O OGONIE, DESZCZU I INNYCH PRZYJEMNOŚCIACH

 

Zmarzłam, bo byliśmy w Galicji! Czy to nie oczywiste?

To jest, nie, że było zimno. Tak jak u nas, może trochę cieplej – i cholerny deszcz od rana do wieczora, z przerwami lub bez. Już drugiego dnia miałam wrażenie, że mam na sobie cieniutki kombinezon ze skóry ślimaka, a wszystkie ciuchy były lekko wilgotne. Gdyby nie ta wilgoć to nie byłoby źle, bo tam jest teraz zielono jak u nas na wiosnę, owocują cytryny i woda w morzu jest bardzo ciepła – jak przez całe lato mieli upały i lodowatą wodę, tak teraz ma jakieś 20 stopni i cały czas od tego morza ciągnie taki ciepły, wilgotny wiatr. Jakby ział na człowieka olbrzymi pies. N. ze znajomymi łowił ryby, a ja oczywiście żarłam.

Jesień ma to do siebie, że w barach dają porządne, ciepłe tapas. Trzy wina w trzech barach i człowiek jest najedzony po korek. Empanady z różnościami, krokiety, flaki z ciecierzycą, pieczone kasztany, chrupiące ziemniaczki, no i ten ogon byka, w plastrach i upieczony na chrupiąco. Ja ostatnio jem mało mięsa (za to ryby bym wciągała jedną za drugą, no i morcillę oczywiście, ale to nie mięso, tylko krew z cebulą, więc danie w połowie wegańskie, prawda?) i ten plaster ogona tak obwąchałam z rezerwą, ale jak spróbowałam, to pożarłam cały. Pyszny był, duszonego kiedyś próbowałam, ale mi tak nie smakował jak ten z pieca.

Zupełnie niechcący mam nowego wielbiciela – znanego już uważnym czytelnikom rybaka, lat 80 (ale świetnie się trzyma), który 50 lat temu był w Polsce i zakochał się w Elżbiecie ze Szczecina, najpiękniejszej kobiecie świata. Przez cały czas tę Elżbietę wspomina, ale tym razem doszedł do wniosku, że ja jestem w sumie bardzo do Elżbiety podobna i się zaczęło. A to dostaliśmy od niego wielki półmisek camarones (małe lokalne krewetki, gotowane w morskiej wodzie – delikates, w knajpach bardzo drogie), a to przytargał flaszkę hiszpańskiej brandy, szampana, parę słoików mejillones w ostrym sosie escabeche… Powiadam państwu, nie jest źle z takim wielbicielem. Obowiązków żadnych, a korzyści dość wymierne. N. się trochę ze mnie nabija – ale brandy Gran Duque de Alba sobie przywiózł.

Oraz przywieźliśmy laur. Niechcący w knajpie wymknęło nam się, że na Teneryfie kupiliśmy tamtejszy świeży liść laurowy, no i się dowiedzieliśmy, że phii, na Teneryfie to jest mierda, tu w Galicji to jest dopiero laur! Natychmiast został zorganizowany niejaki Pepe (po naszemu Józek), pozwolono mu zapłacić za kolejkę w barze (nie jest to łatwe, nam się udało może ze dwa razy) i dostał polecenie zaopatrzyć nas w laur. I zrobił to. Nie dość, że musiał sterczeć na drabinie z sekatorem chyba cały dzień, bo nazrywał nam DWIE WIELKIE TORBY z supermarketu, takie porządne, na duże zakupy, laurowych liści, to jeszcze dostaliśmy sadzonki laurowych dąbeczków. Jedną torbę laurowych liści udało mi się zostawić, ale drugą musieliśmy zabrać. I sadzonki też, więc rozpoczynamy przygodę z uprawą drzewek laurowych (w doniczce, of kors). Może i Galicyjczycy są trochę dziwni (ale kto by nie zwariował od tego deszczu?), ale serca mają wielkie. Aha, Pepe sam z siebie dorzucił nam flaszkę nalewki z aguardiente na dzikiej wiśni. Naprawdę do ostatniej chwili na lotnisku czekałam na komunikat z megafonu, że właściciele pewnej bardzo dziwnej walizki wypchanej liśćmi, badylami i wódką mają się natychmiast stawić na policji i w poradni zdrowia psychicznego.

N. złowił piękną sepię i jedli ją duszoną w atramencie. Tego jednego nie dałam rady zjeść. Nawet nie chodzi o to, że mam coś przeciwko czarnemu jedzeniu, po którym ma się czarne zęby I NIE TYLKO ZĘBY przez trzy dni (jeśli Państwo rozumieją, co chcę przez to powiedzieć), ale ten atrament tak pachnie, że ja osobiście nie ten teges.

