JAK LEON KUPUJE PSOM WĄTRÓBKI

– Idz – mowi do Leona zona jego, a moja matka – idz, kup psom kurze wątrobki, bo tak się zbiesily, ze Melania już niczego innego nie chce zrec, tylko kurze watrobki. A i tak wieziesz JĄ – gest w moja strone – do sklepu po bułki, no to przy okazji IDZ I KUP.

No to JEDZIEMY. Jedziemy Ropuchem, który zostal nabyty w zamian za poprzedniego Opla, którego slawetnie rozwalilismy na Zakopiance. Ropuch zawdziecza swoje imie silnikowi Diesla, który – mowiac delikatnie – jest nieco mniej zrywny, niż poprzedni benzynowy dwulitrowy, i mój ojciec STRASZLIWIE cierpi, nie odsadzajac wszystkich na swiatlach. Ale SAM SIĘ UPARL przy tym Fordzie, wiec teraz MA.

– Co ja mam im kupic? – pytanie zadane po drodze do sklepu około trzech razy.
– WĄ TRÓB KI, kurze – informuje, z niejaką OBAWĄ, ze jak zapamieta sobie kategorie „drob”, to jeszcze kupi trzy kilo steku ze strusia…

W sklepie rozdzielamy się. Ja biegne po pieczywo (i cichaczem – po chipsy ale CIIIIIII! Jak by co – to nie bylam JA, tylko przebrana Amanda Plummer), on – parkuje przy stoisku z mięchem. Spotykamy się przy wyjsciu. Poznaję GO po dyndającym nonszalancko węzełku, w którym znajduje się padlina.

– Wiesz – mowi, zadowolony i z poczuciem DOBRZE WYPELNIONEJ MISJI – nie mieli już SERDUSZEK… To wzialem WĄTRÓBKI!!!

Wiadomosc z ostatniej chwili: Wlasnie doniesiono mi, ze ukochany mój ojciec dokonal wczoraj WYLUDZENIA w kasie DWOCH (zamiast naleznej JEDNEJ) psich kolderek pikowanych, jakie były dolaczane do opakowan Pedegree Pal, MIMO, ze SKONCZYLA SIĘ już PROMOCJA.

No i moja matka twierdzi, ze ON nie jest operatywny!
Nie musi byc – ma duzo wdzieku.

MARCYS WANTED

Dlaczego, DLACZEGO – blagam, NIECH mi ktos wytlumaczy, DLACZEGO NAJWIEKSI palanci swiata nowozytnego trafiaja się najsympatyczniejszym dziewczynom? Dlaczego, jeśli dziewczyna jest madra, sliczna, dobra, kochana – to NA STO PROCENT trafi na wyjatkowego drania?

MARCYS! Zakladaj paletko – POTRZEBNY JESTES!
Musisz:
a. zostawic zone (mogę ci w tym pomoc, jak zwykle)
b. umowic się z NIĄ do kina i na spacer
c. dac JEJ kasztanka (mogę ci kilka podrzucic, troche wyschnięte, ale oblecą)
d. udac się pod dom zamieszkiwany przez TEGO PALANTA i OSWIADCZYC JEJ SIĘ – ale TAK, żeby CALA DZIELNICA SLYSZALA! Pozniej się powie, ze jak zwykle byles PIJANY i myslales, ze to nie ONA, tylko Kirk Douglas…
e. nie wiem CO, ale MASZ ją dowartościować

Ja nie mogę patrzec, jak się TAKA dziewczyna marnuje.
Masz czas do dzis do 17.30.

KIEDY MI PRZESZLO?…

Zastanawialam się wczoraj w lazience, KIEDY MI PRZESZŁO.
Zastanawialam się nad tym, probujac umyc 15-metrowa lazienke chusteczką CIF, trzymana czubkami palcow. I doszlam do wniosku, ze się nie da. Dziwne, ale prawdziwe.

Kiedy się przeprowadzalam, moja rodzona matka glosno i przy wszystkich wyrazala swoja opinie, ze po trzech tygodniach a) umre z glodu oraz b) mieszkanie będzie przypominalo wysypisko smieci nie rekultywowane. Tak wynikalo z jej doswiadczen, bo zaganianie mnie do jedzenia i sprzatania to była jej najciezsza praca w zyciu.

