O WILCZYCH DOŁACH, ŻURKU I PRZESADZIE

 

W ogóle nie ogarnia mnie świąteczny nastrój. W ogóle. Mam wilcze doły, a moja rodzina zamiast mnie pocieszać, to się licytuje, kogo bardziej boli pół głowy albo nie może się podnieść z krzesła, bo mu kręgosłup najprawdopodobniej PĘKŁ. I to wzdłuż.

Tylko mój mąż nie ma żadnych wątpliwości, żadnych spadków nastroju, na nic się nie skarży, tylko biega z piłą, rąbie drzewo i wędzi boczek, szczęśliwy jak kolonia ostryg. Jak ja mu tego zazdroszczę!… Szkoda, że nie mogę się do niego podpiąć takimi kablami jak do akumulatora i trochę podładować tą jego niespożytą energią.

Zorganizowałam świąteczny żurek metodą „na wnuczkę”. To jest – kupiłam babci „Bodo i jego burzliwe romanse” i jakoś tak mimochodem wplotłam temat żurku, czy by nie ugotowała. Babcia że owszem, by ugotowała. Więc chociaż żurek będzie.

A że nie lubię mazurków ani bakalii, a drożdżowego się boję, to wymyśliłam, że zrobię piszinger (po naszemu w domu się mówiło po prostu – wafle). Moja mama miała MISTRZOWSKI przepis na przekładane wafle, którego oczywiście nie pamiętam, ale chyba znalazłam zbliżony – taki z dosypywanym mlekiem w proszku (w ogóle nie wiedziałam, w którym miejscu w sklepie leży mleko w proszku!). Ale w żadnym przepisie nie ma sekretnego sposobu na podrasowanie smaku, polegającego na tym, że dwa najniższe wafle się przekłada kwaskową marmoladą.

No i właśnie się zorientowałam, że kurwa, zapomniałam kupić marmoladę.

A ten śnieg dziś z rana to już była PRZESADA.

30 Replies to “O WILCZYCH DOŁACH, ŻURKU I PRZESADZIE”

  1. A ja kiedyś, zupełnym przypadkiem kupiłam mleko czekoladowe w tubce, smak dzieciństwa i wg mnie to ono ma dokładnie taki smak jak masa do wafli, no i wafle stały się fast foodem u nas.

  2. jakby Gospodyni wątku chciała, to mogę tu ożenić stary i unikatowy przepis z domu rodzinnego mojej Mamy na prawdziwy orzechowo-migdałowy mazurek, nie na te, za przeproszeniem, popierdułki typu „spód z kruchego, na to marmolada i czekolada za czypieńdziesiąt”.
    ma jakieś 90 milionów kalorii, jest pracochłonny i ZAJEBIŚCIE smaczny.
    ładować?

    • Jak widać, jest zapotrzebowanie społeczne na przepis.
      No i jestem zdania, że dobre przepisy trzeba puszczać w obieg, bo wtedy zwiększa się ich szansa na przetrwanie.

