POMIEDZY

Smaczne były to swieta (do czego przylozylam PALEC – tatar z lososia), a pijany Mikolaj upuscil pod nasza choinka trzyletni przydzial prezentow dla niewielkiego panstwa o ustroju monarchii konstytucyjnej. Polowe swiat spedzilismy w samochodzie, probujac podzielic się oplatkiem z cala rodzina – dopiero drugie podejscie zakonczylo się sukcesem. Na drogach panowaly znakomite warunki. Narciarskie. Przez zaspy jechaly tylko terenowce – jak nasz Kojot – i maluchy, jak ratraki – wiercily sobie tunele w sniegu i zasuwaly.

A teraz spozywam zasluzony urlop – w tempie drugiej kosmicznej pedzimy sobie z Najdrozszym, zalatwiajac, co jeszcze nie zalatwione, wlasciwie on – ja jak zwykle – ciagne się jak warkocz za kometa, rozgladam na boki, a prawde zna tylko Melania, bo powiedzialam jej na ucho: I am not a bikini waxer. Jestem aniolkiem Charliego ::)))

KARPIE DIEM

Narodzie! Czemus się oto tak uparl na spozywanie karpia i wlasnie KARPIA w to humanitarne swieto? Ani on smaczny, ani ladny – mieso czuc szlamem, karmia te biedaki byle czym, stawow nie czyszcza, a na koniec biedne, szare zarloki laduja w stechlej wodzie w sklepach i na bazarach, gdzie powoli się dusza. Nikt mi nie wmowi, ze po kilkunastu godzinach powolnego podduszania te ryby nadaja się do zjedzenia! Jak widze babe z plastikowa miska, z karpiami upchanymi jak sardynki, polanymi szklanka wody, to mam ochote wsadzic do miski jej pokudlany, bezmyslny i chciwy leb!!!

Uffff…

Pamietam, jak dwa lata temu na jakims seminarium uczyli nas, ze sprzedaz niezabitej zywnosci podlega scislemu nadzorowi pod katem stworzenia odpowiednich warunkow dla tejze zywnosci, poki zyje, a także jej humanitarnego uboju. Zarykiwalismy się pozniej ze smiechu, bo mielismy wizje hord unijnych inspektorow w czarnych okularach, stojacych niemo w sklepach rybnych, kontrolujacych baby kupujace karpie, idacych za baba do domu, sprawdzajacych, czy karp ma nalana wode do wanny i czy nie za zimna, a nastepnie trzymajacych karpia za pletwe przy podawaniu mu zastrzyku, majacego go uspic.

Ale teraz sama bym zostala takim inspektorem, pod warunkiem, ze WOLNO MI będzie stosowac KARY CIELESNE (np. lanie batem sprzedawce), bo nic innego nie skutkuje.

A z tymi inspektorami to już inna sprawa, ze sa beznadziejnie komiczni. Powazni faceci, niezle oplacani, w garniturach, maja za zadanie np. policzyc stokrotki na 1 metrze kwadratowym łąki (metr kwadratowy łąki ze stokrotkami przynosi wlascicielowi calkiem niezly zarobek) oraz motylki (musi ich być odpowiednia ilosc, no i roznorodne maja być 😉 ). PIEKNIE to towarzystwo wyglada w gumiakach (na garnitury, oczywiście), z grobowa mina i siatka na motyle. Czego ludzie nie zrobia dla pieniedzy! ;))

W dodatku jeszcze ta pogoda. Olej mi w stawach pozamarzal. Przelozmy Wigilie w przyszlym roku na czerwiec, jak Fidel C.! Blagam!…

ALE… JAK TO – ZA CZTERY?

Za szybko chodze. Zauwazylam to kiedys, bedac na sluzbowych wojazach – w Krakowie czy we Wroclawiu. Mialam godzine do pociagu, wyslizgalam się z imprezy i poszlam na spacer (strategicznie oczywiście, bo z perspektywa przycupniecia nad kieliszkiem vino tinto). Po kilku minutach zorientowalam się, ze wszystkich wyprzedzam – zamiast spacerowac, galopuje, jakby mnie gonil co najmniej sztab wyborczy AWS!

