O RYNNACH I GWOŹDZIACH

 

N. czyści rynny, bo już nam całkiem niezła kolekcja chwastów wyrosła na siatkach – krzaczki takie dorodne, aż szkoda że to nie marihuana, może by nas w „Super Expresie” sfotografowali, przecież każdy marzy, żeby być w Superku albo w Fakcie (ja raz byłam, ale tyłem i nieco rozmazana, więc mam zrozumiały niedosyt). Natomiast Szczypawka koniecznie chce zjeść to, co jest z rynien wyrzucane. Pyszna zgnilizna; obawiam się, że coś tam musiało zdechnąć i się rozłożyć, bo jakoś nie wierzę w jej nagły wegetarianizm.

Pozostając w temacie okołoszczypawkowym – miałam moment refleksji nad światem (kolejny), widząc w ofercie sklepu z karmami dla psów BUTELKOWANĄ WODĘ dla psów z acerolą. Prawie trzy złote półlitrowa butelka. Myślałam, że po wodzie „VODA” na lotnisku, w sklepie butelka za około 15 złotych (ale można było kupić wersję z kolagenem! Piłam później zwykłą mineralną z rozpuszczonym kolagenem z saszetki – pachniało jak woda, którą się wylewa z akwarium, żeby ją zmienić, i smakuje jakby się lizało rozmrażającą się rybę), już niewiele jest mnie w stanie zdziwić, a jednak proszę. Nawet nie wiem, co to jest ta acerola! Brzmi jak coś, co Chodakowskie i Lewandowskie jedzą na śniadanie z puddingiem z chia. I mój pies by chciał coś takiego?… Nigdy mi nie mówiła! Pewnie dlatego żre śmieci z rynny, bo ma braki aceroli w organizmie, biedactwo.

Natomiast babcia (lat 93, przypomnę dla uzyskania pełnego obrazu sytuacji) przerobiła już wszystkie reportaże i ludzkie dramaty, od sierotek gnębionych przez zakonnice do kryminalistów duszących konkubiny po piwnicach i w sobotę zażyczyła sobie książkę o nałożnicach Sulejmana. To się nazywa mieć eklektyczny gust. Gdzie te czasy, kiedy cała rodzina zaczytywała się „Przeminęło z wiatrem” i sagą rodziny Whiteoaków? I teraz muszę szukać nałożnic Sulejmana – chyba założę nowe konto w internetowej księgarni, pod pseudonimem, i już się boję, co mi zacznie wyświetlać reklama kontekstowa.

Oraz dobry dowcip mi przemknął: matka pakuje syna na wycieczkę.

– Tu masz spakowane chleb, masło i gwoździe.

– Po co?

– Jak to po co? Posmarujesz chleb masłem i zjesz.

– A gwoździe?

– Tu są. Przecież spakowałam!

O TYM, ŻE ŚWIAT SIĘ NADAL STACZA, A LUDZIOM JEST SMUTNO

 

Dzień zaczął się czarownie, gdyż przed wejściem do biura przebywał jakiś młodzieniec w kucki, opierając się o niską barierkę i kiwając na boki. Ochrona powiedziała, że nawiązanie kontaktu nie powiodło się, pan nie jest pijany, a więc pod jakimś innym wpływem oraz zadzwonili gdzie trzeba. Kiedy za kilka minut N. wychodził do sklepu, młodzieniec leżał już na plecach w pozycji biedroneczki, nadal się huśtając, a nad nim deliberował patrol straży miejskiej w pełnym umundurowaniu. Ciekawe, na jakie wpadli pomysły.

Kolega w biurze powiedział, że to i tak jeszcze nic, bo na Florydzie są jakieś zupełnie nowe narkotyki, po których odbija dość solidnie, o proszę: „19-letni student z Tequesta na Florydzie brutalnie zamordował 53-letnią kobietę i 59-letniego mężczyznę. Policjanci, którzy dotarli na miejsce zbrodni zastali makabryczny widok. Młody mężczyzna odgryzał kawałki ciał swoich ofiar na podjeździe przed ich domem. Funkcjonariusze mieli spory problem z odciągnięciem mężczyzny od zwłok. Jak relacjonowali, 19-latek był bardzo silny i nie działał na niego paralizator. Policja nie wyklucza, że student mógł zażyć narkotyk zwany Flakka, tzw. ‘pięciodolarowy szał’. Po jego zażyciu osoby mają halucynacje, wpadają w szał i są odporne na ból”.

