Wrócił – co prawda nie w obiecanym terminie, ale w końcu dotarł; trochę już ostrzyłam łopatę w celu humanitarnego uboju, ale rozeszło się po kościach. Natomiast przywiózł jajko niespodziankę w postaci eleganckiego wirusa, którego naturalnie mi sprzedał – dwa dni miałam gorączkę i śniła mi się księżna Kate kandydująca na Prezydenta USA. I cały czas mam żyletkę w gardle. No po prostu – nic, tylko wysłać starego w delegację pełnomorską. W internecie oczywiście pełno teorii, że teraz wszyscy będziemy umierać na odmrożone wirusy z rozpuszczających się lodowców – no, to chyba właśnie dostałam darmową próbkę.
Dobrze, że przynajmniej gorączka mi przeszła, bo w poniedziałek czołgałam się w malignie i Buka wie, co jest w pracowych dokumentach, które wyprodukowałam. Może mnie aresztują.
A dziś rano o 5.20 Mangusta przyniosła mi w prezencie suszoną dżdżownicę, zaschniętą w kształcie litery W. Zuch dziewczyna.
Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego wszyscy ostatnio tak wciskają aplikacje, a już najbardziej sklepy i platformy zakupowe. Ja nie lubię w aplikacji kupować, gorzej się wyszukuje i nie mam porządnego podglądu, wolę normalnie w sklepie internetowym w laptopie, jak neandertalczyk. No i leżę sobie w tej gorączce i przesuwam kolorowe klocki (świetna gra – przesuwa się klocki o różnych kształtach do wyjścia w ich kolorze; oczywiście na początku jest mało miejsca i niektóre poziomy to oho, ho – ile przy nich jest grzebania – w dodatku jest ograniczony czas, no po prostu miodzio). Przez chwilę coś mi mignęło, bo wiadomo – reklamy, ale może mi się przywidziało w gorączce, przesuwam dalej. Dopiero za jakiś czas odkryłam na swoim koncie w Zalando, że zakupiłam czółenka na słupku, w dodatku rozmiar 40! Jak słowo daję, czółenka to całkiem nie moja bajka, chociaż może na jakieś fikuśne bym się skusiła – ale raczej nie o cztery rozmiary za duże! Na szczęście dało się zamówienie anulować, bo co prawda nigdy nie miałam problemu ze zwrotami w Zalando, ale nie znoszę pakowania i odsyłania, no i po co generować CO2 dla rozmiaru 40. Na słupku.
Za to fervex o smaku malinowym – pycha, chyba będę używać rekreacyjnie w chłodniejsze dni.
Dokładnie Cię rozumiem w kwestii aplikacji zakupowych… Masz taniej, ale najpierw tortury… 😀