O PRZEJŚCIU NA UCZESANĄ STRONĘ MOCY

N. wczoraj w drodze do pracy zagaduje mnie, co ja taka spięta i wkurwiona – czy tylko wybory, czy coś jeszcze? No to mu mówię, że zestresowana jestem, bo idę do fryzjera. On zdziwiony, bo czym tu się niby stresować? WIERZĘ MU, że nie rozumie – bo on idzie do fryzjera wracając z poczty, wpada na 14 minut, wraca i siada za biurkiem, opitolony maszynką. Więc naprawdę, o fryzjerze nie wie nic. NIC.

Nie wie, co to znaczy, jak fryzjerka po czterech godzinach smarowania, szarpania i ciągnięcia pyta PODOBA SIĘ? I podaje lusterko do oglądania głowy z tyłu. I wtedy szybciutko trzeba powiedzieć TAK TAK, PIĘKNIE, BARDZO ŁADNIE! Na co ona drąży – ODCIEŃ DOBRY? Oczywiście potwierdzamy, że bardzo dobry. A DŁUGOŚĆ? Też idealna – i wracamy do domu i dopiero możemy się poryczeć w poduszkę. 

No może trochę przesadzam, ale ja bym z fryzjerką nie zadzierała, bo boję się, że odpowie – COOO, NIE PODOBA SIĘ? – i złapie maszynkę i obsmyczy mnie na 3 mm jeża. 

W sumie i tak uważam się za MEGA ASERTYWNĄ osobę, bo za każdym razem odmawiam grzywki (za nic w świecie! Chyba bym oszalała, jakby mi się po czole pętały jakieś kudły, których nie mogę zebrać i spiąć), a w nagrodę pani fryzjerka dostaje pełną wolność w zakresie odcienia, tonera i w ogóle. I póki co jeszcze nie chciałam się po fryzjerze utopić ani emigrować wewnętrznie, więc chyba jest nieźle i dlatego się jej kurczowo trzymam. (No – raz trochę mnie pozamiatało, jak moje włosy dostały takiego perłowego połysku, coś a la platynowe blondynki z siłowni; myłam wtedy łeb bardzo intensywnie, codziennie, aż zeszło).

Poza tym zawsze mam w pamięci motto Pierwszej Żony: „Włosy nie kiełbasa – odrosną”.

Podoba mi się natomiast covidowy dystans pomiędzy klientami i nie muszę być narażona na small talk dobiegający z sąsiedniego fotela (porady na temat zdrowego żywienia w postaci koktajli w proszku albo światowy farmaceutyczy spisek szczepionkowy, przy czym szczepionki są bardzo fuj, ale kilogramy suplementów – tzw. SUPLI, teraz się na to mówi SUPLE – są jak najbardziej w porządeczku).

Za to pogadałyśmy sobie z fryzjerką o psach i ona mówi w pewnym momencie:

– A moja koleżanka miała jorka i pojechała z nim na wieś. I jork zobaczył koguta i DOSTAŁ ZAWAŁU i umarł na serce!

Naprawdę, fryzjerki to zawsze mają opowieści z grubej rury. Poprzednia mi opowiadała jakieś takie horrory o szwagrze, że wyglądałam w lustrze jak sowa, bo dostawałam wytrzeszczu. 

A później jeszcze tylko musiałam ze szczegółami wyjaśnić N., CO ONI MI TAM ROBILI przez cztery godziny. Głowa mnie bolała i miałam ochotę odpowiedzieć „Tak naprawdę to uczesali mnie w pół godziny, a potem wszyscy poszliśmy na orgię swingersów do kancelarii prawniczej naprzeciwko”. 

I jeszcze Zuckerberg mi zmienił fejsbuka na wersję dla słabo słyszących. A dziś rano musiałam założyć skarpetki. PROTESTUJĘ PRZECIWKO SKARPETKOM! LATO JEST, jego mać!

12 Replies to “O PRZEJŚCIU NA UCZESANĄ STRONĘ MOCY”

  1. Dzięki za przypomnienie, ze mam się do fryzjera umówić 🙂

    Fakt, mężczyźni nie rozumieją, co to jest za stres. Niby mój fryzjer oswojony i od lat ten sam, ale on ma zawsze własne zdanie, co ja powinnam mieć na głowie i czasem się boję, ze mu jednak coś odbije i zrobi mi jakiś okropny kolor, albo dziki kołtun.

  2. A ja miałam dziś jechać do fryzjera, ale okazało się, że kanalizacja jest zatkana, więc miałam jeszcze gorszy stres, bo trzeba było wsadzać taką długą spiralę do studzienki przy domu:(. Owszem, odetkali, ale co się nadenerwowałam, to moje. I zakosztowało mniej-więcej tyle, co porządny fryzjer. A potem to już nie miałam sił nigdzie jechać. Więc wyglądam jak własna miotła do zamiatania podwórka. Trudno.

  3. Ja Cię w kwestach okolofryzjwrskich bardzo rozumiem. Dla mnie to jest ZAWSZE stres. I rzadko wychodzę zadowolona, choć się nie przyznaję. Przedostatnim, jak poszłam i poprosiłam, żeby było ładnie, to wyszłam wisnioworuda z grzywką. Jezusienazarenski. Ostatnio, chciałam mieć pare jaśniejszych pasemek, bo po tej wiśni nie mogłam na własną gębę patrzeć. Wyszedł dość słomiany blond. Tonowanie, cudowanie, bo się popłakałam. No to ostatnio poszłam se na BOTOX (póki co, na włosy, taki wstęp przed botoksem na ryj), pani i skróciła maszynka te 3 cm i pierwszy raz nie wyszłam zdruzgotana….

  4. Ja tak miałam wiele lat z fryzjerami, ogromny stres i jak chciałam powiedzieć, że idę do fryzjera, to zawsze mi się myliło, i mówilam, że do dentysty.
    Aż kilka lat temu znalazłam fryzjera idealnego, do tego przeprowadził się bardzo blisko mnie (nieświadomie), więc nie muszę już do centrum miasta dylać do niego, tylko na mojej podłódzkiej wiosce jestem bardzo fachowo i bezstresowo obsłużona.
    Może nie trafiłaś jeszcze na swojego 😉 Trudniejsze to, niż znaleźć męża 😉

    • O popatrz… To ja spotkałam męża i fryzjerkę mniej więcej w tym samym czasie i jestem z obojgiem do dziś, czyli jakieś 18 lat 🙃
      Pofarciło mi się, bo fryzjer to zawsze dla mnie przyjemność, a nie trauma. Robiła mi wiele zmian na głowie i ze wszystkich byłam zadowolona. Albo jest świetną fryzjerką albo dobrze mnie hipnotyzuje 😂

    • Moze to dlatego, ze dentysty, ginekologa i fryzjera, jesli sa dobrzy, nie zmienia sie.
      To jest prawda, ktora kazda matka powinna przekazywac corce z pokolenia na pokolenie, moja tak zrobila.
      Jak ide do nowego frzjera (niestety w Niemczech nie da sie tego uniknac, oglnie jakis dramat, nie mowiac za jakie pieniadze:/), to mnie bardziej mdli, niz przed nowyn ginem, czy dentysta.
      A jak pomysle, ze mam isc i siedziec tam 3-4 godziny (rekord byl u mnie kiedys prawie szesc) w MASECZCE, to odechciewa mi sie wszystkiego i zapusczam wlosy dalej, chocby i do posladkow…

  5. Moja koleżanka miała yorka. Kiedy otworzyła lodówkę, wypadł z niej zamrożony kurczak. Prosto na pieska, który nie przeżył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*