Jeśli chodzi o halucynacje, szał i odporność na ból, to nawet bym się skusiła, tylko nie chciałabym zacząć nikogo jeść, bo jeśli chodzi o ludzką surowiznę, to jestem dość brzydliwa. Twórcy tej znakomitej substancji muszą jeszcze popracować nad efektami ubocznymi.

Ech… co się z tym światem dzieje, że tak sobie pozwolę westchnąć filozoficznie.

W dodatku nadal wiercą. Nie jestem dziś gejzerem pozytywnych energii, to znaczy – zazwyczaj nie jestem, a dziś jeszcze bardziej. Dobrze, że w lodówce leży zapasowa kostka masła, to będzie się czym pocieszyć.

 

PS. Podobno wiele osób jest zdołowanych, a to wszystko przez niż znad Morza Czarnego – być może, być może, chociaż ja obstawiam nostalgię związaną z końcem wakacji. Ten koniec sierpnia to jednak w człowieku tkwi mocno zakodowany. Żeby nie wiem jak pięknie i ciepło było we wrześniu, to już całkowicie co innego, no i nie ma bocianów. To idę płakać (i jeść masło).

O MAGNESACH I UWAŻANIU

 

Trochę było strasznie ostatnimi dniami, bo N. sprzątał garaż. A jak on sprząta, to nie ma, że coś przestawi, odsunie czy przetrze kurz, nie. Jest najpierw huragan, powódź i katastrofa nuklearna w jednym, wszystko wyczyszczone do gołej ziemi i nawet zarazki uciekają w popłochu, a następnie z rumowiska wyłania się Nowy Porządek. No więc jak on się zabiera za sprzątanie, to ja mam gęsią skórę. I osiedlam się w bezpiecznej odległości. No i sprzątał i znalazł dużo interesujących rzeczy – na przykład pluszowego hipopotama, którego dostała Szczypawka i jest przeszczęśliwa (a ja już trzy razy bym sobie wybiła zęby, bo nadepnęłam na niego i pojechałam po podłodze) oraz pudełko magnesów, które kupiliśmy w IKEA jakieś bez kozery powiem dwanaście lat temu albo i lepiej.

No i te magnesy mówię sobie, wezmę i będą na lodówkę, żeby przyczepić kartkę z rozpiską śmieci, albo kartkę „WYJĄĆ INDYKA”, albo „UWOLNIĆ WIĘŹNIÓW POLITYCZNYCH”, no takie co wszyscy miewają na lodówce, prawda. Po czym zrobiło mi się słabo, bo przypomniał mi się horror, w którym bohater (bohaterka?) porozumiewał(a) się z jakąś siłą nadprzyrodzoną (to były duchy czy UFO?) przy pomocy magnesików na lodówce (sklerozę mam i nie pamiętam, co to za książka – chyba Kinga?). I wyobraziłam sobie, że wchodzę rano do kuchni, np. zimą – jeszcze ciemno jest – N. nie ma, bo w delegacji, a na lodówce emotikonek z magnesów! Albo wzór na pole kwadratu. Wszystko jedno co, ale bynajmniej nie przeze mnie ułożone. CO TO, TO NIE – wywiozłam magnesy do biura, gdzie mamy tablicę magnetyczną w pokoju ZGOŁA INNYM niż mój, i niech tak zostanie.

W międzyczasie zrobiłam pierwszy raz w życiu tymi oto ręcami kruche ciasto na kisz, bo normalnie używałam zawsze gotowca, tymczasem okazało się to banalne i kisz Lorraine wyszedł bardzo pyszny (i tłusty). Moja kochana siostra Zebra tak sobie podlała ten kisz, że z dziesięć razy mówiła do N. „Ty na nią uważaj, ona miała złamanie z przemieszczeniem i nawet nie pisnęła! To wiesz, uważaj na nią”. Też uważam, że powinien uważać (niekoniecznie z uwagi na złamanie).

