O TYM, ŻE RODZINA MNIE WYKOŃCZY I WINOGRONO TEŻ

Czasem się zastanawiam, gdyby wystawić na ringu owsiki N. kontra owsiki mojej siostry – to które by wygrały, bo obydwoje mają niezłego pierdolczyka. Co prawda owsiki N. byłyby większe i silniejsze, ale zawodnicy Zebry nadrabialiby ruchliwością i ogólnym szaleństwem. Niełatwo byłoby przewidzieć wynik walki.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że jestem adoptowanym misiem koala w rodzinie szalonych kangurów. Kompletnie nie nadążam za tym towarzystwem.

Niby jeszcze ciepło, ale już mocno sierpniowo się zrobiło – przekwitły prawie wszystkie kwiatki, za to wszędzie, WSZĘDZIE i na wszystkim są pająki. I pajęczyny. Wstaję po herbatę, wracam – UPS! Nie mam gdzie usiąść, bo pajęczyna między stołem a krzesłem. Na oknach pajęczyny, na drzwiach pajęczyny, a ile tego towaru wyniosłam z wanny (na szufelce), to nawet nie chce mi się liczyć.

Sąsiad znowu podarował nam kosz pomidorów, ale to i tak nic w porównaniu z wysypem winogrona. Winogrono w tym roku się po prostu WŚCIEKŁO. I jak teraz zutylizować tyle winogron? (Na wino się nadają średnio, nie jestem fanką domowych win). Najprawdopodobniej zostaną dla ptaszków na zimę – mam nadzieje, że sikorki lubią rodzynki.

Tytuł wątku z mojego ulubionego forum: „Poddaję się – ludzie to jednak idioci”. Zgadzam się, choć to i tak bardzo łagodnie powiedziane.

 

O NOCNYCH WIZYTACH

Śpię dziś sobie smacznie (śni mi się, że jem ślimaki – niestety żywe i niestety w skorupkach, w dodatku przysysają mi się do języka), gdy wtem N. mnie potrząsa i słyszę ciche ale stanowcze:

– WEŹ PSA I ZEJDŹ NA DÓŁ.

Oho – myślę sobie – TO JUŻ? W sumie pisali wczoraj, że Antoni wraca, więc nie powinno mnie to dziwić, wręcz było do przewidzenia. Boso, bo po ciemku nie wcelowałam w klapki, złażę z psem na dół – nie spadłam ze schodów, nie poślizgnęłam się, jest sukces. Sprawdzam godzinę na telefonie – 2.50. N. zbiega do garażu i za chwilę wraca na górę – Z PODBIERAKIEM. No żesz w mordę, podbierak? Na Antoniego? Ja się na pewno obudziłam?… Szczypię się dla pewności, ślimaki zniknęły, za to Szczypawka tańczy rumbę, żeby jej dać śniadanie, bo ona tak ma – niezależnie od pory pobudki uważa, że należy jej się śniadanie.

Po chwili N. schodzi cały dumny, mówi że już możemy wracać, że był gacek szary ale już poleciał. Sam. Nie musiał go łapać w podbierak.

Tak więc mieliśmy w nocy wizytę nietoperza.

Może przyleciał pogadać o herbie Piątnicy? A N. do niego z podbierakiem. I nie wiem w ogóle, JAK on cokolwiek usłyszał, bo nietoperz bardzo był cichutki – coś tam zaszeleściło, ale raczej to był ruch powietrza, niż jakiś odgłos. W sumie nie miałam szkieł, więc i tak nie zauważyłabym nic mniejszego od charta hiszpańskiego (galgo espanol).

Dwie godziny później N. śmignął w Polskę, a ja wstawiłam pranie bez płynu, chyba zapowiada się ciekawy dzień.

Pijmy więcej wody.

 

O, JESZCZE Z WYJAZDU JEDNO

Zupełnie zapomniałam wspomnieć o pewnym rozkosznym geograficznym wydarzeniu – otóż po drodze nad jezioro mijaliśmy miejscowość Kurejewki. A zaraz za niedługo – Kurejwy. Po chwili oczywistego zachwytu zaczęłam się zastanawiać, po czym odróżnić mieszkanki jednej miejscowości od drugiej – oczywiście GRAMATYCZNIE. Jak się o nich powinno mówić? Oraz z piętnaście razy pytałam N., czy wolałby mieszkać w Kurejwach, czy w Kurejewkach, ale tylko coś mi niewyraźnie odmrukiwał (on to by wolał mieszkać w Żurominie albo Boczkowie, oczywiście Wędzonym).

A dziś śniła mi się Nora Ephron – siedziałyśmy na jakiejś imprezie przy jednym stoliku i pamiętam, jak zachwycałam się jej felietonem o tym, jak była stażystką w Białym Domu za Kennedy’ego. Nora była urocza i coś jadłyśmy – na pewno bardzo smacznego, jak wspomnę przepisy ze „Zgagi”. I na pewno było na stole masło.

