O TYM, ŻE PRZYNAJMNIEJ SIĘ OCIEPLA

No więc uprałam zimową kurtkę. Doszłam do wniosku, że chyba najwyższy czas, skoro jutro ma być 21 stopni – chociaż z pogodą u nas to nigdy nic nie wiadomo. Wolałabym, żeby nie wróciły mrozy i śnieżne zadymki, bo N. kupił wczoraj śliczne prymulki i posadził w doniczkach o kształcie nocnika. 

Borykam się również z zagadnieniem – kto mi ogoli psa. Bo codziennie wraca z ogródka z kolekcją rzepów i patyków i co większe kołtuny jej wycinam na bieżąco, ale na dłuższą metę będzie miała futro w szachownicę. Nawet się zastanawiałam, czy kupić maszynkę do strzyżenia, ale nie wiem czy świat jest gotowy na moje popisy groomerskie. I czy Szczypawka by wyszła z tego zabiegu w jednym kawałku i nadal podobna do siebie. 

Seriously, zarazo – idź już sobie, bo utrudniasz. 

N. się zgodził przenieść na południe i oglądamy teraz „La casa de papel”. O matkooo, jakie to są kocopoły! Na dodatek wszyscy bohaterowie mnie wkurwiają. WSZYSCY. Od tej z grzywką i sztucznymi cyckami począwszy, oczywiście, ale pozostali też. Czytałam, że najlepsze są pierwsze sezony, a później intryga się rozlatuje – JESZCZE BARDZIEJ rozlatuje? No to nie wiem. W dodatku płakać mi się chce za każdym razem, jak ktoś idzie do knajpy na wino albo na kawę. MOGĄ SOBIE IŚC DO BARU W HISZPANII – tak po prostu wejść i zamówić!…Z całego serialu najlepsze są te czerwone kombinezony, moim zdaniem.

Dwie ćmy dziś rano złapałam i wypuściłam z sypialni, a N. pojechał do biura. Sam. Niech ma, biedaczek, należy mu się. Niech sobie ode mnie odpocznie chociaż te kilka godzin.

Zauważyłam, że prawie każdy sklep z ciuchami wprowadził kategorię HOMEWEAR. Nie sądziłam, że dożyję czasów, kiedy mój styl życia się przebije do mainstreamu.

O BORSUKACH I EDUKACJI NA ODLEGŁOŚĆ

No jak mogłam zapomnieć! Z rzeczy miłych i dobrych są oczywiście borsuki. Na razie malutkie – Karolek i Karolcia, karmione butelką w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu. Na szczęście uroczy pan doktor prawie codziennie wrzuca nowe filmiki, więc można popatrzeć, jak te kluchy rosną. Najlepszy serial świata. 

Odrabiałam wczoraj lekcje z siostrzenicą jako ostatnia deska ratunku, bo rodzice pracują zdalnie. No więc – CAŁE SZCZĘŚCIE, że za moich czasów nie było tych wspaniałych interaktywnych gier, zabaw i innych gówien, tylko normalne, rzeczowe klasówki. Nie wiem, czy to było pedagogiczne, ale kilka zadań poleciłam dziecku zamknąć, zapomnieć i jak pani będzie się czepiać, to mogę jej napisać oświadczenie z peselem, że takie idiotyzmy niczemu nie służą.

Natomiast na motywach wycieczki do muzeum oglądałyśmy film o wartościowych obrazach w Polsce. Nie powiem, bardzo ciekawy wybór obrazów, plus narracja siostrzenicy: „Ja sobie nie tak Boga wyobrażam. A dlaczego on nie ma brody? Ciocia, a dlaczego on jest podobny do Mony Lizy?” (nie wiem, może taki był wtedy kopersztych; za to wiem, że Mona Liza nie ma brwi i dlatego jest lekko niepokojąca). „Ciociaaaa, a po co tylu tych doktorów Pan Jezus ma dookoła?” (ciocia z otchłani fejsbuka – pewnie się gorzej poczuł). 