I zyje tez za szybko. Kiedys był czas pomyslec – co wczoraj, co jutro, co przeczytam, co napisze i do kogo. A TERAZ? Dzis przy myciu zebow (ostatnio wiekszosc prawd zyciowych splywa na mnie podczas porannego mycia zebow) uslyszalam Przyjaciol Karpia ofkors oraz informacje, ze do Wigilii jeszcze CZTERY DNI. Four. Quatre. 4. Czietyrije. JAK TO – CZTERY DNI? DO WIGILII?

Szybki bilans. No PIEKNIE – wczoraj udalo nam się kupic jeden prezent, slownie – JEDEN, a ma być dwanascie. Nie liczac psow. Jak w Pratchecie – co roku jestem eksporterem netto prezentow gwiazdkowych.

Prezentow niet. Choinki także niet! Uspokajam się obludnie – siebie i Najdrozszego – ze postapimy zgodnie ze sredniowieczna tradycja i w dzien Wigilii pojdziemy do lasu wyrabac polano. Na co on parska i stwierdza, ze przy naszym trybie zycia mamy szanse na choinke na Walentynki – i, jak zwykle, ma racje.

W dodatku po chalupie snuja się koty kurzu – na szczescie, dzis przychodzi Marysia (z TYCH Marys, co to Hania wie!) i oswiadczam – kazdemu, kto sprobuje wejsc na czysciutka podloge w buciorach ODRABIE OBIE NOGI NAD KOLANAMI! Tak zrobie – okaze się godna mej prababki! Prababka, jak wiekszosc kobiet w mojej rodzinie, była osoba typu „Prokurator, Sedzia i Kat” (tak mowi mój tatus na mame – hue, hue…) i ogolnie – spojrzenie miala bystre, a reke twarda. Psa, który jej kurczaki dusil, powiesila, a kurze, która dziobala jajka – odrabala dziob siekiera.

W dodatku dzis we fabryce spotkanie na oplatku. Entuzjazm mój jest umiarkowany, jak latwo się domyslec, bowiem na widok co poniektorych ogarnia mnie pragnienie NIE DO OKIELZNANIA, żeby podlozyc im na krzeslo psią kupę. I nic na to nie poradze.

PS. Plan z odrabywaniem nog ma wady – krew chyba gorzej brudzi podloge, niz bloto…

MERCEDES WŚRÓD CHOINEK

Znajomy z pracy opowiedzial swojego czasu niezla historyjke, która NAPRAWDE duzo mowi o mezczyznach.

Mianowicie, dziecko kolegi jego zapragnelo zolwia. Kolega udal się do ZOO-marketu, gdzie sprawnym okiem konsumenta namierzyl ogromne akwarium, pelne zolwi po 15 dolarow sztuka. Kiedy tak sobie stal, siegajac do kieszeni po drobne na zolwia, podszedl do niego sprzedawca.
Upewnil się, czy NA PEWNO kolega ma zamiar nabyc zolwia, po czym oznajmil:
– No to ja mam dla pana SPECJALNA oferte.
Nastepnie zaprowadzil go pod inne akwarium, mniejsze, gdzie w srodku lazil sobie pojedynczy ZOLW – na oko, identyczny, jak te klebiace się w poprzednim akwarium.
– Biore! – powiedzial zmeczony tatus mlodego reptilofila. – Ile za tego zolwia?
– 120 dolarow.
Kolega parsknal smiechem.
– Chyba się pan z choinki urwal – za 120 dolarow to ja mogę kupic CALE WIADRO tamtych zolwi – musialbym mieć GORACZKE, żeby tyle zaplacic za to ohydztwo.
– Ale proszę pana. TO JEST MERCEDES WŚRÓD ZOLWI!

Kolega wyszedl ze sklepu z zapakowanym zolwiem za 120 dolarow pod pacha.