 

O TYM ŻE OWSZEM, WYSKOCZYLIŚMY NA CHWILĘ

Na Mazurach byliśmy, wszystkie trzy sztuki (jedna z ogonem).

Koleżanka wynajęła bardzo klimatyczny domek nad samym jeziorem i kategorycznie kazała nam przyjechać chociaż na kilka dni (pewnie wiele razy tego żałowała, zwłaszcza jak N. organizował pobyt w stylu obozu wojskowego). Domek naprawdę klimatyczny, z serii tych ze straszliwie skrzypiącymi schodami na górę do sypialni – nie ma siły, żeby ktoś szedł w nocy siusiu i nie obudził wszystkich. A raczej chodziliśmy – nie wspominając o Szczypawki sraczce jednej nocy, no ale jak się zajada wszystko to co pańcie – ryby, frytki, lody – to jest to wydarzenie z gatunku samosprawdzająca się przepowiednia.

N. z koleżanki mężem chodzili na ryby – wpół do piątej rano. CICHUTKO wstawali i CICHUTKO wychodzili z tekstem „Masz tu pieska”. Po czym piesek dostawał korby, biegał po pokoju, skrobał w drzwi, wylatywał na balkon – dopóki nie wstałam i nie wyszłam z nią tam, gdzie mogła się gapić na pomost. Czyli raczej nie pospałam.

Jak szliśmy na pomost, to było wspaniale – siadałam sobie dyndając nogami w wodzie, nawet książka była niepotrzebna, gapienie w wodę jest niesamowicie odprężające. To znaczy – BYŁOBY. Bo piesek miał korbę – tu ważki, tu żaba, tu rybki pływają (niesamowicie przejrzysta woda), tam złapali okonia i biegła go zagryźć… Raz mi spierdzieliła i pobiegła szukać kota, który ją prowokował (TAK, PROWOKOWAŁ JĄ, jak widział że jest na smyczy) i koleżanka powiedziała, że miło że całej wsi oznajmiłam, że są nowi najemcy i jak piesek ma na imię. Phi, wcale się tak nie darłam, tylko po wodzie się bardzo głos niesie i to dlatego.

Czyli głównie miałam na głowie pieska, który dostawał korby.

Najgorsze jest to, że oni faktycznie ŁAPALI te ryby (bo mieli wykupione pozwolenie i musieli sobie odbić) i chociaż prosiłam, żeby wypuszczali, to ciągle w wiaderku przy balkonie moczyły się srebrne zwłoki i trzeba je było smażyć. Jakby nie mogli pić wódki na tych rybach, jak wszyscy! No dobrze, bardzo były smaczne, ale jakoś tak smutno. A i tak najwięcej złapała moja koleżanka, bo odnalazła swoje powołanie – na bacik i kanapkę – i grozi, że zapisze się do związku wędkarskiego (jak ona się zapisze do związku wędkarskiego, to zaraz go rozrusza, zreformuje i związek wędkarski stanie się najpotężniejszą organizacją w Polsce, tak na marginesie).

Pierwszego dnia sprowadziłam burze i deszcze i prawie chcieli mnie spakować w tobołek i odesłać PKS-em do domu. Na całe szczęście, wszyscy się upiliśmy i nie miał mnie kto odstawić na przystanek. Kibicowaliśmy też załodze żaglóweczki, która do ostatniej chwili lekce sobie ważyła czarne chmury i pomruki i kiedy zaczęli spierdzielać, było już za późno. Będą mieli co opowiadać całymi latami, bo chyba nawet wątroby mieli mokre – tak lało.

W wolnych chwilach pomiędzy psią korbą, łapaniem i smażeniem przeczytałam „Piaskową górę” – no nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś Nike tak bardzo mi się spodobała. Dobrze, że w Tezeuszu mieli od razu „Chmurdalia”, to nie muszę się rozstawać z bohaterkami.

A Piątnica jest jedynym miastem w Polsce, które ma w herbie nietoperza! No wiedzieli Państwo takie rzeczy? Z Piątnicy zwykle interesował mnie kefir i masło, a tu ci masz – nietoperz.

 

O TYM, ŻE NIE DO MNIE Z PRETENSJAMI

To co powyżej trzydziestu stopni to już nie moja wina. Ja zamawiałam tak do dwudziestu siedmiu, ośmiu. Popołudniami u nas przechodziły lokalne burze z półgodzinną ulewą (po której dziesięć minut później już nie było nawet śladu) i to bardzo pomagało – ale wczoraj nie padało i zrobiło się niefajnie. Szczypawka się męczy, jadła lody z panciem (dulce de leche z Lidla, dla mnie za słodkie – w ogóle w taki upał wszystko jest za słodkie, najchętniej zjadłabym ananasa na słono), ale dyszy, szuka chłodu i jest mi jej żal.