Po czym wróciłam do domu i opowiadam N., że to częściowo skandal i skaranie boskie, te lekcje, ale czasem nawet fajne, na przykład te obrazy. I zostaję objechana od góry do dołu, że nie wytłumaczyłam dziecku idei DOKTORÓW KOŚCIOŁA jako biegłych w Piśmie Świętym, i w ogóle jak ja mogę z nim zwiedzać katedry będąc takim nieukiem (wypraszam sobie, pracę na zaliczenie z filozofii pisałam o świętym Augustynie). Wniosek z tego taki, że jak mąż się nie ma o co z żoną pokłócić, bo ta jest IDEAŁEM (a może nie?), to szuka do czego by się tu przyczepić i zawsze znajdzie – na przykład, reprezentację graficzną w malarstwie chrześcijańskim.

Tak więc, zachęcam do oglądania borsuków. Albo meduz na żywo w akwarium Monterey Bay. Też nie mają mózgów, jak politycy, ale przynajmniej są ładne.

O TYM, ŻE KLNĘ, ALE MAM POWODY

Rozwój wydarzeń jest taki, że N. mnie bardzo prosi, żebym ograniczyła przeklinanie. A ja bym bardzo chciała, ale nie potrafię – co kliknę jakikolwiek portal informacyjny (wiem – głupio robię), to przez następne czterdzieści minut nie mogę powstrzymać się od bluzgów w systemie ciągłym, a później – o charakterze incydentalnym (np. myję jabłko i znienacka mi się przypomina, co te matoły przychlasty debile znowu wymyśliły). Obiecałam mu, że postaram się nie kląć w niedzielę… No co tu dużo gadać – nie udało się. 

A wczoraj byłam w biurze, bo koniec miesiąca i rachunki niestety nie zając, i byłam tak niesamowicie wyrafinowana, że pojechałam w UPRASOWANEJ KOSZULI. Uprasowanej żelazkiem. Żeby mieć odskocznię od codziennej dzianiny dresowej w towarzyszeniu polaru. O właśnie – apropos polaru –  dlaczego DO KURWY NĘDZY znowu się zrobiło tak zimno? Mróz w nocy – teraz, jak wszystko kiełkuje i są już pączki kwiatowe – a wczoraj u nas była regularna zadymka śnieżna, i jak ja mam nie kląć? NO JAK??? 

Na pocieszenie zamówiłam sobie książki, otóż do paczkomatu. Niedawno po raz pierwszy zamówiłam przesyłkę do paczkomatu i ogólnie byłam zachwycona – nie trzeba wyglądać na kuriera i mieć wyrzutów sumienia, że biedaczysko dźwiga albo nie miał gdzie zaparkować. Poza tym ja lubię maszyny i urządzenia, naprawdę nie wiem, dlaczego przez tyle czasu nigdy nic do paczkomatu nie zamówiłam. Zaćmienie jakieś.

Nasz znajomy z Hiszpanii myje wszystkie zakupy wybielaczem na tarasie, mówi, że owoce też. W ogóle nie wychodzą z domu i są załamani sytuacją. U nich rządzący idioci pozwolili na zorganizowanie demonstracji z okazji 8 marca, po których liczba zachorowań wystrzeliła w kosmos. Czyli mniej więcej to, co nasi geniusze chcą nam zafundować przy okazji wyborów. 

Dobra, bo znowu zacznę kląć i się zakrztuszę herbatą. 

N. się uparł jak guziec na te seriale skandynawskie i oglądamy teraz „Karppi”. A JA JUŻ NIE MOGĘ patrzeć na ŚNIEG, sinoniebieskie światło i zamarznięte skandynawskie zwłoki. W dodatku Karppi mnie wkurwia, bo nie nosi chusteczek i cały czas pociąga nosem. Zapowiedziałam N., że następny serial ma być z akcją, temperamentem i w ciepłych krajach. Więc albo „Narcos”, albo „Casa del papel”. Cholera jasna.

Czy są gdzieś jakieś pozytywne informacje?…

O TYM, ŻE JUŻ CHYBA NIE SCHUDNĘ

No niestety, wpuściłam rozpustę pod dach. Broniłam się nogami i ręcami, bo i tak się kompulsywnie obżeram, więc przynajmniej nie będziemy kupować NIC SŁODKIEGO – postanowiłam i tak było. Do wczoraj, kiedy to pękłam i doszłam do wniosku, że na samych jabłkach daleko nie zajadę – i zostały nabyte delicje. Więc pewnie będę musiała się pożegnać z niejedną parą dżinsów (problem jest taki, że najbardziej lubię rurki). Na dodatek w drodze inwentaryzacji odkryłam, że mam jeszcze jedno opakowanie piernika kętrzyńskiego. No nic, zawsze zostaną mi zdjęcia na dowód, że kiedyś byłam szczupła.

