O TYM, ŻE NARESZCIE JEST IDEALNIE

 

O, jak jest wspaniale. Idealnie.

W tych pięknych okolicznościach przyrody ptaszki obżerają się owocami, co łatwo stwierdzić –  na tarasie mamy wernisaż sztuki mimochodem, styl – tak zwany ptaszyzm. Człowiek sobie stoi, wącha lawendę i ma przegląd na schodkach – o, ten jadł czereśnie. A ten jagody (borówki). Ten maliny albo truskawki, bo pesteczki się ułożyły w wachlarzyk. A TEN? TEN CHYBA KAŁAMARNICĘ! Albo malutkie, świeżo wyklute Cthulhu. Ptasie guano podobno świetne na włosy, może powinnam sobie trochę zeskrobać.

N. wczoraj oczywiście frezował (Drogi Pamiętniku, zwariuję od tych jego pił), ale lekko go wybijała z rytmu impreza u sąsiada. Jakiś okrągły jubileusz chyba, bo rodzina zjechała się od rana i imprezowali do ciemnej nocy – szacunek, ja bym nie dała rady przez cały dzień, upał czy nie upał. Ale nie, że woda sodowa i lody, nie nie nie. Co jakiś (krótki) czas padała uniwersalna komenda – „NO TO SIUP!”. Naprawdę, jak oni w tym upale nie padli po pół godzinie, to nie wiem. Inne pokolenie chyba po prostu, z solidniejszego materiału. No więc mój mąż był tak bardzo zdeprymowany tym rytmicznym siupaniem, że kazał sobie otworzyć wino z zazdrości, no i palił cygaretki. Co z kolei bardzo zdeprymowało mnie – nie znoszę tego smrodu, nie cierpię i zmuszona byłam go opieprzyć. Drogi Pamiętniku, jak chłopa odzwyczaić od śmierdzących cygar, nie zostając przy tym wdową i nie lądując w domu wariatów za poćwiartowanie męża siekierą w afekcie?…

Jest bosko. Szkła kontaktowe muszę zamówić; znowu nie pamiętam, jak się ten ładny kolor nazywał.

O TYM, CO POWIEDZIAŁA NOGA

 

Dziś rano noga powiedziała „nie” obcasom. I koturnom. Nie boli na całkiem płaskim albo na niewielkiej różnicy między palcami i piętą. Kostkę mam jeszcze trochę spuchnięta i śliczny siniak w kształcie półksiężyca pod kostką – ale zmienił kolor z fioletu na szlachetną przygaszoną purpurę i myślałam, że już po wszystkim, a tu ci masz. Mam nadzieję, że to już ostatnie podrygi zwichniętej ostrygi, bo mam kilka par sandałków zasługujących na wyprowadzenie na spacer. A nie łudzę się, że sezon sandałkowy będzie długo trwał – nigdy nie trwa…

Wczoraj odkryliśmy, że mamy niezłe Archiwum X na różach. W ciągu jednego dnia COŚ pokryło całe kwiatostany pajęczyną, po której chodzą malusieńkie, ohydne, czerwone bydlaczki. Gugiel mówi, że przędziorek. Przędziorek!… Kto wymyślał te urocze nazwy dla takich paskudnych obrzydliwców. Powinien się nazywać „zżeracz parszywiec” albo „wpierdzielacz różany”. Tak czy siak, od razu po robocie jedziemy zakupić środki chemiczne kończące cykl życia przędziorka w szybkim terminie bez możliwości negocjacji. Ale róże zeżarte. Kurwa mać.

Oraz, mimo że bardzo, bardzo, BARDZO tęsknimy za Madrytem, to po zapoznaniu się z wykresem temperatury na najbliższy tydzień pogratulowaliśmy sobie, że jednak nie kupiliśmy biletów. Czterdzieści stopni to jednak już żadna przyjemność, tylko czołganie się od jednego klimatyzowanego pomieszczenia do drugiego klimatyzowanego pomieszczenia. Narąbać się zimnym białym winem bez wychodzenia z pokoju to ja mogę w domu – oświadczył mój mąż i tak mu się to spodobało, że zamierza zrealizować ten plan w najbliższy weekend. Tym bardziej, że znalazł w Biedronce naprawdę niezłe Albarino.

No i tak. Co robicie w Sylwestra?