 

O POŻARACH W GALICJI I OSZUKANYCH KREDKACH

 

Kupiłam kredki Bambino. Tak się złożyło, że na ostatnim grillu mieliśmy na stanie trzy księżniczki, które głównie biegały i bawiły się w wampiry oraz nadawały ultradźwiękami (czy myśmy jako dzieci też się tak strasznie darli?), ale w pewnym momencie zażyczyły sobie sprzętu do rysowania. No i tu się pojawił problem – zeszytów mam całe stosy, ale co dalej? Udało mi się znaleźć komplecik cienkopisów, z tym, że w kolorach raczej stosownych do rysowania protestu górników pod Sejmem, niż królewien i tęczowych zwierzątek. Jakoś to było, ale na przyszłość warto mieć lepszą ofertę – więc jak zobaczyłam stosy kredek w Biedronce, to wzięłam. I wiecie co? Te kredki są o połowę cieńsze od tych, które myśmy mieli na wyposażeniu! W dodatku jedna ma oszukany kolor; niby jest różowa, a maluje na jakoś tak pomarańczowo – sraczkowato. No ja nie wiem, ale wygląda na to, że kapitalizm popsuł nie tylko całe jedzenie w sklepach, ale i kredki.

A w piątek usłyszeliśmy w Trójce informację o pożarach lasów w Hiszpanii, w Galicji. Co za rok – najpierw La Palma, później Madera, a teraz jeszcze i Galicja. W dodatku okazało się, że najgorszy pożar jest przy samym Porto do Son i nawet mówili o ewakuacji! Słabo mi się zrobiło i kazałam N. dzwonić do naszych przyjaciół – co nie jest takie oczywiste, bo to uczciwi Hiszpanie, wyznający sjestę po obiedzie i dzwonić do nich można tak od osiemnastej, albo później.

Z tymi lasami w Galicji to narobili bigosu, kiedy jakiś mędrzec wpadł na pomysł sprowadzenia eukaliptusa – też po pożarach, żeby szybko zalesić pogorzelisko. Eukaliptus się przyjął, i to jeszcze jak przyjął! Tak się przyjął, że wygryza wszystkie lokalne gatunki. Rośnie jak wściekły, wypija całą wodę i zabiera światło innym drzewom i roślinom, w wyniku czego dostajemy całe dziesiątki, setki hektarów eukaliptusowej monokultury, gdzie nic innego nie rośnie. Albo mało co. Drzewo eukaliptusa nadaje się na papier i nic innego się z nich nie robi. Taki las ma jedną zaletę – cudownie w nim pachnie; jakby ktoś rozpylał Vicks Vapo-Rub (bardzo lubię, bo kojarzy mi się z chorowaniem w dzieciństwie, czyli bezkarnym leżeniem i czytaniem zamiast chodzenia do głupiej szkoły albo jeszcze głupszego przedszkola). Za to jak zacznie się palić, to pali się jak zapałki – podobno przez żywice i olejki eteryczne. No i nie ma jak go gasić – sama kiedyś widziałam akcję z helikopterami, targającymi podczepione plandeki wypełnione wodą, jak leciały to zrzucić na pożar w górach.

Dzwonimy o osiemnastej, nasz przyjaciel odbiera i mówi, że za kwadransik, bo właśnie cumują łódkę. Od razu miałam wizję, jak wszyscy z Porto do Son w ramach ewakuacji muszą się załadować na łódki, bo droga wyjazdowa jest odcięta. A akcją dowodzi Eugenio, jako najbardziej doświadczony kapitan jednostki (i zapędza na swoją łódkę wszystkie najmłodsze i najładniejsze dziewczyny, miejscowe i przyjezdne – wtrąca N.).