(No chyba, że w końcu uda mi się kupić kokainę na poprawę nastroju i przestaną mi być potrzebne delicje).

Ponadto Szpilmanowa rąbnęła mi portmonetkę, ale oddała. Mam taki mały portfelik na gotówkę, którego prawie nie używam, w sumie tylko jak wychodzę z dziewczynami na wino (i wtedy dzielimy rachunek i jak jesteśmy trzy po klasie matematycznej, to zawsze liczy koleżanka po biologiczno – chemicznej z komentarzem, że nie ma do nas siły i ręce jej opadają na widok naszych zdolności). No więc ten portfelik mi ZNIKNĄŁ z torby – N. oczywiście, że na pewno mi go ukradli, a ja pytam GDZIE? W księgarni internetowej?… No ale nie było go kilka dni i myślałam, że pewnie mi wypadł albo coś, aż tu nagle znajduję go W SYPIALNI. No to KTO mi go tam położył, jak nie Szpilmanowa? Znowu jej była potrzebna kasa na totolotka albo zakłady sportowe, przecież duchy chyba umieją przewidywać przyszłość. Ciekawe, co robi z wygraną. 

Trochę mnie zdenerwowali w tych seryjnych mordercach rozdziałem o Lee Wuornos, która dostała sześć wyroków śmierci za zastrzelenie sześciu facetów. Ja nie wiem, jakoś faceci – pedofile, gwałciciele i mordercy kobiet i dzieci dostają dożywocie albo wychodzą warunkowo po kilkunastu latach, ale jak kobieta, to od razu SZEŚC wyroków śmierci. Zawsze miałam niepochlebne zdanie o wymiarze tak zwanej sprawiedliwości.

U sąsiada na płocie wisi ogłoszenie o usługach mistrza kominiarskiego o imieniu KATARZYNA. No moi państwo, kobieta – kominiarz? Pierwsze widzę. Ciekawe, czy też przynosi szczęście, jak się złapać za guzik. 

O TYM, W CO MOŻE ZAMIENIĆ SIĘ LODOWISKO

Bardzo dziękuję za zdjęcia z Islandii. Niestety, nie przydały się – nadal oglądamy seriale („Valhalla murders”, a w kolejce czeka „Case”) i nadal N. cały czas wzdycha „Ale tam pięknie!”. A mnie przechodzą dreszcze, bo to PIĘKNIE jest w śniegu po pas i po horyzont. Przynajmniej z jednym mają łatwiej – zwłoki im zamarzają, zamiast się rozkładać. No i zdecydowanie jeżdżące regały w archiwum ukradły show – a przynajmniej jeden odcinek.

Natomiast trochę wstyd się przyznać, bo jeszcze oglądam… dobra, przyznam się – „Rodzinę Soprano”. Bo jakoś mi nie podeszła wtedy, kiedy wszyscy oglądali, a teraz jest jak znalazł. Jeśli ktoś szuka kolesi jeszcze durniejszych od strażaków z „Rescue me”, to polecam najserdeczniej chłopaków z włoskiej mafii. Z tym, że tamci jednak ratowali ludziom życie, a ci na odwrót – raczej przekręcają gości przez maszynkę do mięsa w lokalnych delikatesach. Byłoby bardzo śmiesznie, gdyby nie jeden mały detal – oni tam bez przerwy ŻRĄ. I to jest straszne, bo człowiek się robi głodny ze sześć razy na odcinek. No chyba, że akurat kogoś mielą w maszynce, to wtedy mniej. No i te włoskie żony i oblubienice! Pamiętam, że u nas się tak eleganckie panie ubierały (i czesały, i malowały) na początku lat 90-tych. Bardzo spoko serial na czas nieruszania się z domu.