Tak mi się to przypomnialo, bo ze dwa dni temu uslyszalam cos o MERCEDESIE WŚRÓD CHOINEK od mojego mezczyzny. Widocznie jest to NIESAMOWICIE przemawiajace do jakiejs czesci mezczyznowego rozsadku jako takiego, ten mercedes 😉

A moje psy – suki, wlasciwie – sa rasy JAMNIK GRIZZLY.

WROBLE, WYPADKI, SUCHE BULKI

W zwiazku ze zblizajacymi się Swietami zafundowalismy rodzinie wypadek na Zakopiance.

Kochany Opel popelnil samobojstwo, a my… mamy troche obite kosci i ze dwa siniaki. Znowu nie zachowalam się jak RASOWA KOBIETA z rodowodem – zamiast zawodzenia „O Jezuuuuuu… cos ty naroooobiiiiil…” pokazalam kolano strazakowi, naciagnelam mojego kochanego sprawce – kierowce na hamburgera i kieliszek wermutu i slodko usnelam w kabinie pomocy drogowej. Trzesawka dopadla mnie wlasciwie dopiero wieczorem.

Nastepnego dnia nabylismy terenowego Kojota (no – TRZEBA czyms jezdzic!), a cala sytuacje najtrafniej podsumowala moja babcia: „Z wami to weselej, jak w cyrku”.

E. powitala mnie dzis slowami „Ty chyba NAPRAWDE jestes w szoku, ze przyszlas do pracy… uderzylas się w glowe?” – nie, w glowe nie, za to w klatke z zebrami, bo tam szarpnal pas i jeszcze boli. Co mam robic w domu? Kroic suche bulki w kostke?…

Bo mam wlasnie ostry atak milosci do braci mniejszych. „Zrob mi karmnik dla wrobelkow, tato” – „To zlap mi najpierw jednego wrobla na wymiar”. Poki co, role karmnika pelni elegancka deska nieheblowana, przybita hufnalem do przeciwpsiego ogrodzenia typu „rancho w Kansas”. Niewdzieczne wrobelki natomiast jakos NIE CHCA disneyowsko przesiadywac w rzadkach na desce i wyspiewywac na 4 glosy – czaja się w pobliskich krzakach i strzepuja misternie pokrojona bulke na ziemie, gdzie odbywa się wlasciwa konsumpcja.

Chyba jako JEDYNI w promieniu 50 km nie wywiesilismy jeszcze miliarda chorych na epilepsje lampek na werandzie, a w calym domu nie ma nawet galazki swierka. Sto procent naszych swiatecznych akcesoriow to jedna ceramiczna bombka z Boleslawca. Etam! Malysz wygral. Powie się wszystkim, ze jestem w szoku.

PREZENTY I CYGARA

JUŻ WIEM! Wiem CO chce na Gwiazdke! Chce GRYPE 🙂 Piekna, dluga, co najmniej trzytygodniowa, z goraczka min. 39 stopni i koniecznoscia lezenia w lozku OBURĄCZ i OBUNÓŻ 🙂 Już to sobie wyobrazam… Herbatka lipowa, ksiazeczka, koldra, „Może bys cos zjadla, kochanie?” – a kochanie smacznie okreca się na lewy bok i podciaga koldre POD SAM NOS… W przecudownej ksiazce „Jajko i ja” Betty Mc Donald napisala, ze wedlug jej sasiadow, farmerow, uczciwa kobieta nie powinna przebywac w lozku po godzinie 6 rano – chyba, ze rodzi albo nie zyje. Jestesmy z Betty zdecydowanie przeciwnego zdania.

Dzis rano wstalam z mocnym postanowieniem BYCIA W ZLYM HUMORZE i okazywania tego kazdemu z calej sily… Niestety, niestety! Przy myciu zebow bowiem Trojka zalatwila mnie tegorocznymi Przyjaciolmi Karpia – poplakalam się ze smiechu i z burzowego nastroju nici.