Po rzeczonym kwadransie okazało się, że nigdzie nie uciekają, tylko wrócili z ryb. W mieście owszem, śmierdzi dymem z okolicznych pożarów, bo miejscowi “przedsiębiorcy” (a raczej Hiszpanie – cebulanie, bo cebulactwo okazuje się być sportem międzynarodowym) specjalnie podpalają lasy – albo dla odszkodowania, albo zamiast sprzątać śmieci (jak u nas z wypalaniem traw). Albo chcą bez nadmiaru papierkowej roboty odlesić ziemię i sprzedać na działki. Do tego dochodzi leniwa miejscowa xunta, która zamiast zadbać i posprzątać regionalne kawałki lasu, zabezpieczyć drogi dojazdowe – to nic z nimi nie robi, tylko przepija rządowe pieniądze, no i tak. W efekcie spaliły się lasy i wszystko dookoła, w tym winnice i dęby laurowe. Przy winnicach już prawie się popłakałam.

A jeszcze na dodatek piesek miał w nocy sraczkę – ciekawe po czym! Może po zepsutej karmie – bo przecież NA PEWNO nie po tej surowej wołowinie na hamburgery, którą mój mąż ją futrował całe popołudnie. Ja go naprawdę w końcu zwiążę, albo owinę folią jak mumię (a raczej walizkę), bo przekazy werbalne do niego nie docierają.

O TYM, CO NAD GŁOWĄ

 

N. naszło na hamburgery, co oznacza, że znowu czeka mnie upojnych kilka godzin nad rondlem z cebulą na konfiturę.

A właśnie, wspominałam już, jak ostatnio kupował cebulę na targu?

– Cebulkę dać ostrą czy łagodną? – pyta pani, na co N.:

– Ostrą mam żonę w domu i wystarczy, to cebula niech będzie łagodna.

Naprawdę, naprawdę jak on się nie boi meteorytu z jasnego nieba, co go pieprznie kiedyś za wygadywanie TAKICH rzeczy. Co za draństwo, naprawdę, jakby miał w domu takiego wampa, co od rana chla dżin, chodzi w cekinowych sukniach bez pleców i przyprowadza kochanka z każdego wyjścia na miasto, to dopiero by zobaczył. A ja? Skąd niby miałabym przyprowadzić kochanka – z zakupów w Biedronce? No jakoś NIE SĄDZĘ. Z Rossmana też nie bardzo. Kurwa mać, nie bywam w ogóle w perspektywicznych miejscach, się okazuje.

Poza tym, znowu wiercą nam nad głową młotem udarowym i po kwadransie mam kryzys osobowości, rozdwojenie jaźni, wibracje mózgoczaszki, wątpliwości co do tożsamości religijnej, kulturowej i płciowej i chyba kręgosłup mi się rozdwaja. I chyba w końcu kogoś zabiję. Mogę, mogę?…

Czytam na zmianę „Czarodziejska górę” (po dwudziestu latach podoba mi się jeszcze bardziej) i „Lustrzany świat Melody Black” – bardzo dobre.

WRRRRRRUM WRRRRRRRRUM. Szlag by to.

 

O MIŁOŚCI (ŚCIACH) MOJEGO ŻYCIA

 

Drogi Pamiętniku, czy ja już wspominałam, że kocham Internet? Chyba wspominałam, bo to jest długotrwałe uczucie od pierwszego wejrzenia; bardzo wiele lat już go kocham. I będę kochać nawet, kiedy zacznie zyskiwać świadomość i wystąpi przeciwko ludziom, jak Skynet, bo naprawdę trudno jest czytać fora, niusy i komentarze pod niusami i nie chcieć chwycić za laser i wypalić to towarzystwo jak zarazę do gołej ziemi.

Rozmarzyłam się.

W każdym razie – kocham Internet, moje życie zaczęło się w momencie, kiedy zyskałam dostęp do Internetu. Przedtem była smutna egzystencja.

Na przykład, Internet mi ostatnio powiedział, że naukowcy dowiedli związku pomiędzy pewnymi zjawiskami, a mianowicie takimi, że od kawy obwisa biust. I zmniejsza się nawet o kilka rozmiarów! Bardzo się ucieszyłam, że wobec tego nie piję kawy, bo żeby zmniejszyć mój biust to chyba musiałabym się udać do jubilera.

Następnie Internet zaprezentował mi wyniki kolejnych badań, z których wynika, że wspólne picie alkoholu to jest recepta na szczęśliwe małżeństwo. Też się ucieszyłam, bo okazało się, że to morze wina to była PRACA NAD ZWIĄZKIEM, a nie jakiś tam pokątny alkoholizm. Bardzo pozytywna informacja. Tylko badania nic nie mówią o wspólnym trzeźwieniu. Czy wspólne kace też zacieśniają pożycie? Jak jedno drugiemu wytrąbi ostatni łyk kefiru, to obawiam się, że może być różnie.