A co do nieruszania się z domu, to jestem do tego stworzona i nigdzie mnie nie ciągnie. Nareszcie styl życia, jaki mi pasuje – bo na samo słowo „AKTYWNIE” dostawałam dreszczy, wysypki i zajadów. I rozumiem, że tak jak ja jestem z natury leniwa, tak inni mają tzw. mrówki w portkach – ale naprawdę, NAPRAWDĘ nie można poświęcić swojego komfortu na te kilka tygodni i nie łazić, darować sobie grylyki i ploty pod sklepem? W El Pais wyskoczył mi wczoraj artykuł o tym, że musieli przerobić sportową halę z lodowiskiem pod Madrytem na kostnicę. 

Czytam „Rozmowy z seryjnymi mordercami”, ale przekąszam Brysonem – nie wiedziałam, że siostra Kennedy’ego miała lobotomię (zrobioną szpikulcem do lodu przez oczodół). Po zabiegu „nie mogła mówić, nie trzymała moczu i pozbawiona osobowości spędziła kolejne 64 lata w domu opieki na Środkowym Zachodzie”. Ktoś jeszcze tęskni za starymi dobrymi czasami?…

Z miłych rzeczy wyczytanych na fejsbuku – widziałam tekst o tym, że jak mężczyzna kocha kobietę, to w nocy cichutko wstaje i rozciąga jej ubrania, żeby pomyślała że schudła. Bardzo to piękne, moim zdaniem.

PS. O proszę, dialog z dziś – Tony Soprano do psychiatry: „A co, twój ojciec nigdy nie odrąbał nikomu palca?”.

O NICZYM NOWYM

Śniło mi się, że z okazji jakiejś imprezy byłam przebrana za księżniczkę Leię (NO OCZYWIŚCIE – komentarz mojego męża) i czułam się głupio, bo za nic nie umiałam się uczesać w te takie okrągłe na uszach. Zawsze muszę wyjść na ostatnią ofermę.

Natomiast co na jawie?

Po pierwsze – za dużo jem. W dodatku N. odkrył pierogarnię, w której sprzedają świeżutkie czebureki. Niestety przepyszne. 

Po drugie – N. sprząta ogródek i oby mu tego ogródka do sprzątania szybko nie zabrakło, bo NIE WIEM CO BĘDZIE. Nie wiem. On jest nieodporny na brak działania i może się to skończyć tym, że np. rozbierze chałupę celem jej ponownego złożenia. Więc lepiej, żeby jednak bałagan w ogródku wystarczył na dłużej.

Po trzecie – wdrożyłam wieczorami seriale skandynawskie (brytyjskie kryminalne chwilowo się skończyły). Oglądamy „Trapped” i N. snuje marzenia o zwiedzaniu Islandii, co chwilę mówi „Zobacz, jak tam pięknie!” – patrzę, a tam śnieżna kurzawa że oko wykol oraz lawina akurat przysypuje trzy osoby, z czego jednej łamie kręgosłup. Absolutnie przepięknie. Od razu jak zniosą kwarantannę pakuję onuce, walonki, futro z niedźwiedzia grizzly i LECĘ.

Pies obrażony, bo obcięłam jej paznokcie.

Latały już pierwsze motylki i widziałam jaszczurkę, a tu znowu ma być mróz w nocy. Ale mnie wkurwia ten wirus, ten rząd i ta pogoda! Kolejność dowolna.

O SIEDZENIU W DOMU

Siedzimy w domu. Ja jestem przyzwyczajona, ale N. nosi. Zaczął od porządkowania przetworów w garażu i od rana w poniedziałek mam pełną zmywarkę słoików. Tłumaczę mu, że jak jest okupacja, to się zapasy GROMADZI, a nie wyrzuca – na co on podsuwa mi słoik „OGÓRKI 2013” (twarde i wcale nie śmierdziały!). Powiedział, że wyrzuca tylko te słoiki, które mogą nam zaszkodzić bardziej niż PIS.

No nie wiem, czy jest na świecie coś, co może nam zaszkodzić bardziej niż PIS.

Wspomina coś o myciu okien.

Jak tak dalej pójdzie, to oszaleję.