Zakończenie „Outsidera”… mam wrażenie, że jednak troszkę na skróty autor poszedł. Nie, żebym się całkiem rozczarowała… ale jednak. Teraz czytam biografię Zeldy Fitzgerald – dobra na upał, w końcu Zelda pochodziła z Alabamy. Podobno latem przed randką dziewczyny z Alabamy już umalowane i uczesane wchodziły do wanny z zimną wodą po szyję i leżały w niej do ostatniej chwili przed wyjściem. Umycie głowy i siedzenie z mokrymi włosami też jest dobre na upał (chociaż nie wiem, czy sprawdzi się na randce – ale co ja wiem o dzisiejszych randkach!… A nawet wczorajszych).

A pytona nadal nie złapali. W Otwocku pojawiły się już nawet bułki pytonki na jego cześć – lub jej, bo to może przecież być kobieta!…

 

O TYM, ŻE NIE WIEM, PO CO DUCHOWI GOTÓWKA

Szpilmanowa pożyczyła sobie ostatnio 20 złotych, ale oddała po trzech dniach. Po co duchowi gotówka? A jak już ją wydała, to skąd miała fundusze, żeby oddać? Zakład obstawiała (w sumie – duchy chyba z góry znają wynik, więc może postanowiła sobie dorobić)? Ale u kogo – u robotników? Bo jak gdzieś dalej, to by znaczyło, że może się przemieszczać. A jednak ciągle u nas siedzi, hm.

Państwo Zebrowie powrócili z wakacji, przynieśli mi tokaj i miłą opowieść. Otóż wynajmowali chałupę na Węgrzech, w jakiejś mini wiosce w okolicach Tokaju. Podobno bardzo tam pięknie, smacznie i niedrogo, z tym że sami Węgrzy – w takim wieku, że nie mówią w żadnym innym języku, tylko po węgiersku. No i teraz sytuacja z gatunku tych, na które życie nas nie przygotowuje – JAK wytłumaczyć Węgrowi, że w chałupie przydałby się przedłużacz? HĘ? Pokładałam się pod stołem ze śmiechu, jak mi opowiadali. Co prawda próbowali się dogadać za pomocą google translate, ale ponieważ z węgierskim nie ma żadnej pewności, że to właściwe tłumaczenie a nie np. jakieś świństwo i nie dostanie się w pysk, to woleli nie stosować tej metody zbyt szeroko.

Nasze sinice bałtyckie widać z kosmosu! A jak coś widać z kosmosu, to jest poważna instytucja. Nadal utrzymuję, że sinice są ważniejsze od plażowiczów, bo produkują tlen – a plażowicze tylko hałas i metan.

„Outsidera” zaczęłam wczoraj i została mi nędzna ćwiarteczka na dziś. Bardzo przyzwoity, stary dobry „jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko stroniczkę!” King. Mam nadzieję, że zakończenie nie będzie rozczarowujące, bo czyta się świetnie.

A na moim ulubionym forum trafiłam na wątek zatytułowany „Łatwiej uwieść kobietę niż uszyć zasłony” i dał mi on do myślenia.

 

O KOŃCU ŚWIATA (YET AGAIN) I SINICACH

No i wywołałam wilka z lasu!

Przeszkadzały mi bezpańskie dziury w ziemi, z którymi się nic nie działo, to mam – wyroiło się nagle MILIARD robotników, furgonetkami mamy zastawioną całą ulicę, a oni piłują betonowe krawężniki w godzinach 6.30 – 21.00. Przed wyborami widocznie muszą zdążyć i pierdolnąć wszędzie betonową dżunglę, żeby było PIĘKNIE. Bo beton się wszystkim podoba przecież.

Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że zjadłam już wszystkie proszki na ból głowy jakie miałam w domu, a i tak mi nie pomogły, bo nie mam nic na uspokojenie. Ani antydepresyjnego.

Moja ciotka:

– Może melisę sobie parz, albo jakiś INNY NAPÓJ, co cię uspokoi!

No tak, ale ten napój co mnie uspokoi, to ma się po nim JESZCZE WIĘKSZY ból głowy następnego dnia, więc to tylko odsuwanie problemu. Ale może być, że doprowadzą mnie do takiego stanu, że po ten napój sięgnę (i to od siódmej rano). Zresztą – jeśli problem daje się przesunąć, to już coś, prawda?

NASA mówi, że za 117 lat walnie w Ziemię asteroida i skończy się parada karzełków. Konkretnie w czwartek, 22 września 2135 roku. A zatem, czy cokolwiek jeszcze warto? Na przykład – odchudzać się? Albo sprzątać w szafkach? Co to jest, 117 lat – przeleci jak przeminęło z wiadrem i będzie jak w „Melancholii” von Triera, bardzo lubię ten film.