Internet podsunął mi również informację o projekcie badawczym, zrealizowanym przez pewną doktorantkę z mikrobiologii. Otóż, pani badaczka zrobiła jogurt na bakteriach pobranych z własnej waginy i go zjadła. To się nazywa żyć nauką! A jakby się ktoś chciał otrząsnąć ze zgrozy, to tylko wspomnę, że czytałam (w Internecie), że bakterie do tych małych jogurciczków niby z probiotykiem pobierane są z ekhem, świńskiego odbytu. Znaczy, ostatniego odcinka świńskiego przewodu pokarmowego. Więc ja nie wiem, co bym na dobrą sprawę wolała. Dobrze, że nie przepadam za jogurtem, wolę jajecznicę – z jajecznicą nie ma takich dylematów.

Na koniec sesji Internert pokazał mi zdjęcie pani Blac Chyna.

To bez wątpienia miłość. Ja i Internet.

(Chociaż, ale nie mówcie nikomu, gdybym miała wybierać pomiędzy Internetem a masłem, to kurde nie wiem. Ciężko by było. Widocznie jestem poligamistką).

A wczoraj wieczorem znowu usiadłam na pilocie i oczom mym ukazała się dyscyplina sportu wodnego, którą niniejszym dopisuję do mojego prywatnego katalogu najbardziej idiotycznych dyscyplin sportowych i kto to w ogóle uprawia i PO CO (abstrahując od tego, że kto w ogóle uprawia JAKIKOLWIEK sport i po co). No więc to były kobiety w takich mini kajaczkach i musiały tym kajaczkiem przemanewrować taki sztuczny, niby rwący odcinek rzeki z bramkami i przeszkodami. I trafić w te wszystkie bramki. Brzmi głupio, prawda? No więc jeszcze na dodatek miały na sobie piankowe kamizelki, przez co górna część ciała była nieproporcjonalnie duża w stosunku do tego mini kajaczka, który skrywał ich nogi i wyglądały jak kadłubki. Całość ogląda się ze zgrozą.

Czy upały jeszcze wrócą?…

 

PS. Internet podrzucił mi też przepis na pieczoną kapustę; uwielbiam kapustę, a przepis był bardzo prosty, więc pytam N., czy mogę zrobić pieczoną kapustę. Na co on, że mogę, ale żebym miała świadomość, że będę ją musiała sama zjeść, bo TO NIE JEST JEDZENIE. No i tak sobie żyjemy.

O SIERPNIOWEJ ABSTYNENCJI

 

No to teraz od kilku dni boli mnie mostek. Wpisałam w gugla „BOLI MNIE MOSTEK I CO TERAZ”. Po zapoznaniu się z wyświetlonymi propozycjami wpisałam w gugle „GOTOWY FORMAT TESTAMENTU”, a N. bardzo poprosiłam, żeby nie rozdawał moich sukienek byle komu. Zwłaszcza tych z metkami. Niech odda na jakiś bazarek dla piesków albo coś w tym stylu. Oczywiście dostało mi się od psycholi, co nie zmienia faktu, że nie ma optymistycznych prognoz dla osób, które boli mostek. Nie ma. W całym internecie nie ma. A jak nie ma w internecie, to wiadomo – nie jest dobrze.

Postanowiłam sobie, celem wprowadzenia samodyscypliny, niczego w sierpniu nie zamówić przez internet. Jest już piąty sierpnia i idzie mi nieźle, tylko że CHOLERA JASNA dziś w Trójce redaktor Nogaś mówił o książce, którą absolutnie mieć muszę bez żadnej dyskusji („Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne”). Ale poczekam do września (i niech ręka Boska broni tych, co spróbują mi wykupić).

