O TYM, ŻE JESTEM GŁUPIA

 

Oj prawda, że wolałabym Dytko w lustrze oglądać, niż siebie. Bardzo do siebie pasujemy po zimie ze Szczypawką: ja wyglądam jak duża Czubaka, a ona – jak mała. W związku z powyższym zabrałam się za rachunki, bo mi kupa papierów urosła i trzeba było cos przedsięwziąć.

Zatem przedsięwzięłam, zwłaszcza, że nowoczesność mi się wdarła do domu i zagrody i dostałam jakieś LOGINY i HASŁA, gdzie mogę sobie obejrzeć kartotekę lokalu. Zalogowałam się, zahasłowałam i jęłam oglądać. Szybko doszłam do wniosku, że nie rozumiem NIC. Na przykład, skąd mi się wzięło jakieś dziwne SALDO. Przeklikałam wszystkie wpłaty czynszów i dotarłam do dziwnej kwoty BILANSU OTWARCIA, która za cholerę nie wiem, z czego wynika (to jak gra w Monopol, że na początek się dostaje kupkę pieniędzy?), ale wisi na koncie i robi za nadpłatę. No żesz jasna cholera, zamiast iść w długą na dzianiny i akcesoria do Mango, to jakieś nadpłaty hoduję?…

Z tego zdenerwowania normalnie poszłam oglądać serial i palec mi się opsnął i włączyłam „Chirurgów”, których już od dawna nie widziałam. I znowu siedziałam i się denerwowałam, że to jest serial WYBITNIE dla idiotów, a wszystkie bohaterki są jakieś opóźnione. I tak cztery odcinki pod rząd się denerwowałam, aż komuś uciekł lew i wszystkich pogryzł. A najgorsze, że jak już zaczęłam, to muszę skończyć sezon (co za głupi serial!) (ale powiedzcie mi, że tez tak macie, ze jak Meredith zaczyna się śmiać takim swoimi rechocikiem, to macie ją ochotę złapać za włosy i trzasnąć o metalową szafkę?… Plis plis plis?… Nie jestem sama, prawda?…)

W dodatku, jak widzę, skończyło się słoneczne dolce vita, póki co. Biedna rzeżucha.

 

O RZEŻUSZE

 

To słońce wczoraj jak wyszło, to zanurkowałam do torby, wyłowić okulary, żeby to UCZCIĆ (kiedy ja ostatni raz miałam na nosie okulary od słońca? Chyba jakieś PIĘC LAT TEMU?…). Nie bylo to proste, albowiem ja nie umiem nosić TOREBEK damskich i bardzo zazdroszczę paniom, ktore umieją. Każda moja torba pomieści ze trzy worki marynarskie i jeszcze zostanie luzu na flaszkę wina i kilogram ziemniaków. Niemniej jednak – dogrzebałam się, założyłam i napawałam. NARESZCIE.

Dopóki nie dojechałam do domu i w promieniach tego wyczekiwanego słońca nie zobaczyłam:

a) okien (aaaaaaaa!…)

b) siebie (AAAAAAAAAAA!!!!)

COŚ Z TYM TRZEBA ZROBIĆ. Znaczy, okna umyć, a mnie, to nie wiem, głowy sobie przecież nie odrąbię, ale może chociaż włosy bym obcięła?… (I najchętniej tak około połowy tyłka przy okazji, ale nie wiem, czy fryzjerka się podejmie).

Ale życie od razu piękniejsze. Dziś pierwszy raz od niepamiętamkiedy nie pomyślałam od samego rana przy myciu zębów, żeby wyrobić psu paszport i spierdalać z tobołkiem na Kanary. I posiałam rzeżuchę. I bardzo żałuję, że kupiłam w Biedronce tylko jeden hiacynt w w takiej butelce do hodowania, zamiast dziesięciu albo i więcej.

A „Morfina” Szczepana Twardocha – niezależnie od słońca – re we la cja.

I drugi sezon „Touch” z Kefirkiem bardzo daje radę, w odróżnieniu od drugiego sezonu „American Horror Story”, gdzie wszystko niby jest, a jakoś tak nie ten.

 

O MORMYSZCE I MAJONEZIE

 

Zmęczona jestem, bo odpoczywaliśmy w weekend w Łańsku. W rolach głównych wystąpili: galareta z nóżek, mój mąż – światowy czempion dowcipu wyczynowego, mormyszka, smażony majonez oraz duszek.

Duszka zrobila koleżanka łuczniczka. Jak robimy duszki, wie chyba każdy: pustą butelkę po wódce się ogrzewa, odkręca i podpala opary. Tylko, że w naszej butelce chyba zostało za dużo wódki, czy też może za mocno była ogrzana… Nie wiem, jakie procedury BHP zawiodły, ale zamiast duszka mieliśmy MIOTACZ PŁOMIENI, o mało nie podpalający chałupy, oraz spaloną skórę z dłoni i przedramienia. TAK TO JEST, jak się wódki nie dopija!

Mormyszki zabrakło naszym dzielnym wędkarzom. Rozłożyli wędki na pomoście i następnie wychodzili je odwiedzać, wracali lekko cuchnąc cygarami i z tłumaczeniem, że nie biorą, BO NIE MA MORMYSZKI. Gdyby była mormyszka, to ho ho ho! Nie udźwignęliby połowu. Musieliby przywiązywać sobie te ryby do pleców, boby ich nie dowlekli. Każdy by wrócił z weekendu z 60 kilogramami ryby. Na widok mormyszki ryby po prostu lawiną ruszają na brzeg, po drodze same się patrosząc i skrobiąc. Taka to rybia wunderwaffe, ta mormyszka.

Kupili tę mormyszkę dziś, po drodze w Stawigudzie. Jest to kawalątek blachy, wielkości połowy paznokcia małego palca, z doczepionym maciupkim haczykiem. Tjaaa.

Smażony majonez wystąpił na kanale Kuchnia+ (oglądaliśmy albo skoki narciarskie, albo programy kulinarne). Gromada ludzi w jakimś konkursie dostała zadanie od jurorki – usmażyć coś w głębokim tłuszczu (jurorka była z Południa USA, od razu ją polubiłam). Różne rzeczy smażyli, z ostrygami włącznie, ale jeden usmażył MAJONEZ. Myślałam, że to jakiś skrót myślowy albo taka nazwa potrawy, ale wyguglałam przepis, i nie, nie żaden skrót – tylko SMAŻONY MAJONEZ. Majonez się trzyma w zamrażarce, następnie z takiego zestalonego nabiera kuleczki, macza w cieście i smaży na głębokim tłuszczu. „Podawać z secret sauce” – napisali na końcu. Poszukałam zatem przepisu na secret sauce – voila: zmieszać pół na pół ketchup z majonezem. Więc majonez, smażony w cieście, w głębokim tłuszczu, z majonezem. Mimo mojego umiłowania do kury z KFC, przed CZYMŚ TAKIM jednak bym uciekła z krzykiem, bo nawet przy czytaniu przepisu cholesterol mi bulgotał.

Oraz poryczałam się na „Epoce lodowcowej 2” (włochate mnie zawsze wzrusza, a jeszcze z trąbą?…).

A niespodziewany medal w skokach narciarskich to i tak nic, w porównaniu z informacją z Florydy, gdzie się pod domem zrobiła MEGA DZIURA W ZIEMI i wciągnęła śpiącego faceta.