O NIEOCZEKIWANYCH SKUTKACH WYJMOWANIA DŻEMU

Wczoraj popełniłam nieduży błąd strategiczny, mianowicie stojąc rano przy patelni naleśnikowej powiedziałam do N. „Wyjmij dżem”. Nawet nie do końca z lenistwa (chociaż oczywiście z lenistwa! Jestem absolutnie ZA lenistwem, pochwalam lenistwo i uważam, że leniwym ludziom żyje się lepiej, a wytrwałością i pracą swetry się mechacą) – głównie dlatego, że trzeba po ten dżem ukucnąć do szafki pod blatem, a ja mam to takie coś że jak się ukucnie, a później wstanie, to ma się zawroty głowy.

N. ukucnął i wyjął słoik. I następny. I następny. I NASTĘPNY. Krótko mówiąc – WYJĄŁ WSZYSTKO z trzech półek i zupełnie spontanicznie zafundował mi niedzielne sprzątanie szafki z przetworami (a ona jest niewysoka, ale bardzo głęboka). Miała być spokojna, nic nie wnosząca w niczyje życie niedziela, a skończyło się szafkowym Armageddonem i odzyskiwaniem surowców wtórnych (tak, opróżnialiśmy słoiki i umyłam je w zmywarce). Rekordzista trafił się z datą przydatności w 2009 roku, a pobieżne szacunki metodą rzutu oka na przeterminowane słoiki wykazały, że mamy zapas botuliny na cały rok dla gwiazd Polsatu, TVN-u i jeszcze zostanie całe mnóstwo dla niezrzeszonych.

Naleśniki wyszły pyszne, no ale to wiadomo – zawsze mi wychodzą (minus jeden raz, kiedy próbowałam zrobić z mąki gryczanej). I zawsze mi wychodzi pierwszy naleśnik, wbrew panującym przesądom.

Z lekkim poślizgiem weszłam w „Altered Carbon” i po czterech odcinkach podoba mi się bardzo (babcia z mrożonki! Poe! Proszę w tej chwili usunąć Siri z mojego telefonu – ja chcę Poego!). Holden się bardzo, mówiąc delikatnie, ROZRÓSŁ od czasów The Killing – taki tam był chudy, mizerny, chrupał sobie świńską skórę za biurkiem, a tu proszę! Zuzanka mówi, że po szóstym odcinku zaczynają kombinować i już nie jest tak fajnie z akcją. No zobaczymy, w każdym razie klimat świetny.

Co do „Blade Runner 2049” – podobał mi się, ale żeby głosić że „lepszy niż pierwszy” – no nie, aż tak to nie. Brak mimiki Goslinga wcale nie przeszkadza, wprost przeciwnie – jako uczuciowy mazgaj byłby niewiarygodny. I zgadzam się z niektórymi recenzjami, że za dużo jest powiedziane wprost (nawet po kilka razy). Co się tyczy mojego męża, to odpadł po godzinie i 22 minutach – stwierdził, że NIC SIĘ NIE DZIEJE, jedyny rozwój wydarzeń to koleś który znalazł konika z drewna, i to bardzo małego, i on woli inne filmy. Na przykład serial „Dom”, w którym jest Henio Lermaszewski i w każdym odcinku ma dobre teksty i jest jakaś akcja.

Jednak idą te mrozy, a zgodnie z najświeższymi doniesieniami w nadchodzącym sezonie niemodne już będą bluzki hiszpanki z odkrytymi ramionami. Ha ha ha – roześmiała się ponuro księżniczka, naciągając na dres, grube skarpety i puchate kapcie jeszcze jedną polarową bluzę.

 

O PRZECZEKIWANIU

NIe odzywam się, ponieważ czwarty dzień z rzędu pada śnieg. A jak pada śnieg, to przychodzą mi do głowy jedynie komunikaty niecenzuralne (albo głównie). W internecie prognozy pogody „Przygotuj się na minus dwadzieścia stopni mrozu” oraz „W pogodzie zapowiadane ocieplenie”. I komu wierzyć? Otóż NIKOMU. Ponieważ wszyscy kłamią!

Tak, z rozpaczy puściłam sobie od początku Grześka House. Jacy oni wszyscy są młodzi w pierwszym sezonie! (A jaka ja wtedy musiałam być młoda – nawet nie zamierzam sprawdzać, żeby się nie rozsypać). I dlaczego tak idiotycznie ubierali Cameron? Co prawda, z taką urodą to się we wszystkim wygląda pięknie, ale Trzynastka miała fajne ciuchy, a Cameron beznadziejne.