A w Bałtyku sinice – no i trudno, sinica też stworzenie Boże i ma prawo się rozmnażać. W końcu to ona jest bardziej u siebie, niż plażowicze.

 

O NOWYM KINGU I TAK OGÓLNIE

Chyba mam jakąś nierównowagę hormonalną, bo zobaczyłam reklamę KFC „Kubełek dla jednej osoby” i prawie się rozpłakałam – to takie smutne! Na dodatek dlaczego nawet jedna osoba miałaby kupować kubełek dla jednej osoby? Nie lepiej kupić dla czterech osób, obeżreć się do bólu i spędzić wspaniałą bezsenną noc, zastanawiając się, czy za chwilę eksplodujemy? Przecież to połowa przyjemności w jedzeniu fastfudów. Czasem nawet dwie trzecie.

Natomiast kupiłam „Outsidera”. Jak już wspominałam – miękka się na starość zrobiłam jak twaróg; po trylogii o Panu Mercedesie miałam już Kingowi podziękować za współpracę, długą i owocną (jak Deaverowi), ale no kurczę. Jest lato i dobry  horror z trupem należy się człowiekowi jak psu kanapa. Ale jak nie zarwę przynajmniej pół nocy przez niego, to tym razem już odpuszczam!

A „Ostre przedmioty” z Amy Adams – paluszki lizać. Dokładnie tak pamiętam książkę – duszna, mroczna i szalona. No i co za obsada!… (Tylko czy ktoś mógłby wytłumaczyć Zuzance, jak ona wycinała sobie słowa na plecach? Ja się nie podejmuję, bo osobiście mam problemy z np. depilacją z tyłu pod kolanem, a co dopiero. Z góry dziękuje i pozdrawiam).

 

O OBROTACH CIAŁ NIEBIESKICH

1. Pies wyjada mi frytki. N. twierdzi, że sama ją nauczyłam jeść frytki, to teraz mam (nie uczyłam, w tym zakresie większość psów jest zadziwiająco bystra i zwykle są samoukami) – ale żeby pies jadł frytki?… Lody waniliowe też lubi. Taki kawiarniany okaz nam się trafił.

2. Czytam „Muzy Młodej Polski” o siostrach Pareńskich i całych tłumach ich wielbicieli. Książka trochę chaotyczna – wydarzenia nie są podane ani chronologicznie, ani tematycznie, autorka ciągnie jakiś wątek na kilkanaście lat do przodu, wraca, kluczy, zamieszcza pękate biografie narzeczonych, którzy za chwilę znikają na zawsze, każda postać epizodyczna ma wyprowadzony rodowód do piątego pokolenia wstecz… No ale komuś mogą się te informacje z archiwów przydać, poza tym – jest mnóstwo smaczków. Wszyscy umierają na syfilis lub gruźlicę, a jak chwilowo nie umierają, to przynajmniej się narkotyzują. Panienki rzeczywiście musiały być dość atrakcyjne, natomiast ich mamusi – megiery, działaczki towarzyskiej i uwodzicielki młodych artystów – nie chciałabym nigdy spotkać nie mając czegoś ciężkiego pod ręką. Mimo zachwytów nad jej działalnością dobroczynną i towarzyską wyczuwam, że to musiał być STRASZNY babsztyl, prawdziwa megiera. Trochę tych babskich Belfegorów w Krakowie było, vide książki Samozwaniec – ale doprawdy, ta musiała być ich hersztem.

3. Wychodzę z koleżankami na wino, a one zamawiają butelkę z trupią czachą i rozmawiają o eksporcie przeszczepów kupy (w Ameryce coraz więcej ludzi potrzebuje, a my Europejczycy Wschodni mamy w tym zakresie bardzo wiele do zaoferowania – co jak co, ale kupa jest naszą specjalnością, zarówno ta będąca produktem przemiany materii, jak i ta metaforyczna – dodam, żeby nie było niedomówień).

4. Tego lata można sobie kupić (i wypić!) piwo upędzone na bakteriach waginalnych aż dwóch modelek. To wspaniała wiadomość, tak sądzę (uff, nie piję piwa). Oh well, kilka lat temu jedna pani wyprodukowała jogurt na swoich własnych bakteriach (w ramach doktoratu), więc to tylko kwestia czasu, kiedy w supermarketach będzie cała alejka poświęcona podobnym wyrobom. Mam tylko cichą nadzieję, że nikt nie zacznie majstrować ze swoją waginą przy produkcji wina, niech w nim zostaną stare, dobre, a nawet pyszne odchody zwykłych drożdży winnych! I oliwę też prosiłabym zostawić w spokoju.

5. W Jastrzębiu Zdroju znaleziono boa dusiciela w piwnicy bloku. A co z naszym pytonem? Nadal się o niego martwię.