A OTÓŻ OKAZAŁO SIĘ, ze SAMA Z SIEBIE zaczelam sprzatac WLASNE mieszkanie – ba, w dodatku w UPOJENIU! Kupowalam cale wozki srodkow czystosci, żeby mi nie zabralko, mopy i sciereczki pod kolor kafelkow, odkurzacz i SPRZATALAM CALOSC co tydzien. Zajmowalo mi to zwykle caly dzien. Powiem tylko, ze sypialnia na gorze ma okolo 45 metrow plus 15 m lazienka.

Ale bylam ZACHWYCONA, bo to przeciez MOJE! Sprzatam SWOJE i nikt mi nie KAŻE, nie wrzeszczy, nie popedza – MOJE SLICZNE KAFELUNIE i MOJA WLASNA niebieska podloga!

I jakos UMKNAL mi ten moment, w którym przestalo mnie to bawic. Wczoraj się nad tym zastanowilam glebiej, ponieważ „gorna” lazienka ZDECYDOWANIE wymagala interwencji, co było mi wybitnie nie na reke, przywloklam się z przydeptanym ogonem z roboty po calym dniu pracy umyslowej, z ktorej wieksza czesc polegala na hopsaniu po kamiennych parapetach i wywlekaniu z najwyzszych i najbardziej zakurzonych polek jakichs papierzysk. Niestety – nawet po wyjeciu szkiel kontaktowych NIE MOGLAM udawac, ze NIE WIDZE tego kota kurzu w lazience – gdybym go nie sprzatnela, to w nocy chyba by mnie zezarl!

I dlatego co jakis czas musi interweniowac Marysia (z tych Marys, co to Haniuta WIE). I wcale nie uwazam, ze to jest wyzysk czlowieka przez czlowieka, tylko mój wklad w miedzynarodowa specjalizacje pracy. TAK WLASNIE UWAZAM.

PS. Wiosna się zaczyna, wiec niedlugo POBUDZĄ SIĘ PAJĄKI… I dopiero się ZACZNIE – wczorajsze koty to MAŁE MIKI…

GWIAZDY I PSY

A moja kolezanka stwierdzila kilka dni temu, ze w kwestii zycia uczuciowego – to jej rozwiazuje sprawe PORTFOLIO facetow.

Do opisu portfolio posluzyla jej macierz BCG:

– konieczny jest jeden DOJNA KROWA (dziewczynki tez musza jesc…)
– pozadany jest jeden GWIAZDA, ale nie za często – taki nieosiagalny i nie do zdobycia
– niezbednych jest kilku ZNAKOW ZAPYTANIA – żeby intrygowali
– oraz, naturalnie, PSY, które można drapac za uszkiem i przybiegaja na zawolanie – żeby mieć się komu zwierzac i wyplakac

Wszystko to oczywiście – w ukladzie DYNAMICZNYM oraz zbieznym geograficznie (żeby się towarzystwo za bardzo nie rozlazilo) – no – DOJNA KROWA może być korepondencyjna.

Pozwolilam sobie na poblazliwy usmiech i stwierdzenie, ze NAJWYRAZNIEJ jeszcze nie trafila na WLASCIWEGO FACETA… TEGO WLASNIE JEDYNEGO.
Ona tez sobie pozwolila na poblazliwy usmiech 🙂 BARDZO ja lubie 🙂

POJDZIEMY SIEDZIEC

Jeden jest pies na CALYM SWIECIE, którego NIENAWIDZE – jeden jedyny, i akurat musi ze mna mieszkac PRZEZ SCIANE, bo to ten dupek, dalmatynczyk mojej babci.
Ma wredne oczka i wredny charakter.
Warczy nawet na babcie, wlazi lapami na stol i wyrywa jej z reki jedzenie.
Leje na koła samochodu.
Ryje trawnik – malpio zlosliwie tam wlazi, bo trawnik jest ogrodzony, musi się przeczolgiwac albo przeskakiwac. WIE, ze mu nie wolno, bo za kazdym razem, jak nas widzi – to zwiewa, mimo to – wlazi i ryje.
Rzuca się na dzieci – jedno mialo nawet zakladane szwy.
Ucieka i nie reaguje na wolanie.

I CO Z TAKIM SKURCZYBYKIEM ZROBIC?…
Otruc go i cale zycie się z tym nosic?…
Może mu chociaz przylac?…

Zreszta… Wlasnie doszlam do wniosku, ze I TAK WSZYSCY POJDZIEMY SIEDZIEC – tak tak, TY TEZ! NIE CHOWAJ SIĘ! Tak mi wyszlo z ustawy budzetowej. NO I DOBRZE – zapuszcze sobie paznokcie…

DEDYKOWANE OBŁEMU

Bardzo Oblemu zazdroszcze wizyt na PRAWDZIWEJ budowie, bo PRAWDZIWI budowlancy to NIESAMOWITY gatunek ludzi, który mnie zafascynowal podczas lektury „Autobiografii” Chmielewskiej – i moje uwielbienie TRWA.