Wiedzieliście, że cytryny kwitną i owocują przez cały rok na okrągło, a pomarańcze tylko raz? Ja nie wiedziałam.

Mam ochotę wejść pod stół i przykryć się grubym kocem, tak żeby nawet kątem oka nie dostrzegać rzeczywistości. I przeczekać ten cały syf.

 

O SPACERZE NAD PRZEPAŚCIĄ I PRAWDZIWYCH ZAWROTACH GŁOWY

Przechadzka po Caminito del Rey jest bardzo sensownie zorganizowana, jak większość atrakcji turystycznych w Hiszpanii. Wejście jest od góry i większość trasy prowadzi w dół – jadąc samochodem można podjechać albo pod wejście i tam zostawić samochód na parkingu, albo na dole, przy wyjściu (tak zrobiliśmy). W obu przypadkach korzysta się z autobusu, który albo na początku podwozi nas do wejścia, albo z powrotem do samochodu po przejściu trasy. Do właściwej Caminito, tej z kładkami, trzeba dojść spacerkiem bardzo przyjemnym wąwozem, można skrótem przez tunel wykopany w skale – i tak poszliśmy. Tunel jak tunel, tylko ciemno – ale dno jest piaszczyste, wysprzątane i nie ma się o co potknąć, nawet jak się ma kurzą ślepotę jak ja i nie widzi się w takich warunkach ZUPEŁNIE NIC. Suchy, czysty, nie trzeba się schylać.

Dochodzimy do punktu kontrolnego, gdzie jest toaleta, automaty z napojami i batonikami oraz punkt sprawdzania biletów. Dostaje się kask i krótkie szkolenie BHP – raczej nie wpuszczą w klapkach i na szpilkach, ostrzegam turystów znad Morskiego Oka. Bilety są na określoną godzinę, ale idzie się indywidualnie, w swoim tempie.

Nie cała Caminito jest po kładce przyklejonej do skały – tak z połowę, druga połowa przez las. Ta kładka jest bardzo solidna i jak się specjalnie człowiek nie skupia na tym, co jest pod spodem (bardzo długo nic, a później SKAŁA), to idzie się bez specjalnych sensacji. Faktycznie, te ściany wąwozu robią wrażenie, nad skałami krążą prawdziwe sępy, ale najbardziej stresujące na całej trasie były grupki tamujące ruch i pozujące do miliona zdjęć co pół metra. Co jakiś czas stoi pracownik pilnujący tego całego towarzystwa i pyta się „Todo bien?”. Są ławeczki, jest gdzie usiąść i odsapnąć, zjeść kanapkę albo zawiązać but.

W sumie najgorszy jest most prawie na końcu Caminito – po pierwsze ażurowy, więc nie można sobie wmawiać „Idę sobie po drewnianym pomoście, na na na na” – bo idzie się po metalowej kratce zawieszonej NAD NICZYM i z obu stron ma się NIC (bo ta kładka jest jednym bokiem przy skale i to też pomaga). Po drugie – wiszący i SIĘ BUJA. Przed mostem też stoi umyślny i pilnuje żeby nie wlazło za dużo towarzystwa naraz, ale i tak BUJAŁO. Z całej trasy najgorsze było to bujanie. Zaraz za mostem schodzi się na drogę i jeszcze spacerek do wyjścia, gdzie się oddaje kaski. (Od razu miałam skojarzenie, że liczą te kaski na koniec dnia – ile wydali, ile wróciło, a brakujących szuka się na dole w wąwozie i zbiera dla rodziny to co zostało z nosiciela kasku do słoika po dżemie, ha ha ha). W sumie jakieś dwie godziny całej imprezy, może dwie z kawałkiem.

Jeśli taki kartofel kanapowy jak ja przeszedł tamtędy bez specjalnych sensacji, to znaczy że to nie jest trudna trasa. Na zdjęciach wygląda straszniej, niż jak się tam jest. Na wejściu pytają, czy się nie ma vertigo – ja np. nie lubię stawać na szklanych mostkach nad przepaścią, za nic w świecie nie skoczyłabym na bungee, ale nie miałam po drodze zawrotów głowy albo jakichś lęków (oprócz mostu, na którym sobie kwiknęłam, jak zaczęło bujać).

