O KRÓWKACH I CELSIUSZACH

 

Na ostatnich zakupach w zeszłym roku kupiłam sobie krówki. Okazały się najstarszymi, najtwardszymi krówkami, jakie w życiu jadłam (w zasadzie  próbowałam jeść). Nawet za ciemnego PRL-u krówki były zwykle ciągnące, a co najwyżej całe kruche, jak im się środek zsiadł, ale nigdy SKAMIENIAŁE (za PRL-u w Żyrardowie było mnóstwo krówek i pysznego ketchupu Rybaka, prosto z Milanówka). Być może były to krówki wydobyte z egipskiego grobowca po 3500 latach, tylko zapomnieli to napisać na metce. Jak słowo daję, nie wiem w jakich warunkach i ILE CZASU musi spędzić krówka Wawela, żeby prawie złamać na niej ząb!… Wiem natomiast, że będę o wiele ostrożniejsza w MarcPolu przy cukierkach na wagę, bo jak widać żarciki ich się trzymają. Może mają cichego udziałowca dentystę, w dzisiejszych czasach nigdy nic nie wiadomo.

A może Wszechświat chciał mi coś przekazać. Jakąś wiadomość. Na przykład:

„Widziałaś może ostatnio swój tyłek? Nie? To idź do łazienki, przejrzyj się w lustrze a następnie zastanów się nad sobą i krówkami, w dowolnej kolejności. Na przykład najpierw nad sobą, a później nad krówkami. Albo na odwrót. Ważne, żebyś wyciągnęła wnioski. Buzi w nosek. Podpisano – Wszechświat”.

Niby z Celsiuszami za oknem trochę lepiej, ale dalej kurde zimno. I dalej jak ten pies, co go baca zastrzelił – zachwycona nie jestem. Szczypawka też nie bardzo, jak otwieram jej drzwi na balkon, żeby wyszła, to patrzy na mnie z miną pod tytułem „Poczekajmy na reinkarnację, zamienimy się miejscami i wtedy pogadamy o siusianiu na zewnątrz w taką pogodę”. I ja ją całkowicie rozumiem.

25 Replies to “O KRÓWKACH I CELSIUSZACH”

  1. Moja piesa w ramach protestu przeciwko kucaniu w śniegu zaczyna opanowywać sikanie po męsku, znaczy po psiemu. Jak bum cyk cyk – podchodzi do drzewa i próbuje zadzierać nogę 🙂 Dżender nie dżender, ale ja ją nawet rozumiem i w pełni popieram.
    Jak już przestanę się śmiać of course.

  2. Mnie niemożebnie wkurwiają te wszystkie krówki SMAKOWE i z dosypywanym badziewiem, typu mak czy sezam. HALO? Toż to wykroczenie, a nie krówka!
    Za to lubię krówki ciemne. Takie jakby ciut przypalone. Ale nie z czekoladą, tylko takie co się dłużej gotowały.
    Oraz te cholerne Hagen Daazsy dulce de leche, z ciągnącą krówką. Niestety zżeram kubełek w dwa dni.

  3. Moje odkrycie z zeszłorocznego pobytu na Mazurach to Krówki Oleckie, z mleczarni w Olecku rzecz jasna. Smak i konsystencja – niebiańskie, zero sztuczności i brak dostępności w W-wie. Przynajmniej ja jeszcze na nie nie trafiłam, a wolę nie zniżać się do zamówienia 5 kg w mleczarni, bo wiecie, co będzie… Ale może ktoś wie, gdzie oleckie kupić?

  4. Niemiłe zaskoczonko z krówką kamienną (może trafiłaś na świeży urobek z kopalni krówek?) nie odebrałoby mi nadziei na konsumpcję. Bo nawet jeśli kamienna, nie należy do zasobów nieodnawialnych. Recykling bym zastosowała. Podgrzała i wyprawiała z krówką w stanie płynnym to wszystko, do czego moje bardziej lub mniej perwersyjne zachcianki by mnie prowokowały 😉

  5. Barb polecam Ci do pary (bo psy lepiej się wychowują w psiej grupie) haszczaka. Mój pieseł przy -18 spał na balkonie i awanturował się kiedy powstał dylemat, czy to jednak aby nie jest jednak za zimno, bo pies pokojowy zasadniczo.
    Wiem, że zabrzmi to jak sajenszfikszyn, ale tarzanie się pieseła w śniegu i długie spacery po lesie są niemożliwie wręcz odprężające.

    Jednak przed użyciem porozmawiaj ze swoim duchem opiekuńczym, gdyż każdy pomysł niewłaściwie stosowany, może zagrażać…

  6. Ja tez rozumiem Szczypawke. Ale i tak ma szczescie, ze nie musi czekac co rano na przystanku, a potem jeszcze na drugim przystanku. Na spózniajace sie wiecznie autobusy.

  7. PRL – a w mieszance wedlowskiej najlepsze były pierotty, albo ewentualnie bajeczne. – Trochę ten komentarz od czapy, ale przypomniało mi się.

    • A mnie nie za bardzo podchodziły Bajeczne i Pierroty, bo są z fistaszkami, a ja fistaszków nie lubię. Za to KAWOWE!… Ach. Ale najczęściej był kurna jeden kawowy na całą paczkę.
      Irysy też pycha. I jeszcze jeden taki pralinowy, chyba Tarragona, ale nie dam głowy.

      • Wczoraj właśnie skuszona ofertą „wszystko za 1 zł” we francuskim hipermarkecie zakupiłam Pierroty. Wieki ich nie jadłam, ale to, co zjadłam wczoraj woła o pomstę do nieba – ciągliwe jakieś było, jakby rozpuścili i z powrotem stężało. Albo nie wiem co, za dużo chemii dolali. No żuło się to jak starą dętkę. I teraz – albo zawsze takie były, ale mam sklerozę, albo idealizuję wiek młodzieńczy, albo zęby już nie te?:D

        • Jeszcze tak dodam a propos psucia wszystkich smaków dzieciństwa – jest jeden, którego się psucie nie ima – Wisełki. Moja miłość ommmmmm, ommmm, ommmm:)

      • Dlaczego ja nic nie wiem o żadnych kawowych? Naprawdę były takie w mieszance wedlowskiej? Nie pamiętam ich. I są nadal? Na bank byłyby moimi ulubionymi. Czuję, że przegrałam życie…

        • No jak! KAWUŚ! Tylko jego zawsze były ilości homeopatyczne. Jeden na paczkę.
          I MANILA, przypomniało mi się – taka karmelowa pralinka.
          Ale nie wiem, czy jeszcze są, bo teraz to jakieś masakryczne dziwolągi tam są – NYGUSEK? KREJZOLKA? Co to ma być w ogóle?

  8. Walczę z sobą od rana, ale raczej polegnę. Za każdym razem jak piszesz o krówkach, to ja natychmiast je kupuję. Tylko, że pewnie Ty bierzesz garść lub dwie, a u mnie musi być minimum kilogram. I je zjadam. Sama. Nie znam umiaru w kwestii krówek 🙁

  9. Solidaryzuję się ze Szczypawką w całej rozciągłości. Taka pogoda, że nic tylko nosa spod koca nie wystawiać. Najlepiej aż do marca.

  10. Ha no do zakupu krówek to ja podchodzę profesjonalnie czyli miętole, macam, naciskam. I niech się inni oburzają. Przy pozostałych artykułach jestem grzeczna i nieśmiało dwoma paluszki wkładam do koszyka. No ale krówka to musi być sprawdzona pod kątem ciągliwości, bo inaczej kasa w błoto, krew w piach itd

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*