W dodatku wtrąca się do mojego spędzania czasu i muszę mu wyjaśniać, dlaczego się tak śmieję. No więc wyjaśniam – BP wierciło na Księżycu i uwolnili Cthulhu, Pana Ciemności, a teraz Cthulhu nasrał na pas startowy i samolot do Nowego Orleanu ma opóźnienie. W dodatku Eryk Cartman trzyma Buttersa w klatce od sześciu dni i dał mu tylko małe wiaderko. Więc ja wyję, a N. jak zwykle NIE WIE O CO MI CHODZI. Dwadzieścia lat już nie wie. 

„Przełęcz Diatłowa” niestety nie jest tym, czego oczekiwałam – fajnie, że są cytowane oryginalne dokumenty, ale dodatek w postaci wynurzeń pani autorki, która ma kota i męża co ją zdradził z przyjaciółką, a także przytrafiają się jej zjawiska nadprzyrodzone… No dobra, spodziewałam się opracowania dokumentalnego, więc może się czepiam. 

Oho, znowu z garażu dochodzą niepokojące odgłosy. Jak mówiłam, że potrzebny mi kontakt do dilera, żeby mi opylił coś na uspokojenie, to nikt mnie nie słuchał. 

Głowa mnie boli.

O SMUTKU I ZAPASACH

Jak się dowiedziałam, że Pan Wojtek Mann odchodzi, to się popłakałam – po raz pierwszy od bardzo dawna, bo ja nie płaczę (nie z takich powodów – w końcu bycie starą cyniczną suką do czegoś zobowiązuje). Już myślałam, że nic, co wymyśli ta bezmyślna, nienażarta plecha mnie nie ruszy, w końcu codziennie mamy festiwal bucerii i chamstwa i jakaś podstawowa odporność się wykształca, a jednak. Są w człowieku takie cienkie niteczki, które się zrywają w niespodziewanych momentach.

Oczywiście, swoje dołożył stres i to, że N. nie było w domu – zauważyliście, że ICH NIGDY NIE MA W DOMU, kiedy świat się kończy? I nie mogłam czytać „Przełęczy Diatłowa”, więc było mi smutno, grałam w Tetris na fejsbuku i słuchałam „Fuck You” Lily Allen (bardzo ładna piosenka na takie okazje, dlaczego ja tego wcześniej nie znałam?).

„Normalni ludzie” – dobrze napisana książka o tym, że ludzie się nie potrafią dogadać, zwłaszcza kiedy są młodzi. Ale nie wiem, dlaczego miałaby być jakaś super ważna czy przełomowa. I jednak wolę zapis dialogów z myślnikami. No więc nie wstrząsnęła moim światopoglądem, ale też nie miałam jej ochoty wywalić przez okno ani razu, czyli już coś.

Na szczęście N. wrócił i mogę się zabrać za przełęcz i „Rozmowy z seryjnymi mordercami”. I mam „Serce umiera ostatnie” Margaret Atwood i dwa tomy Billa Brysona. A wy jakie macie zapasy na czas zarazy?

Na razie siedzę w biurze, staram się wypchnąć co się da, a na suficie mam słuchowisko pt. stado biegających bawołów w podkutych butach do stepowania. Wniosek z tego, że najwyraźniej ludność cywilna nie posłała dzieciaczków do placówek.

O GUSTACH CZYTELNICZYCH I KUPOWANIU MYDŁA

Ale mi się tydzień zaczął. Ubierałam się elegancko do biura, a mianowicie w piękną czarną bluzę ze złotym nadrukiem Dartha Vadera (złotym, ale skromnym), gdy nagle w okolicach biodra objawiła mi się KATASTROFA. Uprałam Vadera z papierową chusteczką w kieszeni!… Coś okropnego – zawsze przed praniem sprawdzam wszystkie kieszenie N., bo różne cuda w nich potrafi nosić, no ale przecież SWOICH nie sprawdziłam, bo ja jestem ta PORZĄDNA. No to bardzo porządnie mnie ta chusteczka załatwiła (oczywiście, musiała być w kieszeni CZARNEJ bluzy, nie szarej czy beżowej).