Vertigo owszem miałam, ale w zupełnie innym miejscu.

Znajomi zabrali nas do Cordoby, żebyśmy koniecznie zwiedzili meczet. Wpadliśmy tam przed samym zamknięciem – meczet jest ogromny, z zewnątrz wygląda jak hala garażowa przy centrum handlowym, ma piękne patio z pomarańczowymi drzewkami, ale kiedy wchodzi się do środka – wpada się w okropny labirynt kolumn z łukami. I w którą stronę się nie spojrzy, tam widać te rzędy kolumn.

Po zdobyciu meczetu pośrodku wsadzili chrześcijańską katedrę, a pod ścianami kaplice, ale ze wszystkich stron jest to otoczone tą sakramencką kolumnadą, w której się natychmiast zgubiłam, zrobiło mi się słabo i dostałam zawrotów głowy. Chciałam powiedzieć N., że muszę wyjść, bo zaraz zemdleję, a ten mi gdzieś przepadł – jak go w końcu znalazłam, to powiedział „Wychodzimy stąd, bo ja nie mogę oddychać”. Czyli nie tylko na mnie to tak podziałało.

Dziwne miejsce, oczywiście na pewno piękne i kunsztowne, co za architektura i tak dalej, ale przedziwna ta atmosfera w środku. Zdecydowanie lepiej się czułam na uliczkach Cordoby, a zwłaszcza w barze na winie, oczywiście.

W jednym barze, jako że cały czas staram się poszerzać słownictwo i w ogóle, a siedziałam przodem do telewizora i leciało coś o piłce nożnej z napisami na paskach, i przeczytałam na głos jeden pasek „Shakira tiene rabo” i pytam N., co to znaczy. Na co on:

– No właśnie oznajmiłaś całej knajpie, że Shakira ma fiuta. Ale nie przejmuj się, jedz swój ser.

No przepraszam, ale na takim etapie jeszcze nie jestem biegła w idiomach i słownictwie potocznym kibiców piłkarskich (i dlaczego niby ona ma tego fiuta?…).

Najsłabsze w tej całej Andaluzji jest to, że większość miast, tych małych też, ma swoje Plaza de Toros, gdzie w sezonie na corridę męczą te biedne byki. Nasz znajomy mówił o nich per „carniceria” (czyli mięsny). No nie pochwalam, nie podoba mi się (nie, żeby Andaluzyjczycy byli ciekawi mojego zdania na ten temat, niemniej jednak).

Wnioski? Nadal wolę północ Hiszpanii. I zdecydowanie lepiej zwiedzać te miejsca poza sezonem, bo w samym szczycie nie wiem, jak jest możliwe cokolwiek tam zobaczyć, zjeść czy zrelaksować się. I tak było sporo ludzi i na przykład do takiego El Pimpi (najpopularniejsza obecnie winiarnia w Maladze, na dodatek pod samym domem Banderasa, który kupił całe najwyższe piętro eleganckiej kamienicy) nie było jak wejść w niedzielę przed obiadem na wino (weszliśmy innego dnia po południu i było drogo i wcale nie jakoś bardzo smacznie).

A do poczytania w drodze zabrałam dwie książki – obie znakomite, ale bynajmniej nierozrywkowe, wręcz bardzo mocno dające do myślenia – „Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” i „Był sobie chłopczyk”.

Oczywiście od razu następnego dnia po naszym wyjeździe było w Maladze dziewiętnaście stopni – wszyscy odetchnęli i udali się na taras pić pajarete. A my ze swojej strony cieszymy się że mamy taki ciepły, OGRZEWANY dom (najgorsze było zakładanie rano lodowatych dżinsów). A Szczypawka znowu utuczona. I polecone do odebrania. Ech… Chociaż na pocieszenie nowego Blade Runnera sobie zamówiłam, bo wyszedł na DVD. Podsumowując – majtki na dupę i do roboty.

 

O ZIMNIE, SMALCU I DZIEWCZYNIE Z GOŁĘBIEM

Gdzie ja się powinnam zgłosić, żeby zdjąć klątwę (a najlepiej od razu obie – klątwę brzydkiej pogody i niedopieczonych ziemniaków)? Bo że znowu nam zmarzły tyłki to jedno, ale zaspy śniegu które przykryły całą Hiszpanię, a w telewizji na okrągło leciały raporty z zasypanych wiosek, lawina która spadła na pociąg i wojsko przedzierające się przez zaspy z chlebem dla emerytów – to już naprawdę, naprawdę LEKKO przesadziłam.

