…W BIEGU…

Mam strasznie duzo pracy.
N. chory.
Mrożone wiewiórki wybijają szyby w samochodach.

Jeden ptaszek, który się pożywia w naszym karmniku, to podobno kwiczoł. Musze pilnowac N., aby jego wrażeń estetycznych nie zdominowały wrażenia kulinarne.

Niech. Ta. Zima. Już. Się. Skończy.

OJ DZIEJE SIĘ DZIEJE

Wewiórka nam dzis droge przebiegła. O mało nie skonałam na atak serca, bo oczywiście KILKA MILIMETRÓW przed samochodem przebiegła, mała ruda puchata zdzira.

Na szczęście to, azaliz na odwrót?…

Dzwonię do Zebry. A ona mi tak: „Uhm… Uhm… słuchaj, MUSZE KOŃCZYĆ bo własnie laborantka skończyła PRZYKLEJAĆ ŚRUBKI do głów dżerbili i jak ona skonczy te srubki, to ja zaraz muszę POWKŁADAĆ IM DO GŁOWY SONDY przez te śrubki, tak, że nie mam czasu teraz gadać… to paaaaaa!”.

Czy ja jeszcze kiedys będę w stanie nocować z nią pod jednym dachem, bez strachu, ze OBUDZE SIĘ ZE SRUBKĄ przyklejona do głowy ORAZ STERCZĄCYM Z TEJ ŚRUBKI DRUTEM, którego drugi koniec tkwi w moim MÓZGU?…

Ktos ma fajniejszą siostre?…

PS. Motto na dziś: „Arke Noego zbudowali amatorzy, a Titanica – profesjonaliści”.

O TYM, ZE NOWE ZA KONTUAREM

Mamy nowych portierów.
Pardą!!… FIRMĘ OCHRONIARSKĄ, oczywiście.

Szkoda mi tamtych, bo byli fajni i wszystkich nas znali. Z daleka wyciągali klucz. Czasem się poskarżyli, jak ktoś już trzeci klucz w tym miesiącu zgubił albo zostawił otwarte drzwi, włączony sprzęt i poszedł precz. A tak to miłego dnia życzyli, pozdrawiali.

No ale dobre czasy się skończyły, nowe przyszło.
I teraz nowe siedzi za kontuarem z końcówką jakiegoś kabla wetknięta do ucha. Zanim wyda klucz, trzeba okazać identyfikator (na zdjęciu wyszłam jak starawa alkoholiczka) oraz swoje odczekać, az sprawdzi w memuarach, a później doszuka się właściwego numeru pokoju. Robota nie jest łatwa, o nie.

Już nie wspomnę, jaka radością jest poranne łowienie w czeluściach torby identyfikatora, bo to chyba każdy zna.

Jasne, że kiedyś się oswoja i przyzwyczają. Ale co się teraz rano nastoję, to się nastoję.

Chociaż, pomału, pomału zaczynają ODTAIWAĆ.
Dziś jeden zagadał ludzkim głosem:
– Oooo, a co to pani tu niesie, hahahaha? ZNICZ?…
– Kubek – odpowiedziałam, na razie oschle i oficjalnie. Niech sobie nie myślą, że od razu padne im do stóp i zapomne o tamtych.

Znicz!… Pffffffff.

PS. N. mi nie pozwala ufarbować włosów na rudo, tak jak ma Bree.

NIE CHCE, ZE TAK POWIEM, MIĘSIE

Zrobiłabym coś z moim zyciem, ino nie wiem co.
Co se cós wymysle, to albo mi się nie chce, albo… mi się nie chce.

A taki np. Pepsee wczoraj wyslal przepiękne rozważania na temat damskiego odpowiednika określenia „Męska szowinistyczna świnia”. Wyszło mu „FEMINISTYCZNA DAMSKA MACIORA”. Bardzo mi się ono podoba. Zamierzam używać.

I coraz częściej mnie nachodzi taka refleksja, że to kurestwo domowe jako rola kobiety to nie był taki do końca gupi pomysł.
Wyobrażam sobie, że wstaje rano, zarzucam plisowaną podomke i przy porannej kawie z grzanką czytam traktat „Czem nadziac kapłona”.
Zamiast zrywać się z obłędem w oku o godzinie KTÓREJ IMIENIA NIE WYPOWIEM, zarzucać na siebie cokolwiek bądź i udawać się na miejsce pracy.

Boże, jaka piekna perspektywa.

A zaczyniwszy ciasto na bliny, udaje się do altany (gdzie wojewoda zdyszany… STOP! To nie ten utwór) z najnowszym romansem i szklanką napoju truskawkowego.

Wiecie co, ja już nie będę protestowała. Niech mnie ten PIS ubezwłasnowolni i pozbawi praw i traktuje jak przedmiot. Naprawdę, czasami zazdroszcze większości przedmiotów, które mam w domu.

Zwłaszcza o 5.30 rano.

