przyjaciela stwierdziła, że jest wyjątkową świnią, nigdy więcej nie usiądzie z nim przy stole, nie chce go znać ani nawet na niego patrzeć. I tak oto rozpadają się piękne męskie przyjaźnie – przez babskie fochy.

Z Galicji pojechaliśmy do Zamory; po drodze mijaliśmy wielki napis na billboardzie „JESUS VIVE”. Potwierdzam, że to prawda w przypadku przynajmniej dwóch Jesusów – jeszcze poprzedniego dnia jeden nalewał mi wino, a drugi podawał flaki w barze. Zamora bardzo piękna i elegancka, a N. z przyjacielem spożywali kogucie grzebienie (w sosie). Bardzo naturalistyczne, nie żadne pokrojone ani nic, normalnie jakby ktoś poobcinał je biednym kogutom nożyczkami i udusił. Nie dałam rady tego specjału skosztować, ale sos bardzo smaczny.

Przez jeden dzień byliśmy w Madrycie i tu niby się ociepliło do osiemnastu stopni, ale Hiszpanie nadal paradowali w zimowych kurtkach i kozakach. Więc może oni po porostu tak lubią – mają mało dni w roku żeby się ciepło ubrać i korzystają z każdej nadarzającej się okazji. N. kupił bilet na loterię – zawsze kupuje, chociaż chyba nigdy nic nie wygraliśmy. Zapytałam kiedy będzie wiadomo czy coś wygrał i ile, na co on:

– Jak któregoś dnia ZNIKNĘ, to znaczy że wygraliśmy.

Później się oczywiście tłumaczył, że ZUPEŁNIE NIE TO miał na myśli, tylko że po prostu ze szczęścia uda się do baru (w Galicji) oblać wygraną i przecież WIEM, gdzie go szukać, ale i tak czuję się lekko obrażona. Może nie aż tak jak przy serze paznokciem, niemniej jednak.

Natomiast chciałam zauważyć, że przez cały tydzień trzęsąc się w polarze i kurtce oglądałam na fejsbuku zdjęcia z majówki w Polsce – głównie pikników, oszronionych drinków i topniejących z upału lodów. I wróciłam wczoraj i co? JEST MI ZIMNO. Gdzie to się wszystko podziało? HĘ?????

PS. Aha, w rozmowach z Hiszpanami cały czas powracał temat – licytacja, politycy którego kraju są bardziej nienormalni. My – że nasi, oni – że ichni, a na dodatek mają króla (a teraz nawet dwóch i pytali, czy nie chcielibyśmy jednego). W zasadzie nie wiem, czy się tym cieszyć, czy martwić – że każdy naród musi dźwigać swój polityczny tobołek pełen szaleńców, złodziei, mafii i czy już naprawdę nigdy nie będzie inaczej?… Ech.

 

O TYM, ŻE SĄ INNI, KTÓRZY TEŻ SIĘ POGUBILI

Poszłam wczoraj na pocztę tytułem awizo na kalendarz Kanionka…

(Ostatnio mamy zawirowania w dostarczaniu korespondencji firmowej, więc Kanionkowy kalendarz i tak miał sporo szczęścia, że to awizo znalazło się w skrzynce, bo na inne przesyłki czekamy już od ładnych kilku tygodni I NIC. Nasz listonosz chyba znalazł się na jakimś zakręcie życiowym, albo przechodzi załamanie nerwowe, albo kryzys tożsamości – bo normalnie to nie można było na niego narzekać, a tu ci masz).

No więc stoję na poczcie, oglądam dostępną ofertę handlową (modlitewnik rodzinny, latarka LED do kluczy w kształcie Krecika, mydło z błotem z Morza Martwego, „Rośliny nas ocalą” – o tak, obstawiam bieluń, rycynę i cykutę), numerek mam dwudziesty szósty, w okienku miota się dwudziestka trójka płci męskiej. Pan (młodszy ode mnie, zaznaczam) musi podpisać odbiór czegoś, ale nie zna dzisiejszej daty:

– Który dziś?

– Dwudziesty czwarty – podsuwa mu uprzejmie pani okienkowa.

– Ale dwudziesty czwarty KTÓRY?…

Nieładnie się cieszyć nieszczęściem bliźniego, niemniej ucieszyłam się. Że nie jestem sama w Kosmosie z tym nienadążaniem za kalendarzem, a nawet mam lepiej – ja przynajmniej WIEM, jaki mamy miesiąc (to niewątpliwa zasługa ZUS-u i wszystkich podatków, które mi o tym przypominają co tydzień).

Co spojrzę na prognozę pogody w Galicji, to mi oczy zachodzą czerwoną mgłą – mieliśmy zwiedzać i dużo spacerować. HA HA HA. Spacery będą – ale do baru, po następną kolejkę Ribera del Duero i Amandi, ze skrzypiącym serem na zagrychę. Ja naprawdę CHCĘ się porządnie prowadzić, ale skoro cały świat jest temu przeciwny, no to trudno. Widocznie ktoś musi pełnić rolę ćmy barowej i niech to już będę ja, żeby nikt inny się nie poświęcał. Wezmę to na siebie.

Idę robić galaretkę z pianką, bo Zebrzakówna dziś przychodzi.