        • ….i zmielić, hehehehehe!
          a nie, czekajcie, to orzechy się mieli, ehem!…
          no to tak:
          mielimy w maszynce orzechy – włoskie, laskowe, migdały – najwięcej włoskich, ale w sumie co kto lubi. Niechby tego było tak z 30-40 deko po zmieleniu.
          Sypiemy do garnka 4-5 łyżek kaszy manny, zalewamy mlekiem – c/a jedna szklanka, gotujemy, jak będzie prawie-prawie bulgotało, ładujemy łyżkami orzechy i na te orzechy następnie – cukier do smaku. Uprzedzam, że raczej sporo się daje, tak, żeby masa była wyraźnie słodka. Następnie wyciskamy w ten cały nabój sok z kilku – 3-4 – cytryn, klnąc przy wyciąganiu pestek. Następnie wlewamy do gara kubeczek śmietany kremówki plus mniej więcej kubeczek gęstej 18% śmietany. Mieszamy produkt cały czas, próbujemy – ma to być smak zdecydowanie słodki, ale mocno przełamany kwasem cytryn jednak, więc proszę sobie wedle uznania dosmaczać.
          jeśli masa zbyt gęsta – dolewamy śmietany, bez różnicy w tym momencie, której, kremówki czy 18stki, jeśli zbyt rzadka – zagęszczamy kaszą.
          ma to mieć taką konsystencję, żeby się nie lało, ale jednocześnie dało rozprowadzić na kruchym cieście.
          jak masa puści parę bąbelków i powie „ptffffff”, można zestawiać z ognia. Pilnować tego merdania, bo lubi, zaraza, przywierać oraz przypalać się.
          następnie czynimy ciasto kruche – wedle ulubionego/sprawdzonego przepisu – wypiekamy spód w kształcie dowolnym, dość cienki – ok. 1 cm.
          Smarujemy go galaretką z czarnej lub czerwonej porzeczki – idealnie, jeśli domowej roboty, jeśli nie mamy, może być dżem – ogólnie na spód idzie jakiś wyraźny w smaku owocowy maziajec, może być malinowy, wiśniowy, co tam lubicie, byle wyraźny w smaku. Ja zwykle daję porzeczkowy, bo Mamunia tak robili, chlip.
          na ten podkład dżemowy/galaretkowy rozsmarowujemy masę orzechową – też na grubość ok. 1 cm. Mokrym nożem idzie łatwiej.
          Wyrównujemy powierzchnię i lukrujemy polewą z kakao -ze 3-4 łyżki – wymieszanego i zabulgotanego z mniej więcej ćwierć szklanki wody, z dodatkiem odrobiny masła – na czubek noża, żeby się błyszczała ta polewa – i pół łyżeczki dosłownie cukru – ma być gorzkawa, jako przełamanie, a zarazem uzupełnienie smaku.
          I potem żremy. Bo tego się nie je, to się zżera ;>
          Smacznego, mam nadzieję 🙂

          • Oj, dzieki, dzieki dobra kobieto :). A na kruche da? Bo wiesz, kruche kruchemu nierowne. :)))

  3. Ja mam pytanie, bo czytam bloga od poczatku, jestem na 2003 roku,a zaczelam od 2013..w kazdym razie..moze ktos zaspokoi moja ciekawosc, jesli to nie jest temat zbyt drazliwy..gdzie sie podziali komentujacy Marcys, Obly, Pepsee i inni?Hm?CO to byly za wazne persony, a ktorych juz nie ma, przynajmniej od 2013 roku…to tak, a propos babek..wielkanocnych. Pozdrawiam przy okazji.

  4. Babka upieczona. Bez zakalca i wyszła bardzo smaczna, ale przyznaję – ręka mi zadrżała przy wlewaniu do ciasta szklanki likieru 😉

  5. Będzie nie na temat, ale muszę Ci napisać, że dziś mija 10 lat od kiedy czytam Twój blog. Ten pierwszy wpis dotyczył modelowania sylwetki przy użyciu steppera 🙂
    Z okazji tej rocznicy popijam winko (czerwone, wytrawne i hiszpańskie, rzecz jasna). I wznoszę toast za minione i kolejne lata, które- mam nadzieję- razem tu spędzimy.

    • DZIESIĘĆ LAT!… Ale to z jakimiś wspomagaczami? Bo chyba nie zupełnie na trzeźwo? 😉
      Przez dziesięć lat to już się nabywa prawo do renty. Albo odszkodowania. Hm.

      • Jestem tu od początku 😉 Żeby było śmieszniej to chciałam założyć bloga o tej nazwie i takim oto przypadkiem trafiłam w to miejsce i tak siedzę a d00pa rośnie…
        I Hiszpanią mnie zaraziła. Chociaż lepsza Hiszpania niż hiszpanka czy inne cholerstwo.

