O TYM, ŻE UDAJĘ SIĘ SZUKAĆ SENSU (W KIELISZKU) (JAK WIELU PRZEDE MNĄ)

 

Gdyby nie to, że jutro wyjeżdżamy, to bym chyba zwariowała. Śnieg padał w poniedziałek, wczoraj przez calutki dzień i dziś od rana. Teraz przestał, ale jest białego gówna do kostek, Szczypawka patrzy na mnie spode łba, jak ją zapraszam na spacerek (a raczej WYPRASZAM na spacerek, bo ani mi się śni wychodzić). W dodatku w nocy TO się zsuwa z dachu z hurgotem, spać się nie da i w ogóle.

O właśnie – spakować składaną parasolkę (wspominałam już, jak Hiszpanie się dziwią tej nazwie? Bo „para sol” to jest „przeciwko słońcu”, hahaha. Ha. Po hiszpańsku to „paraguas”, co niezaprzeczalnie ma więcej sensu).

Po hiszpańsku dużo rzeczy ma o wiele więcej sensu, na przykład tapas bary. Z winem. To ja się odmeldowuję na klika dni.