O TYM ŻE ZMARZŁAM, MARZNĘ NADAL, A JEZUS ŻYJE

Wiadomo, że jak ja dokądś wyjeżdżam, to zwykle napotykam następujące okoliczności: a) jest zimno i / lub pada, b) jest jakaś grubsza afera.

Ad. a) – było tak zimno, że tubylcy nosili pikowane kurtki, kożuchy i zimowe buty. No dobra, pierwszego dnia w Santiago de Compostela mieliśmy piękną pogodę i całe, CAŁE czternaście stopni, ale później już nie. Włącznie z lodem na szybach samochodu pierwszego maja. I padało też dosyć konkretnie. Znowu wszyscy nam powtarzali „Este no es normal” – litości; za każdym razem to słyszę.

Ad. b) – trafiliśmy akurat na festiwal zespołów gaitowych – to taka mniejsza kobza, o wyższym dźwięku niż nasza, zasuwają na nich ludowe piosenki w towarzyszeniu bębenków, tamburynów i czym tam kto lubi hałasować. W barach było zatem MILIARD osób, nie było gdzie wcisnąć wykałaczki, i nagle ten MILIARD osób musi zrobić miejsce dla bandy gaiteiros, która wpadała do knajpy, dawała koncert i szli dalej. A po jakimś czasie wpadali następni. Coś pomiędzy czyśćcem, domem wariatów i karnawałem w Rio (ale w  kożuchu). Coś wspaniałego i niedrogo. Następnego dnia można było te gaity, bębenki i inne instrumenty kupić na jarmarku. Ale strasznie lało, więc kupiliśmy tylko noże.

Jak zwykle strasznie dużo żarliśmy, no bo co tu robić w taką pogodę. Bywało ciężko, bo wieczorne wyjście na wino zaczyna się w okolicach 21.30 – tak ze 3 – 4 kieliszki na mieście, każdy w innym barze i z czymś innym do jedzenia, a później wraca się do domu COŚ PRZEGRYŹĆ. Wcale się nie dziwię, że miewałam później sny w stylu – premier Szydło na plaży nad Bałtykiem, w (jednoczęściowym) kostiumie kąpielowym. A to i tak jeden z lżejszych.

Zwykle na stół wjeżdżały sery i przyjaciel N. któregoś razu zaczyna opowiadać: „A jeden mój znajomy…” – na co jego żona zaczyna się OKROPNIE drzeć, żeby takich rzeczy nie mówił przyzwoitym ludziom, w dodatku przy jedzeniu! Ale on ciągnie dalej – otóż, jeden z jego znajomych zaproszony do nich do domu poczęstował się po obiedzie serem. Z tym, że poczęstował się tym serem PAZNOKCIEM. Bo miał jeden paznokieć taki długi i sobie nim dziobał ser i się delektował. Po tej akcji żona naszego przyjaciela stwierdziła, że jest wyjątkową świnią, nigdy więcej nie usiądzie z nim przy stole, nie chce go znać ani nawet na niego patrzeć. I tak oto rozpadają się piękne męskie przyjaźnie – przez babskie fochy.

Z Galicji pojechaliśmy do Zamory; po drodze mijaliśmy wielki napis na billboardzie „JESUS VIVE”. Potwierdzam, że to prawda w przypadku przynajmniej dwóch Jesusów – jeszcze poprzedniego dnia jeden nalewał mi wino, a drugi podawał flaki w barze. Zamora bardzo piękna i elegancka, a N. z przyjacielem spożywali kogucie grzebienie (w sosie). Bardzo naturalistyczne, nie żadne pokrojone ani nic, normalnie jakby ktoś poobcinał je biednym kogutom nożyczkami i udusił. Nie dałam rady tego specjału skosztować, ale sos bardzo smaczny.

Przez jeden dzień byliśmy w Madrycie i tu niby się ociepliło do osiemnastu stopni, ale Hiszpanie nadal paradowali w zimowych kurtkach i kozakach. Więc może oni po porostu tak lubią – mają mało dni w roku żeby się ciepło ubrać i korzystają z każdej nadarzającej się okazji. N. kupił bilet na loterię – zawsze kupuje, chociaż chyba nigdy nic nie wygraliśmy. Zapytałam kiedy będzie wiadomo czy coś wygrał i ile, na co on:

– Jak któregoś dnia ZNIKNĘ, to znaczy że wygraliśmy.

Później się oczywiście tłumaczył, że ZUPEŁNIE NIE TO miał na myśli, tylko że po prostu ze szczęścia uda się do baru (w Galicji) oblać wygraną i przecież WIEM, gdzie go szukać, ale i tak czuję się lekko obrażona. Może nie aż tak jak przy serze paznokciem, niemniej jednak.

Natomiast chciałam zauważyć, że przez cały tydzień trzęsąc się w polarze i kurtce oglądałam na fejsbuku zdjęcia z majówki w Polsce – głównie pikników, oszronionych drinków i topniejących z upału lodów. I wróciłam wczoraj i co? JEST MI ZIMNO. Gdzie to się wszystko podziało? HĘ?????

PS. Aha, w rozmowach z Hiszpanami cały czas powracał temat – licytacja, politycy którego kraju są bardziej nienormalni. My – że nasi, oni – że ichni, a na dodatek mają króla (a teraz nawet dwóch i pytali, czy nie chcielibyśmy jednego). W zasadzie nie wiem, czy się tym cieszyć, czy martwić – że każdy naród musi dźwigać swój polityczny tobołek pełen szaleńców, złodziei, mafii i czy już naprawdę nigdy nie będzie inaczej?… Ech.

 

4 Replies to “O TYM ŻE ZMARZŁAM, MARZNĘ NADAL, A JEZUS ŻYJE”

  1. Miałam się pytać, czy nie zmieniliście przypadkiem destynacji na okolice Bolonii i Rawenny, no bo 15 stopni i deszcz? Musiałam kupić 2 swetry (dobra, musiałam kupić 1, drugi sam się przyplątał) i parasolkę. Za to przytargałam z powrotem jakieś 5 kilo tortellini, tortelloni i ravioli. W tyłku oczywiście, przecież nie w walizce;)

  2. Wróciłaś … właśnie się zastanawiałam, czemu się ochłodziło 😀 Już nie wyjeżdżaj – niech upały nas nie męczą!
    Ps. Za każdym razem to samo – gdzie są zdjęcia?

  3. znasz to, co nie?
    piję wódkę z lodem, na drugi dzień mam kaca
    piję whiskey z lodem, na drugi dzień mam kaca
    piję gin z lodem, na drugi dzień mam kaca
    ten lód to mi chyba szkodzi
    mówisz, że gdzie się nie pojawisz, tam zimno..?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*