A WLASNIE! Nici! Na liscie rzeczy do zalatwienia: KUPIC NICI! Guziki bowiem, nie baczac na wiek XXI się OBRYWAJA, a ja – nowoczesne gospodarstwo domowe – posiadam jedynie pakieciki hotelowe z nawinietym po 1 metrze nici bialych, czarnych, zielonych i czerwonych, z czego po 2 guzikach zostaja nici zielone i czerwone (żeby nie było, ze tych hotelowych gazetow nikt nie uzywa – JA uzywam i jestem ich wierna kolekcjonerka). A guzika, okazuje się, NIJAK nie idzie przyszyc dostepem do internetu albo wielofunkcyjnym malakserem. Dziwne, zdumiewajace, ale prawdziwe.

A wczoraj trzej przesympatyczni panowie na stanowiskach, bynajmniej NIE w lodce, a w naszym SALONIE obejrzeli kolekcje wedek, po czym dwoch z nich uraczylo się wonnymi, kubanskimi CYGARAMI. Oswiadczam, Najdrozszy mój, ze mimo mojej OGROMNEJ dla nich sympatii, NASTEPNEGO UZYTKOWNIKA KUBANSKICH CYGAR osobiscie powloke konskim zaprzegiem po sniegu trzy mile morskie, a na zakonczenie nadzieje na pal i będzie swiecil dlugo – niczym Azja Tuchaj – Bejowicz. Sine ryby gratis.

ZYJE?

Dostalam SMSa, nawet nie wiem od kogo, bo z internetu, o tresci: „ZYJESZ?”

Zyje, zyje.
Przy biurku – pije kawe, jem cukierki z wodka – polykam wodke, czekolade wypluwam – karmie zmarzniete pegazy landrynkami. Wieczorami zaocznie wychowuje psa na czlowieka i poswiecam się organoleptycznej analizie czerwonego wina i pasztetu, w swietnym towarzystwie.

Czy to się liczy – ze zyje? Czy mam wyciagac jakies INNE dowody – tylko jakie?…

ANKIETA

Zrobilam dzis rano mala ankiete – mimochodem, miedzy cukierkami z wodka a poranna kawa.

100% respondentow pisalo wiersze na jakims etapie swojego zycia.

Dlaczego ja nigdy nie pisalam wierszy?

PS. Jestem calkiem niezla w badaniach zrodlowych i jeszcze lepsza w manipulowaniu wynikami 😉

WHITE OVIECZKA

Stoi na moim biurku i się na mnie gapi, dekoncentruje mnie AKURAT DZIS, kiedy to po ladnych paru dniach bimbania sobie, kiwania noga zalozona na noge i klekotania klawiatura w celach towarzyskich MUSZE – nie ma wyjscia – MUSZE skonczyc:
– tlumaczenie (wlasciwie na przedwczoraj)
– notke na spotkanie na 12.00
– prezentacje na jutro
A także – przeczytac i wypowiedziec się skladnie i gramatycznie na temat przyslanych materialow.

W dodatku – mam bajzel na biurku, ciekawa ksiazke w torbie (nareszcie troche babskiego mieska! „Bialy oleander” – Hania poleca!), kawa smakuje gipsem, na ulicy slisko jak jasny gwint, zimno, no i jestem wredna. Marcys twierdzi ze TO JA rozbilam mu zwiazki! MARCYSIU! Ja ci tylko pomoglam wyzwolic twoje prawdziwe uczucia, jeśli już ;).

Mariusz powiedzial, ze podoba mu się moja kurtka i ze jest to wlasciwie JEDYNA rzecz z moich ubran, która mu się podoba. Bo generalnie ubieram się totalnie nie w jego guscie. Jestesmy z Mariuszem przyjaciolmi – co chyba latwo poznac po tym, ze mowimy sobie (glownie) takie wlasnie rzeczy. „Nie poznalem cie na tym zdjeciu – tak jakos ladnie wyszlas”.

Nie denerwuj mnie dzis, White Ovieczko, schowaj się za telefonem i przeczekaj ten dzien, bo mam wysuniete pazury i zieje ogniem. Chyba, ze chcesz się przekonac, czym cie wypchano…