O EMIGRACJI DO BRAZYLII


Jak ja mam dosyć tego mrozu, to słów brak. Cały czas chodze naelektryzowana, strzelam prądem, włosy mi sterczą, nienawidzę. Nie pomaga, kiedy N. dzwoni z Portugalii, do której mimochodem się udał, i oznajmia „Kochanie, tu jest dwadzieścia stopniiiiiiii!…”. Rzucam telefonem i idę ryczeć.

Ostatnie dni były bardzo produktywne; najsamprzód jednego wieczora w szacownym pałacu skasowałam właścicielom wszystkie programy telewizyjne – i to naciśnięciem jednego guzika pilota! Został tylko jeden jedyny kanał, na którym leciały wenezuelskie seriale.

I jeśli o mnie chodzi, to bym to zostawiła, bo UWIELBIAM wenezuelskie / kolumbijskie / brazylijskie seriale. Uwielbiam. Wbrew pozorom, one sa o wiele bardziej prawdziwe, niż te wszystkie starannie wymyslone, napisane i zagrane. Zyciowe takie. Przemawiają do mnie. Kiedyś był kanał POLONIA1, na nim leciały te seriale i pamiętam, jak w liceum byłam chora i oglądałam serial i za ciężką cholerę nie mogłam się połapać, o co chodzi. Bałam się, że gorączka bezpowrotnie uszkodziła mi mózg i dlatego nie rozumiem. Tam biegała jakaś aktrisa, niska, cycata, z wielkimi oczami i olbrzymią glową oraz masą loków, i raz wnosiła tacę nakrytą do herbaty, a rózne hrabiny nią pomiatały, a raz – to ona wchodziła w wieczorowej sukni (i z tym wielkim łbem!) i pomiatała róznymi flądrami, a nawet policzkowała facetów!…

Po trzech dniach okazało się, ze to były DWA rózne seriale, puszczali je jeden po drugim, tylko główna aktorka była ta sama i faktycznie, w jednym serialu była Jolandą – pokojówką, a w drugim jak najbardziej Jolandą nadzianą szmalem i koneksjami. Do dziś zostały nam z Zebrą co lepsze dialogi („Kocham cię, Jose – Luiz Fernando, kocham cię, kocham cię!”).

No. Więc zepsułam ten telewizor, ale go naprawili, żeby oglądać mecz, choć żadnego meczu nie było, zatem wszyscy wypili nieco wina i poszli spać, a następnie mój mąż wychodził z pałacu o 5 rano przez okno, bo się spieszył na samolot, a drzwi wejściowe były zamknięte na klucz, a uczynny kolega [KTÓREGO TU NIE WYDAM Z IMIENIA I NAZWISKA], obudzony o tej piatej, w samych gaciach, to okno za nim zamykał. Dwie kondygnacje marmurowymi schodami w dół i w górę w samych gaciach!…

Następnego ranka – hejże ha, pojazdy pozamarzały, i normalnie było jak w tej piosence – „Jechał prezes drogą, śle dworzanina – dzięcioł stuka, dziewczę płacze”. Zakochałam się w ciężarówkach do wożenia kruszywa. Jedno koło wielkości samochodu osobowego (takie tam babskie fintifluszki). Bardzo chce taką jedną mieć, może się nie pokapują na budowie, jak im jedną CICHUTKO wyprowadzę?… Piękne, majestatyczne pojazdy, jak się nawet kogoś na drodze przejedzie, to nie ma śladu, bo normalnie trup w bieżnik wejdzie i po wszystkim. W takim samochodzie bym się czuła bezpiecznie!…

„Wielki smród”, jak sama nazwa wskazuje, dzieje się w XVIII – wiecznym Londynie, który sam w sobie dość cuchnął, a jeszcze większośc akcji przeniesiona została do kanałów odprowadzających nieczystości. Bardzo dobra ksiązka, choć w międzyczasie łyknęłam jeszcze jedną, niechudą, ale czyta się jak woda – „Krystyna Mazurówna – burzliwe życie tancerki”.

Jest to najbardziej bezpretensjonalnie, najzwyklej i najpotoczyściej napisana autobiografia, jaką kiedykolwiek czytałam. Autorka na nic się nie sili, nie wybiela, a to co zdecydowała się opowiedzieć – opisuje szczerze. Na początku trochę mnie raził styl, pensjonarski jakby, ale po kilkunastu stronach przestaje przeszkadzać, może nawet lepiej, że nie jest wydumano – literacki, jak te wspominające swe życie panie lubią czasem przybrać (nostalgia, we mgle, przez okular przecierany – i wszystko z łezką i myszką). O nie, w Mazurównie nie ma nic z nostalgii, to dynamit na szpilkach, kobieta, która w wieku lat 70 (tak, siedemdziesięciu!!!!) wstaje rano z uśmiechem, chodzi na randki w kiecce mini i uważa, że wszystko jeszcze przed nią. No, ale jaka miałaby być kobieta, która odważyła się mieć (nieślubne!!!) dziecko z KTT?…

Dodatkowo, książka jest wizualnie bardzo atrakcyjna, mnóstwo zdjęć i grafika jak ze starego „Przekroju”.

No nic. Jakoś te mrozy trzeba przeżyć, choć naprawdę jestem na skraju jebnięcia drzwiami i wyprowadzki do Brazylii, choć tam z kolei żyje dużo więcej robaków, niż u nas. I bądź tu człowieku mądry.

0 Replies to “O EMIGRACJI DO BRAZYLII”

  1. Światła słonecznego ostatnio jest pod dostatkiem, ale co z tego, skoro trzeba z niego korzystać przez szybę? Ja przez to czuję się jak gekon w akwarium.

    A mokra wiewiórka pachnie jak coś pomiędzy mokrym psem a mokrym kotem. A nie żadna kura. 😛

  2. „Dodawanie witaminy D do chleba mogłoby złagodzić niedobór witaminy D, związany z brakiem światła słonecznego – informuje pismo „Journal of Agricultural and Food Chemistry””

  3. serdecznie polecam autobiografie ozzy’ego osbourne;) ten to dopiero niczego nie ukrywa i pisze swoim jezykiem – nie opierdalajac sie z niczym zbytnio:)

  4. Bo w Brazylii trzeba mieszkać na piętrze i wtedy te robale trochę odpuszczają. Raz tylko miałyśmy karalucha pod prysznicem (ale umarłego) i raz pająka w łazience (BARDZO żywego, choć kalekę). Zawsze jednak znajdzie się ktoś na ulicy kto pomoże unieszkodliwić stwora.

    A brazylijskie seriale są takie prawdziwe, bo są prawdziwe. Oni tam tak mają, ciągle knują i krętaczą :]

    Ale i tak warto. Dlatego marzec spędzam w hamaku, w Salvadorze, stan Bahia :))))

  5. To ja pędzę donieść (uprzejmie), że to zima ponoć ma wyczucie kalendarza i od pierwszego marca będziemy tu mieli słoneczko, upały, raj na ziemi… no dobra, powyżej zera będziemy mileli. To już coś, nie?

    Aha, a Londyn pachnie. Nawet londyńskie podziemia. Pachnie hinduską i arabską kuchnią, mokrymi wiewiórkami i herbatą z mlekiem. 😀

  6. Muszą być życiowe te wszystkie brazyliany, ponieważ tak twierdziła moja Babcia Genowefa, a na czym jak na czym, ale na życiu to się znała mając 94 lata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*