Sąsiad się znowu odgraża, że ma dla nas pomidory. Z pomidorami i w ogóle przetworami to jest taki problem, że ja je nawet i zrobię – ale mam psychiczną barierę związaną z pasteryzacją słoików. Wydaje mi się, że to jest jakieś bardzo trudne, karkołomne i czasochłonne zajęcie. Od razu przypomina mi się moja Mama, gotująca w wielkim garze z pieluchą na dnie słoiki, z których zawsze któryś pękł i była katastrofa, rozcięta ręka i bardzo dużo zmywania. Że nie wspomnę o np. sławetnej akcji gąsek, z którymi się optykaliśmy do pierwszej w nocy, i chwalić Boga słoiki z gąskami stoją do dziś, uszczuplone może o trzy sztuki. Więc a) najpierw się człowiek urąbie jak diabeł tasmański, żeby następnie b) nie miał kto tego zjadać. To ja dziękuję, mogę zrobić np. słoik konfitury z cebuli do zjadania na bieżąco. A z pomidorów to się zasadzam na salmorejo. To taki prostszy i bardziej gęsty kuzyn gazpacho, w sumie tylko ze zmiksowanych pomidorów i chleba (plus oczywiście czosnek, oliwa, ocet i trochę wody). Bardziej dip, niż zupa, jadłam go z chipsami z bakłażana i smakowało to FENOMENALNIE. W kultowym Almendro 13 podają go z plackami z cukinii do maczania. Ale czy mnie się chce smażyć cukinię?…

Od razu odpowiem, żeby nikogo nie trzymać w niepewności (jakby jeszcze KTOŚ miał złudzenia i / lub niepełną informację): nie chce mi się.

O LETNIM SMUTKU

 

Od tak długiego czasu nie bolała mnie głowa, że normalnie w dupie mi się poprzewracało i przyzwyczaiłam się do tego luksusu. No to od dwóch dni mam jakby wbity metalowy pręt od jednej skroni do drugiej, niegruby – taka elektroda do spawania. Stanowczo protestuję, w końcu lato jeszcze trwa i nie życzę sobie żadnych globusów!

Z nowości, to mam robaki od Hanki. W telefonie. Odkąd udało mi się zapamiętać hasło, to po prostu szaleję z grami na telefon i na chwilę obecną – jak mówią moi ulubieni współcześni dziennikarze publiczni, których co do jednego bym zakuła w dyby na miejskim rynku – mam ich trzy:

– ryby,

– kropki,

– i od niedzieli – robaki.

Z czego ryby są bardzo wymagające, bo pomiędzy wybuchaniem kolejnych plansz trzeba im urządzać akwarium i dawać żreć. Wywierają na mnie taką presję psychiczną, że potrafiłam się na wyjeździe budzić w hotelu w środku nocy, lekko jeszcze napruta, bo przypomniało mi się że przez cały dzień nie karmiłam ryb. Kropki są bardziej luzackie, a przynajmniej nie jedzą.

W weekend N. wydał garden party, podczas którego potwierdziła się stara prawda, że nigdy nie wiadomo co będzie gościom smakowało. Niespodziewanym hitem okazały się ziemniaczki w mundurkach, ugotowane na sposób kanaryjskich papas arrugadas – czyli w małej ilości wody i duuuużo gruboziarnistej soli. Oczywiście smakują trochę inaczej, bo nasze są młode, z delikatną skórką, a tamte – zwykłe stare grule, tylko malutkie i bardzo skrobiowe, takie zwarte. Ale i tak wyszły bardzo smaczne. Kto by pomyślał.

O mały włos a dostałabym od męża koleżanki namiary na handlarza kokainą (jakoś tak nam wyszło z rozmowy, że jak już się narkotyzować, to kokaina podobno najlepsza). Niestety, rozmyślił się i zajął się polowaniem na pokemony. I znowu dupa zbita i kłody pod nogi, a nie kokaina.

Przeczytałam biografię Zeldy Fitzgerald i teraz mi smutno.

PS. A i jeszcze – dostaliśmy od znajomej torbę jabłuszek papierówek. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam papierówki! W ogóle nie jestem owocowa, ale papierówki to co innego. Miałam zrobić mus do naleśników, ale nie zdążyłam, poszły jak woda.

