Fiu, fiu. Mało kto przebije tegoroczną warszawską imprezę walentynkową, mało kto. Płonące naleśniki, płonące lody, płonące drinki – wszystko się chowa pod stół ze wstydem, gdyż Warszawa wystawiła w konkursie PŁONĄCY MOST. Na pewno było bardzo widowiskowo, ale mało mnie to cieszy, bo to był nasz most codzienny. I tak z korków będziemy musieli przenieść się w korki jeszcze większe.
A my byliśmy na przyjęciu fusion. Podawano domowe sushi (domowe sushi!… Moje pokolenie przeszło długą drogę) oraz równie domową kaszankę i salceson. Jadł ktoś kiedyś salceson z marynowanym imbirem? Albo kaszankę pałeczkami? Ha! (Słyszałam o takich, co nosili przy sobie grzebień, bo w stołówce pracowniczej podawano taki salceson, że przed konsumpcją trzeba go było uczesać).
Zrobiło się bardzo walentynkowo, kiedy mój mąż przełknął naprędce pierwszych kilka kieliszków zimnej wódki i ni stąd, ni zowąd westchnął, że w jednym markecie pracuje pani, co ma TAKIE CYCKI ŻE TO JEST AŻ NIEWIARYGODNE.
O mało się nie udusiłam kanapką z tatarem, natomiast okazało się, że WSZYSCY OBECNI PANOWIE świetnie wiedzą, o jaką panią chodzi mojemu mężowi! A jeden nawet jest z nią na TY!
Przez resztę wieczoru temat wracał jak bumerang – o czym by nie było, to i tak konwersacja łagodnie meandrowała, aby finalnie wylądować na cyckach. Panowie bardzo, ale to bardzo tej pani współczuli, bo podobno te cycki to są takie, że ona się musi STRASZNIE MĘCZYĆ. Nie, im w ogóle NIE O TO CHODZI, bo to bardzo porządna dziewczyna jest, to od razu widać, tylko że no… szczupła i nagle takie cycki! Jej musi być STRASZNIE CIĘŻKO przecież. Naprawdę mało brakowało, żeby w pewnym momencie pobiegli jej POMAGAĆ. Nie wiem, nieść jej te cycki czy co.
I taki miałam powiew romantyzmu w Walentynki. Taki w okolicach halnego, powiedziałabym nawet.
Dobrze, że przynajmniej na pocieszenie dostałam różę z galaretki (od koleżanki oczywiście).
Zasłyszane na mieście odnośnie imprezy walentynkowej warszawskiej : “Jaram się jak Łazienkowski w Walentynki”
a ja też znam tą Panią i też mi jest jej strasznie szkoda! a nie tam jakieś galaretki, mosty, czy mężowie śpiący na kanapach… a co ! napracowali się to i śpią….
Chudy!… I Ty, Brutusie?…
Nie ma już nadziei dla ludzkości. Nie ma.
(A nawet nie napisałam, o JAKI MARKET chodzi!…)
Chudy? TEN Chudy?
A ja nie wiem o którą panią chodzi. Ale gdyby to chodziło o panią weterynarz…
P.S. A ja coraz bardziej (ale to już bardzo, bardzo) lubię tego N. z opowiadań. Bardzo ceniony kompan musi on jest.
https://www.youtube.com/watch?v=eumEuK1sD90
Nie wiem czy znasz…tak apropos miłosci do sniegu
Walentynki na spalonym moście? Szeroko pojęty romantyzm? To musi być Czerwony Tulipan
https://www.youtube.com/watch?v=8qWtTBvmEIg
plonacych mostow nie mialam, lodow tez nie a z korkow to lubie kieedy zostaje kilka na stole :))) no wspomnienia po szampanie
Jeśli róża była w klimacie imprezy, to z galaretki z zimnych nóżek , jak mniemam ?
No ale patrz, ile w nich wspólczucia! jakie wrazliwe istoty, no, no…
Kaszanka jedzona paleczkami – piekne!
Natomiast z “wyczesanych” potraw to u nas byla golonka. zaprawde, nieraz mozna bylo nawet szczotkowac na wysoki polysk i ukladac w fale. brrr.
Udusiłam sie trzy razy :))))
W ramach walentynek miałam – pracującego męża w biurze, pracującego męża w domu, a potem śpiącego męża na kanapie przed tv.
Wysiedziałam się na dworze z młodzieżą oraz skończyłam czytać Agathę Christie i jej 11 zaginionych dni.
Bo faceci to się powinni sami spotykać, ich poziom dowcipu (czyt. współczucia) ma dla nas pułap wyraźnie nieosiągalny… -_-‘