A listonoszowi życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia.

 

O NIEFAJNEJ PROGNOZIE I DZIWNEJ KSIĄŻCE

Ściął, urżnął wszystkie stokrotki, nawet okiem nie mrugnął – pod pretekstem sprzątania po zimie, bo za dwa dni wywożą odpady zielone. Kosiarka zagłuszała moje wrzaski – co prawda przyjechał patrol ochrony, ale niestety nie w sprawie stokrotek. W związku z tą rozgrzebaną drogą notorycznie nie ma u nas jednej fazy i włącza się alarm, więc widujemy się ostatnio dość regularnie. Panowie nadal mają bardzo fajne buty.

Natomiast. Kiedy już ogarnęliśmy zagadnienia związane z homesittingiem i psim przedszkolem (N. się mnie pytał, w czym śpią psy w psich hotelach – no chyba w swoich posłaniach, odpowiadam mu, zawozi się pieska z jego rzeczami – na co on: A myślisz, że mają takie duże boksy, że zmieściłoby się nasze łóżko?), no więc mamy plan żeby skoczyć na kilka dni do Galicji. Gdzie, zgodnie z prognozami pogody, oczekuje na nas jedenaście stopni Celsiusa oraz ulewy! TADAM!

N. mówi, że mnie chyba jednak w końcu udusi, jak się nie uspokoję z tym sprowadzaniem zimna i deszczu. Ja rozważam egzorcyzmy NA POWAŻNIE. Albo hipnozę, albo elektrowstrząsy. Albo wszystko naraz!…

Czyli więc moja starannie skomponowana stylówka – nie byłam aż tak naiwna żeby wierzyć w jakieś SANDAŁKI, ale miałam nadzieję na tenisówki i bojówki w motylki – no to motylki mogę sobie wsadzić… znaczy, mogę sobie DAROWAĆ. Jak również tenisówki, bo bardziej się przydadzą ocieplane wodoodporne walonki. I grube swetry i bluzy. I kalesony. Mówiłam, MÓWIŁAM, że za wcześnie chowam zimowe buty?…

Jednocześnie informuję P.T. Społeczeństwo, że zamierzam po raz czwarty czy piąty spróbować przeczytać „Korekty” Jonathana Franzena. Nie wiem o co chodzi z tą książką – przecież to historia rodzinna, a ja bardzo lubię takie historie – uwielbiam Anne Tyler czy Elizabeth Strout. W dodatku książka obsypana nagrodami, a ja nie mogę dobrnąć do pięćdziesiątej strony! A może to coś ze mną nie w porządku – pamiętam, jak mordowałam „Małe życie”; wszyscy piali z zachwytu, wywiady z autorką, autografy, wizyty w zakładach pracy – a ja brnęłam jak z wyładowaną taczką przez bagno zarośnięte chaszczami i kiedy wreszcie skończyłam, to się czułam jak Uma Thurman, co się z grobu wykopała.

Oczywiście rację mają mądrzy ludzie, którzy twierdzą że od czytania to się dostaje glizd w mózgu i lepiej napić się wódki. Wódka wznosi ludzi na wyżyny intelektualne i jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła. Absolutnie. Nie to, co książki.

PS. Ooo, „Alienista” na Netflixie!

 

 

O BUTACH I PIŻAMACH

No i wiecie co, akurat tego dnia kiedy przyszła ta paczka z tenisówkami, wróżba z chińskiego ciasteczka powiedziała mi „Doceń to, co masz”. W domyśle, jak rozumiem – zaprzestań w końcu kobieto tej butofilii i zajmij się czymś pożytecznym. No skoro nawet Chińczycy tak uważają, to już chyba nie mam wyjścia; z Chińczykami nie ma żartów. Nawet jeśli nie dysponują najmocniejszymi argumentami, to mają przewagę liczebną.

A zająć się czymś pożytecznym mogę niejako od razu z marszu, gdyż z młodych przyrostów sosen  spadają lepkie łuseczki, po prostu IDEALNE do przylepiania się do psich łap. A jak się to jeszcze wymiesza z piachem, to na psiej podeszwie powstaje taka prawie asfaltowa kulka, często wbija się pomiędzy poduszeczki, przykleja do sierści, no po prostu coś wspaniałego. I po powrocie z ogródka jest psi dramat, lizanie łap, chowanie się do kąta i tak dalej. I pańcia z nożyczkami musi to wystrzygać z precyzją neurochirurga, tylko że pacjent jest bardzo przytomny i wijący się jak węgorz. I tak uważam, że jestem nadzwyczajnie zręczna, bo jeszcze nikt nie stracił poduszeczki, palca ani oka (a zabiegów było już kilkanaście). A tak się śmiałam z tenisówek dla psów, wystawionych w zoologicznym! (Okej, miało już NIE BYĆ BUTÓW, ale dla psa się liczą?…).

„Tabula rasa” skończona – nie zawiodłam się (fajne zakończenie), ale i tak najbardziej z całego serialu podobały mi się domowe ciuchy, dresy i piżamy pani Anemii. Ten szary, puchaty kardigan który nosiła w psychiatryku jest po prostu moim MARZENIEM.

Na majówkę podobno idzie ochłodzenie. Bardzo, ale to BARDZO zabawne.