O POTRZEBIE SPONSORA

 

Przed Szczypawki wizytą u doktora nerwy mną targały (narkoza i trzeba podpisywać papier o komplikacjach – można sobie wyobrazić, co to za pożywka dla mojej wyuzdanej wyobraźni), więc zabrałam się za kompulsywne porządki w szafie. No chyba nikt normalny nie bierze się za porządki w szafie TAK PO PROSTU, jak mu żaden stresor nad łbem nie wisi. Wniosek mam jeden: potrzebuję sponsora. Nie takiego z kasą, żeby mnie zabrał na zakupy, wprost przeciwnie. Takiego jak w amerykańskich filmach, do którego dzwonią alkoholicy “Dżon? Właśnie nalałem sobie kielona po dziesięciu latach abstynencji, potrzebuję wsparcia!” i Dżon wspiera. No więc ja potrzebuję sponsora, żeby mi nie pozwolił kupić ANI JEDNEJ SUKIENKI, dopóki nie założę tych z nieobciętymi metkami. Czyli w skrócie – pół szafy, bo kiecki owszem kupuję, a chodzę w dżinsach i podkoszulkach.

Jestem wielką entuzjastką sukienek, niestety nieco platoniczną.Oczywiście kupuję prawie wyłącznie przecenione. Czyli jednocześnie oszczędzam i wspieram gospodarkę, na dobrą sprawę prezesi World Banku i MFW powinni do mnie uczęszczać na korepetycje.

Nevertheless (jedno z moich ulubionych angielskich słówek, zaraz za moreover) (however też lubię, ale Quentin Tarantino je zawłaszczył), taki Dżon bardzo by mi się przydał w chwilach słabości – “Dżon, zrób coś, wiszę na Zalando, zaraz zamknę koszyk i pójdę do kasy!”. Na co Dżon przyjeżdża z piskiem opon i obcina mi łapy w nadgarstkach mieczem samurajskim.

No dobra. Za dużo Quentina.

Sąsiad zaczął doroczne obsypywanie nas pomidorami. Na pierwszą partię mam pomysł, a później to nie wiem. A jeszcze mamy swoje, te malutkie koktajlowe, bardzo słodkie. Może zagramy z N. w tomatinę? (I wtedy już nie będzie odwrotu, trzeba będzie zrobić malowanie i remont łazienki).

O OBYWATELSTWIE UE I NAZWACH KWIATÓW

 

Od wtorku mamy w domu sześć kilo prawomocnego obywatela Unii Europejskiej z ogonem. Zarówno sześć kilo jest z ogonem, jak i obywatel.

IMG_0257

 

Szczypawka przyjęła to, jak zresztą wszystko co ją w życiu spotyka, z niewymuszonym wdziękiem, natomiast do końca dnia słaniała się po narkozie (bo przy okazji miała czyszczone zęby) i nie mogła nic jeść. Wobec czego my tez nie mogliśmy nic jeść, no bo jak, głodnemu psu przed oczami?… Solidarnie kiszki nam grały marsza na trzy głosy.

Następnego dnia rano:

IMG_0254

– Ale dziś już będzie śniadanie?…

Of kors, że było. Nawet z masełkiem. Musimy schudnąć, ale to od jutra.

W międzyczasie kupiliśmy kwiatki do donic ogrodowych. Nie dość że ładne, to w dodatku N. twierdzi, że one chyba specjalnie na mnie tam czekały, bo z nazwy to zupełnie w moim stylu są. A mianowicie NIECIERPKI. No cóż – nie ukrywam, że w jakiś sposób ta nazwa oddaje mój pogląd na otaczającą rzeczywistość. Ale jeśli chodzi o kwiaty ogrodowe, to mam takiego jednego kandydata nie do pobicia – nie dość, że wyglądają ślicznie, to jeszcze nazywają się KOSMOS ONĘTEK. No czy nie absolutny odlot? Niecierpek tez fajny, ale kosmos onętek wygrywa na całej linii. W tym roku oczywiście znowu zapomniałam kupić nasiona, ale w przyszłym już muszę go wysiać.

A poza tym to mam od rana zawał, bo zginął mi komponent do podpisu elektronicznego, ale już się znalazł. Bardzo skomplikowana historia. Zdecydowanie wolę kryminały z trupem (niejednym).