Jak zwykle, dowiedziałam się mnóstwa bardzo pożytecznych rzeczy, na przykład:

– mejillones łowi się, kiedy jest pełnia, bo w pełnię są grube, a jak jest nów, to chudną, nikt nie wie dlaczego, ale tak jest i już;

– ser jest najsmaczniejszy, kiedy krowa ma całe życie pod górkę – nie może jeść zbyt soczystej trawy, bo wtedy mleko ma za dużo wody, a za mało tłuszczu, więc najlepiej gdyby się pasła na nie za urodzajnej łące, górzystej, żeby się napracowała, i w ogóle – im ma gorzej, tym lepiej dla nabiału (straszne to, nie?);

– jak się wystawi przed drzwi butelkę z wodą, to psy nie będą sikały na drzwi.

Takie oto tematy są poruszane w barach (no i oczywiście opowieści o złapanych rybach; ryby rosną w każdym kolejnym barze o 20 centymetrów).

Odwiedziliśmy kilka mniejszych miejscowości i oczywiście Santiago de Compostela, gdzie tradycyjnie lało tak, ale to tak, że nawet kobziarz, który zawsze gra w przejściu przy katedrze zwinął się dość szybko, bo widocznie zalało mu gaitę i zaczął bulgotać. Kupiłam sobie dwie śliczne metalowe aceiteiry i skończyło się obżarstwo, opilstwo i trzeba było wracać (i dobrze, bo dziurki w pasku by się nam skończyły). I wracamy do domu I JEST SUCHO!… I piec działa (coś knuje, drań jeden, już ja go znam).

No i teraz będę kombinować, jak by tu upiec ogon. Naprawdę był przepyszny.

Jak tylko uporam się z całą górą wilgotnych ubrań. I suszeniem wora laurowych liści.

 

O TYM, ŻE NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ZAWIESZENIE BRONI Z PIECEM

 

Wojna trwa. Drań od ponad doby udaje, że jest puchatym kiciusiem i słodko mruczy, w domu sauna, a pod prysznicem prawie zeszła mi skóra od wrzątku. A ja wiem, że knuje i TYLKO CZEKA, kiedy nam wywinąć następny numer i najlepiej, żeby było wtedy minus trzydzieści.

Mam już opracowany (na razie teoretycznie) problem niemycia w razie tak zwanego Niemca (ha! Przecież to JEST Niemiec z pochodzenia). Koleżanki mi powiedziały, że najgorszy jest początek, ale jak się przebrnie przez pierwszych kilka dni to później już z górki i można się przyzwyczaić. Spoko. Dam radę albo pojadę do Zebry jako ta rodzina z prowincji (raz już byłam). Tylko niech mi nikt nie każe używać SUCHEGO SZAMPONU, bo na samą wzmiankę wszystko mnie swędzi; wolę już umyć łeb w lodowatej wodzie.

Co tam jeszcze z ciekawostek (pardą, ale moje życie zdominował problem grzewczy i mogę lekko nie nadążać za mejnstrimem). N. wrócił z Mołdawii i przywiózł mi ulotkę największych na świecie piwnic z winem – mają 200 kilometrów i zwiedza się je SAMOCHODEM! Oczywiście, bardzo chcę tam pojechać, mimo, że mówi, że w Kiszyniowie nie wyszedł z hotelu, bo nie ma gdzie. Mogę nie wychodzić z hotelu, dwieście kilometrów wzdłuż beczek z winem mi wystarczy. Aha, i jeszcze powiedział, że zgubił kartę od pokoju, ale bardzo miła pani prostytutka mu ją przyniosła i oddała. I mówiła do niego „mużczina”. I JA SIĘ MAM NIE DENERWOWAĆ, jak on wyjeżdża, tak?…

A jedna moja koleżanka chce być przerobiona na diament po śmierci. Koncepcja mi się podoba, ale jak tu sobie zagwarantować, żeby np. nie wylądować między cyckami nowej żony naszego drogiego małżonka?…

Popłakałam się na końcówce Manhattanu (jak zabiją Franka, nie oglądam drugiego sezonu!), natomiast jeśli chodzi o „2 Broke Girls” to… Serio? Kim Kardashian?… Odcinek do dupy (i to dosłownie).

Strasznie się kurzy. Może by spadł jakiś mały deszczyk?…