Mieszkaliśmy na krzywy ryj w apartamencie ciotki i wujka naszych znajomych – wygodnym, w pierwszej linii od morza, NIEOGRZEWANYM. Oczywiście, że nieogrzewanym – jak nam wyjaśnił wuj, tutaj NIE MA takich temperatur, nawet zimą, w związku z tym mieszkania nie są przygotowane. I w ogóle ta pogoda NO ES NORMAL (ha, ha, ileż razy ja już to słyszałam).

Na szczęście, na śniadanie w Maladze tradycyjnie je się przepyszny smalec, który nazywa się zurrapa. Można oczywiście iść na czekoladę z churrosami – też tłusto i rozgrzewająco – ale kto wybiera czekoladę, kiedy można mieć smalec?…

Ta biała miseczka po lewej to zurrapa – smalec, dalej – sobrasada, czyli pasta z surowego mięsa, smalec z przyprawami, marmolada z jabłek i marmolada z marchewki – bardzo interesująca. Do tego dostaje się na tekturze podwójną tostowaną pajdę chleba i kawę albo herbatę (obrzydliwą, no ale kto oprócz mnie pije herbatę w Hiszpanii?). Całe śniadanie kosztuje 2,50 eurasia na osobę i są to znakomicie zainwestowane pieniądze. Ta zurrapa (ten zurrapa?) z przyprawami, z przewagą papryki, została moją nową miłością.

Poza tym, jedzenie jakoś nie rzuciło mnie na kolana; większość przystawek jest smażona, oprócz nabitych na patyk sardynek z grilla. Dobre były adobo – kawałeczki ryby marynowane w kwaśnym, ziołowym sosie i później usmażone, albo chrupiąca ryba z aioli. Przepyszne są pączki z dorszem (i z miodem – tu po arabsku sporo rzeczy polewają miodem, nawet dość kontrowersyjne zdawałoby się zestawienia), oraz absolutny hit wyjazdu – bakłażany, usmażone na chrupiąco, z miodem albo melasą z trzciny cukrowej. Przepyszne. Gdyby nie to, że trudno w domowych warunkach usmażyć bakłażana, żeby nie nasiąkł tłuszczem jak gąbka, to jadłabym to codziennie.

Podobały mi się białe miasteczka – chociaż to już nie są prawdziwe miasteczka, raczej takie odpicowane witryny dla turystów, bez prawdziwych mieszkańców. Mijas z osiołkami, Ronda na skraju klifu (akurat w Rondzie PADAŁ GRAD i przeszła nieduża śnieżyca, więc mało widzieliśmy, ha ha). Okropna marina w Marbelli – same jachty, bentleye i sklepy Hermesa (i Ruscy, naturalnie), ale starówka w Marbelli bardzo ładna. No i Nerja, która też jest bardzo przyjemna na spacer i kawę (dla niektórych wino, znaczy się), ale z Nerja najlepiej zapamiętam coś zgoła innego niż architekturę czy widoki.

Mianowicie, siedzieliśmy sobie nie wadząc nikomu w kawiarni przy placu, a na kamiennej ławce urzędowała dziewczyna z gitarą i dwoma psami. Najpierw wzięła gitarę i wykonała jakiś buntowniczy rockowy utwór, głos miała ładny, więc dorzuciliśmy się do kapelusza. Następnie sypnęła czymś na chodnik i zleciało się stado gołębi; wlazła pomiędzy nie i złapała jednego, wróciła z nim na ławkę i wyciągnęła z plecaka nóż i nożyczki. Na chwilę zrobiło mi się słabo, bo bałam się, że zabiera się za przygotowanie świeżego suszi dla psów albo coś, ale nie – ona, jak u Whartona, tego gołębia opatrywała; dłubała mu coś przy nogach. Traf chciał, że akurat przechodziła wycieczka Japończyków, z których każdy się zatrzymywał, żeby zrobić zdjęcie – jak w Europie robi się publicznie gołębiom manicure (czy raczej pedicure). Na to wszystko lekko zdenerwowały się psy, no bo ten gołąb, tłum Japończyków, więc dla zabicia czasu ten większy jął zapinać tego mniejszego. I tak oto powstał wspaniały żywy obraz andaluzyjskiej sielanki, po prostu jak na planie u Bunuela albo Felliniego.