  6. AAA TAK! marmolada. dziękuję.
    bo masa ta sama, z mlekiem w proszku. jest w zeszycie u Mamy, znaczy teraz już przepisałam do siebie. do zeszytu, papierowego. jak zwierzę.

    • Ależ kumo, z kajmakiem to jeszcze inne wafle!
      Mnie ten gotowy z puszek raz smakuje, a raz nie. Nie wiem, od czego to zależy (bo zawsze ten sam – bakalandu bez dodatków). I czymś go perfumują, kurczę. Jednak ten z gotowanej puszki mleka jest lepsiejszy.

      • Bakalandu się nie kupuje, bo dodają świństwa.
        Trzeba szukać tych, które w składzie mają tylko mleko i cukier.
        Gostyń na przykład.

  7. Bardzo się zdziwiłam gdy zobaczyłam jeden z TWOICH starych wpisów w wyszukiwarce penetrując net w poszukiwaniu rozwiązania mojego ostatniego śmierdzącego problemu a mam ich ostatnio sporo (wszystko mi cuchnie:). Odpowiedź miałam w zakładkach od dawna, skleroza:)
    „W dodatku śmierdzi mi w domu, bo kupiłam bukszpan. Nie oparłam się bukszpanowym sadzoneczkom w Lidlu (lub – jak to niektórzy mówią – LIDRZE), zabrałam je do domu, bo bardzo lubię bukszpan, a on mi się tak odwdzięcza, że śmierdzi na całą chałupę kocimi sikami. Fakt, że wiedziałam, że bukszpan ma charakterystyczny ZAPACH, ale nie, że AŻ TAKI – w ogrodzie jakoś mniej jest wyczuwalny. Już wiecie co.” Koniec cytatu, który poszedł w świat jako argument o moim względnym zdrowiu psychicznym. Pozdrawiam świątecznie wietrząc tarasowe poduszki „z kota” jak mi się wydawało:)

    • Przecież od zawsze wiadomo, że bukszpan cuchnie kocimi sikami.
      Ktoś Ci próbował wmówić, że to nie prawda?
      Skandal!
      Weź to gdzieś zgłoś.

  8. Ale, że co? że już robisz? Przecież nie dotrwa do świąt! U mnie piszinger znika w chwil kilka. Dodam, ze marmolada MUSI być kwaskowata ( pomarańczowa, cytrynowa, mirabelka itp)

    • Jedne teraz na próbę, a drugie we właściwym terminie.
      Powidła śliwkowe niskosłodzone też dają radę. Albo malinowy dżemik (też niskosłodzony). Każdy nadaje inny charakter, oczywiście.
      Moja mama dawała wieloowocową marmoladę z bloku i to jest dla mnie klasyk i kanon.

        • Może wyguglaj, bo mi wyszło za rzadkie!
          Kostka masła, kubek cukru, kubek mleka/wody, 3 łychy kakao, pół tabliczki gorzkiej czekolady – zagotować i pogotować chwilę. Zdjąć z ognia i wmieszać 1,5 – 2 kubki mleka w proszku.
          No i jak w mordę, wyszło za rzadkie i nie chciało zgęstnieć po ostygnięciu. Może wody za dużo?…

          • Ja sypię mleka w proszku ile wlezie, bo mnie potem irytuje taka pałętająca się po szafce torebka ze skamieniałą resztką, więc wychodzi porządnie gęste i tężeje w oczach. 🙂

          • bo za dużo tej wody! pół kubka.
            U mojej mamy w przepisie nie było też czekolady, bo skąd kurna w latach 70-8- czekolada? 😉
            z tego co pamiętam, to mleka w proszku szło chyba nieco więcej niż pół paczki, nie wiem ile to na kubki.

    • No ale z ucieranym kremem co innego, a gotowane – co innego!
      Nie chce mi się kremu maślanego ucierać. I chyba wolę gotowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*