Budowlaniec to chlopak z fantazja, co to litra wypije bez mrugniecia okiem, brzegiem rynny po wypiciu tegoz litra się przejdzie, soczystą kurwą rzuci, kiedy trzeba, i generalnie – ZNA SMAK ZYCIA. Budowlancy KOBIETAMI (jako ludzmi) – gardzą, chociaz na dupencje gwizdzą, a zon się boja jak ognia, co im nie przeszkadza litra wypijac bez mrugniecia okiem. Jak studiowalam, to akurat kolo uczelni metro budowali – no! Wystarczylo się rano w spodnicy przespacerowac, żeby mieć zapewniony dobry humor do konca dnia 🙂

A z budowlancami to mi się skojarzyla taka opowiesc mojej znajomej, co to studiowala w nieludzkich czasach, kiedy to na praktyki delegowali. No i wywiezli bidule do PGR-u, dyrektor po glowie się podrapal i mowi – a, to pojedzie pani jutro siano zbierac z łąk. Z chlopakami. No i pojechala, bo czlowiek jak mlody, to glupi i do roboty się rwie (dopiero pozniej to jakos przechodzi samo z siebie). Pojechala na te laki, wysiedli wszyscy z pojazdu, a chlopaki cos tajemniczo miedzy soba szepcza i szepcza… Kloca się o cos… W koncu – wydelegowali jednego najsmielszego, który do niej podszedl z takim przemowieniem:

– Bo my tu z kolegami… Chcielismy pani powiedziec, ze… No… Żeby się pani nie obrazila czasem czy co… Bo jak czasem ja… Albo kolega, nie?… No jak czasem się nam „kurwa” powie, nie, to żeby pani wiedziala, ze my nie o pani, nie? Tylko tak w ogolnosci! Bo my do pani nic osobiscie nie mamy, bo pani fajna kobitka jest!

No i moja znajoma udowodnila im, ze naprawde jest fajna kobitka, co to jej żadna abstrakcyjna kurwa niestraszna, i niejedna flaszka się z nia pozniej chlopaki dzielili! HEJ!

MROZACA KREW W ZYLACH ROWER STORY

Rower będziemy kupowac. Dla mnie, bo N. już rower ma. Uparl się na ten rower i nie popuszcza. Na poczatku probowalam mu wytlumaczyc, ze ja BARDZO CHETNIE, ale nie rower, a ROVER, zreszta po co nam drugi skoro już jednego mamy. Z tym, ze nie jezdzi. To znaczy – JEZDZI, ale glownie z warsztatu do warsztatu. A poza tym – jest cudowny, wspanialy i idealny i bardzo jestesmy do niego przywiazani. Mimo, ze rzadko się widujemy, bo on po tych warsztatach… A, wspominalam już o warsztatach. No to nie będę się powtarzac, zreszta – to TAKIE BANALNE – jezdzacy samochod. Jezdzace to maja WSZYSCY – żadna sztuka.

Tak, ze ja swoje, a on swoje. W dodatku SWIAT się sprzysiagl przeciwko mnie i nastręcza WYJATKOWO OKAZYJNE rowery po zachecajacych cenach. To znaczy, mnie te ceny nie zachecaja, ale JEGO – jak najbardziej. No a wiadomo – jak się SWIAT sprzysiegnie, to nie ma przebacz. Widmo roweru rysuje się coraz to wyrazniejsza kreska. Jezdzenie rowerem po Bieszczadach… Mój Boze – a mialo być tak pieknie! Zgnilizna fizyczna i moralna polaczona z wypadami do Sandomierza… A tu masz – nic, tylko przyjdzie mi zainwestowac w sportowe obuwie… Wyrzucone pieniadze, za które moglabym nakupic thrillerow masci wszelakiej i oblozyc się nimi po czubek nosa, z jedna reka wolna na kieliszek z winem.

Tak, ze nie jest rozowo.
Trzeba będzie ruszyc tylek.
Uh – nie lubimy…
Nie ukrywam – wolimy LEZEC I PACHNIEC.
I co teraz?…