Gołąb przeżył, bo widziałam jak go wypuszczała.

W kolejnym odcinku: jak przeszłam Caminito del Rey i gdzie można dostać zawrotów głowy. A teraz udaję się na zasłużoną herbatę, która nareszcie nie smakuje jak przepłukana wiązka siana spod osiołka z Mijas.

 

O TYM, CZY REAGUJECIE?

 

To, że nie siedzę związana pod ścianą w izolatce w kaftanie bezpieczeństwa zawdzięczam wyłącznie i absolutnie tylko biletom lotniczym na malutkie ferie w słonecznej Hiszpanii, których zapadalność nareszcie nadeszła.

To znaczy – W ZAŁOŻENIU słonecznej, ale ponieważ ja się tam wybieram, to wiadomo co to oznacza. N. na przemian mówi, że mnie zabije jak będzie padać oraz że mam zakaz, CAŁKOWITY ZAKAZ nawet ZAGLĄDANIA do prognozy pogody. No trudno, nawet jak mnie zabije to umrę z uśmiechem, kieliszkiem wina w ręku i przeżuwając tapasa.

Ciekawe, czy będziemy mieli dokąd wracać, bo sytuacja rozwija się nad wyraz dynamicznie. Nie mogę napisać co o tym wszystkim myślę, bo zamkną mi bloga jak również wraz z blogiem zamkną mnie, a na najbliższy czasokres mam szerokie plany kulinarne i winopijcze.

A na moim ulubionym forum znalazłam wątek pod takim tytułem: „Pani bije pana… Reagujecie?”.

Reagujecie?

 

O TYM, ŻE NAUKOWCY MOGLIBY SIĘ BARDZIEJ POSTARAĆ

No więc przeczytałam artykuł naukowców ekspertów, którzy stwierdzili, że ABSOLUTNIE kategorycznie nie wolno spać na prawym boku. Jestem prawie pewna, że kiedyś czytałam artykuł o tym, żeby absolutnie kategorycznie nie spać na LEWYM boku, z powodu serca i jakichś głównych naczyń. I co teraz? Na plecach się nie wyśpię; na brzuchu nie umiem. Wszystko, po prostu WSZYSTKO muszą człowiekowi zohydzić, zabronić – jedzenie, picie (no – głównie alkoholu, ale co innego warto pić?), a teraz jeszcze SPANIE. Zamiast poświęcić się jakimś pożytecznym badaniom naukowym – już nie mówię o lekarstwach na raka, ale chociaż zmontowaliby skuteczną pastylkę na kaca albo sympatyczny narkotyk, który wywołuje euforię, dobry nastrój i nie ma skutków ubocznych – to oni studiują spanie na boku. Patałachy.

Strasznie mnie męczy ta nowa Marian Keyes; nie wiem, czy nie potrafię się wczuć w losy bohaterki, bo pracuje w firmie PR, czy też może – bo wychowuje trzy dorastające córki, z czego jedna prowadzi vloga o kosmetykach. A ona przez cały czas ma obsesję, czy ta córka odpali jej jakieś darmowe kosmetyki do makijażu, które dostaje do przetestowania. Nie wiem o co chodzi, bo z siostrami Walsh też nie miałam wiele wspólnego, ale nie mogłam się oderwać od ich pokręconego świata, a tu – nic. Całkowita oziębłość. No więc zrobiłam sobie przerwę na „Artemis” i nie żałuję – nie jest to „Marsjanin”, ale bardzo mi przypomina Heinleina „Kot, który przenika ściany” – jest przygodowo i awanturniczo w zmniejszonej grawitacji.

Pozostali domownicy też już mają dosyć stycznia.

– Jest tu jakiś piesek?

– Do kogo ty mówisz per „piesek”, kobieto – do Obi-Wana?

I tak sobie żyjemy.

 

O TYM, ŻE NAPRAWDĘ ZARAZ ZWARIUJĘ

A tak miło się ten weekend zaczął – imprezą u koleżanki, połączoną z nadziewanymi pieczonymi ziemniakami (pyszne! Pyszne i dopieczone – czyli to tylko nade mną wisi Klątwa Surowego Kartofla) i głaskaniem papugi. A później to już wiadomo.