Co poza tym. Szwagier jest zwolennikiem teorii o zarazie i dwóch papieżach, a nasi znajomi z Hiszpanii dzwonią lekko spanikowani, bo na północy w miasteczku Vitoria kilkadziesiąt osób zaraziło się wirusem na pogrzebie. A koleżanki donoszą mi, że z miejscowego Rossmanna zostało wykupione całe mydło. To nawet dobra wiadomość! Teraz gdyby ludzie zechcieli jeszcze tego mydła UŻYWAĆ, a nie tylko kupować, to już w ogóle byłby luksus. Bo na razie kupują w celach dla mnie niejasnych – sądząc z wrażeń zapachowych w kolejce do kasy w sklepie Action, który ostatnio skradł mi serce (no oczywiście, nadal uwielbiam hurtownię papierniczą GRAFIT, ale Action… ach).

Natomiast jeśli chodzi o domową kwarantannę, to jestem przygotowana jak mało kto. Właściwie od kilku lat ją uprawiam i dość mi z tym dobrze. 

Zabieram się za czytanie tej głośniej powieści, co to wszyscy bardzo entuzjastycznie itd. – „Normalni ludzie”. No, ZOBACZYMY – żeby nie było jak z „Małym życiem”, nad którym się umordowałam jak koń w sezonie nad Morskim Okiem i co kilka stron miałam ochotę ją wypiznąć przez okno (i jak skończyłam, to żałowałam że nie wypiznęłam). Podobno Barrackowi Obamie się podobała – to już krok w dobrą stronę, bo „Problem trzech ciał” był świetny. Przekonamy się, czy na gruncie powieści obyczajowej też mam zbieżny gust z Barrackiem Obamą, podobnie jak w literaturze SF. 

A ostatnio coś przestawiałam na półkach z książkami i jakoś tak wyciągnęła mi się „Miłość w czasach zarazy” – hmmm, PRZYPADKIEM?… Muszę szwagra zapytać, co to może oznaczać.

O NAZWACH

W życiu kobiety przychodzi taka chwila, kiedy musi pójść na pocztę. Więc poszłam. Poczta owinięta od stóp do głów siatkami zawieszonymi na rusztowaniach, pod spodem dużo kabli, narzędzi i kilku panów. Z których jeden powiedział, akurat jak nurkowałam pod rusztowaniem:

– Kurwa mać! – Ale za chwilę dodał – Przepraszam panią bardzo.

– Nic nie szkodzi – odpowiedziałam, bo akurat świetnie go rozumiem, są takie chwile i wydarzenia w życiu człowieka, że tylko kurwa pomoże i nic innego.

Z poczty wyszłam bogatsza o wiedzę na temat przylgi kurierskiej, zwanej także kieszenią samoprzylepną (ale przylga mi się podoba bardziej). Nie wiedziałam, że to okienko na list przewozowy się tak nazywa. Nigdy nie wiadomo, gdzie czyha na człowieka efekt edukacyjny. Mówiłam już kiedyś, że lubię naszą pocztę.

Z cyklu „interesujące nazwy” to jeden krab się nazywa kieszeniec magister. W dodatku kompletnie nie pamiętam, dlaczego szukałam nazwy kraba ani do czego mi to było potrzebne, bo jak go znalazłam, to wszystko inne przestało się liczyć i wyparowało mi ze łba. Został mi tylko ten kieszeniec magister – i teraz marzę o tym, żeby go wpleść niezobowiązująco do jakiejś rozmowy.

Jeśli chodzi o zagadki filmowe to jeszcze pamiętam tylko jedną, z serialu „The Thick Of It” (który zaczęłam uwielbiać niedawno, chociaż bez napisów idzie mi opornie, muszę wyhaczyć wersję na DVD z napisami). No więc idzie mniej więcej tak:

„To film o takiej fryzjerce i kowboju w kosmosie… Przyjaźnią się z koszem na śmieci… LEGO! I wszyscy są zrobieni z pieprzonego LEGO!”.

(Jestem  taka stara, że pamiętam czasy, kiedy nie byli zrobieni z LEGO).

Poza tym odnoszę wrażenie, że poziom zidiocenia polityków (bardzo wysoki od dość dawna) w ostatnich dniach ustanawia coraz to nowe rekordy. A fejsbuk mi wciska reklamę niebieskiej herbaty. Piłam niebieskie wino, ale herbatę?… No nie wiem.