O TYM, ZE JUZ DZIEKUJE KOLEJOM PODMIEJSKIM

Oj nie pojechałabym sobie dzis w srebrnym pantoflu.
Klasyczna śnieżna piździawa u mnie albowiem od rana.

Co ciekawe – musiałam się dziś udać na pekap – N. od niedzieli trzyma żubry za rączke i sprawdza, czy zima nie zaszkodziła im na wątłe płuca. Moje płuca w tym momencie zeszły jakby na plan dalszy.

Oczywiście – nie mógł wyjechać, jak było minus trzy i słoneczko.
NIE NIE NIE – musiało mu się to przytrafić AKURAT jak przyrypało MINUS PIĘTNAŚCIE i do kompletu śnieżna kurzawa.

Tak, wygodna się zrobiłam na stare lata. A swoje podmiejskimi pociągami przejeździłam – na studia i ładnych kilka lat po. Nie ma to jak podróże z klasą robotniczą (jak jechałam na 8 na zajęcia, miałam cały przekrój społeczny w jednym przedziale). Na przykład, zajmowali we czterech wszystkie miejsca na tych plastikowych poczwórnych siedzonkach, a jeden zawsze miał DESKĘ. Siadali, kładli deskę na kolanach i cała drogę do pracy rżnęli w karty. Przysięgam, ze wiele godzin spędziłam wisząc nad nimi i przyglądając się tej arcypiekielnej grze, a do dziś nie mam pojęcia, jakie miała zasady. Może zresztą to było kilka gier, niektórzy grali bowiem statycznie, rozdając karty, wyrzucając je po jednej na kupke na desce, zgarniając i znowu rozdając. A inni – dynamicznie. Najpopularniejszą z gier dynamicznych była gra „w chuja” (dla cenzury: CYTAT, tak?). Polegała ona na tym, ze przegrany (choc nie wiem, NA CZYM polegała jego przegrana) musiał wstać i krzyknąc na cały przedział „Chuj”. Gra w karty była naturalnie (o 6.30 rano!) zakąszana piwem z puszek. Czy ktoś się jeszcze dziwi, że zakłady przemysłowe poupadały?…

Ci, którzy nie załapali się do żadnej z czwórek, organizowali sobie zajęcia indywidualne. Do wyboru z całego dostępnego katalogu zajęć indywidualnych mieli: Picie Piwa z Puszek (zajęcia obowiązkowe), oraz fakultatywnie – Jedzenie Kotleta lub Rozwiązywanie Krzyżówek.

Nad takim jednym z krzyżowką też kiedys stałam. Miał już sporo wypełnione i nagle się zaciął. Ładnych parę minut stękał, liczył, drapał się po głowie, po puszce z piwem… Nagle – JEST! ZNALAZŁ! I triumfalnie wpisał do krzyżowki: „W_E_W_I_Ó_R_K_A”.

Żeby było weselej, to pasowało.

Tak więc uważam, że moją porcję PKP w życiorysie mam już odbebnioną (jak służbe wojskową) i już dziękuję. Chociaż obecnie mniej jest klasy robotniczej, a więcej takich z teczkami. Ale ci z teczkami już nie są tacy malowniczy.

FINALLY IT HAPPENED TO ME

Chwilowo N. tańczy z żubrami i jeszcze nie wie
jeszcze się nawet nie domysla
nawet nie podejrzewa
ze jak wróci
to czeka go zadanie…

Będzie musiał skonstruować i przyczepić na dachu samochodu WIELKI SREBRNY PANTOFEL, w którym będę zasiadała podczas podróży, spowita w cekiny, i powiewała srebrzystym woalem.

Nie z dnia na dzień – zamierzam się przesiąść do pantofla tak w okolicach kwietnia, jeśli będzie ciepły.

Znalazłam swoje powołanie i zamierzam się realizować.

Tylko to mnie trzyma przy zdrowych zmysłach w ten cholerny poniedziałek, w dodatku z mrozem minus dwieście.

SIEDZI JAMNIK NA DRZEWIE I LUDZIOM SIĘ DZIWUJE

(i nie, ciąg dalszy WBREW WSZYSTKIEMU NIE BRZMI „…czemu tylu z nich to takie straszne ch…” – NIE, autorowi by to przez pióro nie przeszło, NAWET w obecnej sytuacji).

Siedze sobie z szeroko otwartymi oczami w kolorze Blue Pacific (Freshlook Dimensions) – ze zdziwienia.

Powariowali?…
Mrozy im padły na te małe łebki?… (no – JEDEN DUŻY).
Jedno jest pewne – łykaja albo palą jakiś niezły towar. Całkowicie im się Galaktyki poprzestawiały.

Wstydzę się mojemu psu w oczy spojrzeć. Jak mnie spyta, to co ja jej powiem?…

PS. A na weekend mam „PRISCILLĘ KRÓLOWĄ PUSTYNI” – wlasnie Merlin mi dostarczył. O!