Jak to dobrze, że mój mąż ma elektrownię w tyłku, robi dookoła siebie tornado, nie słucha co do niego mówię, ma pięćdziesiąt hobby, bałagan w garażu, nie uważa i zrywa sobie paznokcie – ale nie jest himalaistą. Niestety, nie byłabym wtedy wspierającą żoną. A wręcz po prostu nie byłabym żoną, kropka. No nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu dla pasji życiowych, zawierających w pakiecie odmrożenia i dobrowolne uszkodzenia mózgu.

Zaiste pięknym nas poniedziałek powitał korkiem – pojechaliśmy przez zboże, bo we wsi Moskal… tfu, wróć – bo na naszym zjeździe wypadek i trzeba było objechać, po drodze przez wsie korki, na autostradzie korki, w Warszawie korki, bo trzy tramwaje się pieprznęły. Po prostu styczniowy poniedziałek, nic dodać, nic ująć.

Koleżanka mówi, że teraz u psychiatry nie każą przechodzić jakichś beznadziejnych terapii, tylko od razu przepisują proszki. Prawda to? Bo może się wybiorę (chociaż czy to nie byłaby przesada? W tym roku JUŻ BYŁAM u lekarza).

 

O LEŻENIU

 

Styczeń dokopuje wszystkim – na przykład, w biurze ciągle wyskakuje mi komunikat „Your printer needs attention”. I co – mam jej założyć konto na Instagramie, zabrać na brunch z prosecco, zamówić wizytę ze stylistą w butiku Jemioła? Bo nie wiem, czego się ode mnie oczekuje. Sama ledwo ciągnę, a tu jeszcze niedopieszczona drukarka.

No więc położyłam się na podłodze z tym ręcznikiem, no bo co jak co, ale LEŻENIE NA PODŁODZE ciągle jeszcze jest w moim zasięgu. Co, ja nie poleżę, ja, mistrz świata w leżeniu? Pfff. O panie święty! Nie wiedziałam, że to tak człowieka napina i wygina, aż gnaty trzeszczą! Ledwo mogłam oddychać. Nie wiem, czy wytrzymałam pięć minut. To jest jakiś podstęp. W życiu bym nie pomyślała, że leżenie może tak człowieka sponiewierać.

Natomiast N. mnie ostatnio raczył nowościami związanymi z hiszpańską gastronomią i po pierwsze, wycofują niebieskie wino, bo odkryli że coś tam w jego składzie szkodzi. Oczywiście – jak już się go napiłam i mogę być skażona! Chyba powinnam wystąpić do rządu Hiszpanii o odszkodowanie (najlepiej w postaci niedużego mieszkanka gdzieś na wybrzeżu, nawet nie na stałe – jakieś sześć miesięcy w roku całkowicie by mi wystarczyło).

Po drugie – jeden hiszpański kucharz oznajmił, że najlepszym daniem świata są korzonki pora w tempurze. Ta broda, którą się normalnie odcina i wyrzuca – on apeluje, żeby nie wyrzucać, bo to rarytas. Hm. Lubię pory, lubię warzywa w tempurze, ale naprawdę nic lepszego nie ma na CAŁYM ŚWIECIE? Chociaż tak między nami mówiąc, o wiele chętniej zjadłabym chrupiące korzonki pora, niż pianki molekularne albo MOMENT z lawendą u Amaro.

A w ogóle to nic mi się nie chce i najchętniej bym się położyła. Ale bez ręcznika. Cholerna bura szmata za oknem.

 

O KOSZMARNYM ŚNIE I SKANDYNAWSKICH KLIMATACH

Christ on a bike, jak mawia Cleaver – śnił mi się Jan Pietrzak. Grał na fortepianie. Skąd się człowiekowi biorą takie koszmary? Po osiemnastej zjadłam tylko profiterolkę (zły duch mnie podkusił w Biedronce – kupiłam wielkie pudło i pożeram po jednej sztuce z wyrzutami sumienia) (a przecież mogłam kupić owsiankę z quinoa, ahahahah).

Zebra każe mi uprawiać pilates w ramach gimnastyki korekcyjnej, ale chyba nie doszłam jeszcze do takiego punktu w życiu. Sądzę natomiast, że pomogłoby mi spanie w wygodnej pozycji, z wyciągniętymi nogami. Nie jest to proste, albowiem zwykle dwie trzecie łóżka jest zajęte przez malutkiego, kudłatego, niewinnego pieseczka, który nagle w nocy ma trzy metry długości i wyciąga się w poprzek i we wszystkie pozostałe strony jak boa zygzakowaty. Zatem budzę się sztywna, powyginana jak spinacz, przykryta rożkiem kołdry i wczepiona pazurami w materac, żeby nie spaść.

Natomiast kupiłam sobie nową powieść Marian Keyes – „The Break”. Pierwsze kilkanaście stron i od razu mam wyrzut adrenaliny, albowiem powieść zaczyna się od tego, że pan mąż potrzebuje CZASU DLA SIEBIE. I musi, po prostu musi zostawić żonę z trójką (dorastających – chociaż tyle) córek na pół roku i wyjechać z plecakiem do Azji. Czyli numer jeden z listy męskich przebojów wszechczasów (jakoś zazwyczaj tacy panowie dość szybko się odnajdują między nogami innej pani, i to nawet bez żadnego GPS-a).

No nie wiem, zobaczymy. Podobno ma być ŚMIESZNIE. Na razie strzeliło mi ciśnienie.

Zuzanka kazała mi oglądać „Ritę”, no to oglądam. Jest dość wyluzowana i bosko wygląda w dżinsach. Poza tym nie lubi rodziców swoich uczniów (i nie dziwię jej się). Jeśli chodzi o klimat – jest trochę skandynawsko i bezpośrednio, ale dużo przyjemniej niż w „Case” – straszliwie mnie wymęczyła ta Islandia.

Zimo, idź już sobie. Nudna jesteś i brzydka.

 

O TYM, ŻE JEDNAK GŁUPI MA SZCZĘŚCIE

No więc NIE NERKI.

O rozmiarze mojej desperacji niech świadczy fakt, że POSZŁAM DO LEKARZA. No – na USG, bo w końcu bez przesady, nic inwazyjnego nie wchodzi w grę, ale POSZŁAM. Wysmarował mnie galaretą od mostka do bioder i okazało się, ze nerki mam czyściutkie jak niemowlę. A co się nałykałam ziołowych proszków i opiłam wody, to na zdrowie, taki detoks noworoczny. Zresztą może miałam jakąś miniinfekcję pęcherza, ale ją ubiłam. Podobno takie objawy daje kręgosłup w odcinku lędźwiowym. A zwyrodnienie kręgosłupa to teraz ma KAŻDY.

Najbardziej zazdrosny jest N., który podsłuchiwał pod drzwiami i wyrwał mi z ręki opis USG, jak wychodziłam i teraz mi jadowicie wypomina. Bo na dodatek mam czyściutką wątrobę i woreczek żółciowy. HA HA HA – potrójne frytki z McDonalda i grzyby w śmietanie SILWUPLE! Oraz okazało się, że jego teoria jakoby zaszkodziła mi herbata w ilości 20 kubków dziennie nie sprawdziła się. Ale chyba najbardziej zazdrości mi tej wątroby.

No cóż, po prostu sprawdza się stare dobre przysłowie o tym, że jak człowiek po czterdziestce budzi się rano i nic go nie boli, to znaczy że nie żyje. Oraz – zrozumiałam hipochondryków, że WIERZĄ w to że chorują. Jak sobie wkręciłam te nerki, to miałam wszystkie objawy za wyjątkiem ostrej kolki (na szczęście!).

Całe szczęście, bo nie mogę już patrzeć na wodę z żurawiną. Czas wrócić do żywych, do mocnej herbaty i do niusów w internetach, bo mam zaległości (ostatnio zawiesiłam się na informacji, że nie istnieje coś takiego jak dziecięce porażenie mózgowe, to tylko Żydzi zamieniają dzieci w szpitalach) (aaaa! i jeszcze jak jedna pani zmieliła w młynku choinkę świąteczną i teraz ją ZJADA po trochu).

Gdybym lubiła wódkę, to bym z tej ulgi wypiła całą flaszkę i spadła pod stół, jak słowo daję. Z winiem nie ma odpowiedniego efektu.

 

PS. No i odetchnęłam, że moje torebki są bezpieczne. Jeszcze przez jakiś czas.

PSPS. A, i jeszcze że żółwie potrafią oddychać tyłkiem.