O SPACERZE NAD PRZEPAŚCIĄ I PRAWDZIWYCH ZAWROTACH GŁOWY

Przechadzka po Caminito del Rey jest bardzo sensownie zorganizowana, jak większość atrakcji turystycznych w Hiszpanii. Wejście jest od góry i większość trasy prowadzi w dół – jadąc samochodem można podjechać albo pod wejście i tam zostawić samochód na parkingu, albo na dole, przy wyjściu (tak zrobiliśmy). W obu przypadkach korzysta się z autobusu, który albo na początku podwozi nas do wejścia, albo z powrotem do samochodu po przejściu trasy. Do właściwej Caminito, tej z kładkami, trzeba dojść spacerkiem bardzo przyjemnym wąwozem, można skrótem przez tunel wykopany w skale – i tak poszliśmy. Tunel jak tunel, tylko ciemno – ale dno jest piaszczyste, wysprzątane i nie ma się o co potknąć, nawet jak się ma kurzą ślepotę jak ja i nie widzi się w takich warunkach ZUPEŁNIE NIC. Suchy, czysty, nie trzeba się schylać.

Dochodzimy do punktu kontrolnego, gdzie jest toaleta, automaty z napojami i batonikami oraz punkt sprawdzania biletów. Dostaje się kask i krótkie szkolenie BHP – raczej nie wpuszczą w klapkach i na szpilkach, ostrzegam turystów znad Morskiego Oka. Bilety są na określoną godzinę, ale idzie się indywidualnie, w swoim tempie.

Nie cała Caminito jest po kładce przyklejonej do skały – tak z połowę, druga połowa przez las. Ta kładka jest bardzo solidna i jak się specjalnie człowiek nie skupia na tym, co jest pod spodem (bardzo długo nic, a później SKAŁA), to idzie się bez specjalnych sensacji. Faktycznie, te ściany wąwozu robią wrażenie, nad skałami krążą prawdziwe sępy, ale najbardziej stresujące na całej trasie były grupki tamujące ruch i pozujące do miliona zdjęć co pół metra. Co jakiś czas stoi pracownik pilnujący tego całego towarzystwa i pyta się „Todo bien?”. Są ławeczki, jest gdzie usiąść i odsapnąć, zjeść kanapkę albo zawiązać but.

W sumie najgorszy jest most prawie na końcu Caminito – po pierwsze ażurowy, więc nie można sobie wmawiać „Idę sobie po drewnianym pomoście, na na na na” – bo idzie się po metalowej kratce zawieszonej NAD NICZYM i z obu stron ma się NIC (bo ta kładka jest jednym bokiem przy skale i to też pomaga). Po drugie – wiszący i SIĘ BUJA. Przed mostem też stoi umyślny i pilnuje żeby nie wlazło za dużo towarzystwa naraz, ale i tak BUJAŁO. Z całej trasy najgorsze było to bujanie. Zaraz za mostem schodzi się na drogę i jeszcze spacerek do wyjścia, gdzie się oddaje kaski. (Od razu miałam skojarzenie, że liczą te kaski na koniec dnia – ile wydali, ile wróciło, a brakujących szuka się na dole w wąwozie i zbiera dla rodziny to co zostało z nosiciela kasku do słoika po dżemie, ha ha ha). W sumie jakieś dwie godziny całej imprezy, może dwie z kawałkiem.

Jeśli taki kartofel kanapowy jak ja przeszedł tamtędy bez specjalnych sensacji, to znaczy że to nie jest trudna trasa. Na zdjęciach wygląda straszniej, niż jak się tam jest. Na wejściu pytają, czy się nie ma vertigo – ja np. nie lubię stawać na szklanych mostkach nad przepaścią, za nic w świecie nie skoczyłabym na bungee, ale nie miałam po drodze zawrotów głowy albo jakichś lęków (oprócz mostu, na którym sobie kwiknęłam, jak zaczęło bujać).

Vertigo owszem miałam, ale w zupełnie innym miejscu.

Znajomi zabrali nas do Cordoby, żebyśmy koniecznie zwiedzili meczet. Wpadliśmy tam przed samym zamknięciem – meczet jest ogromny, z zewnątrz wygląda jak hala garażowa przy centrum handlowym, ma piękne patio z pomarańczowymi drzewkami, ale kiedy wchodzi się do środka – wpada się w okropny labirynt kolumn z łukami. I w którą stronę się nie spojrzy, tam widać te rzędy kolumn.

Po zdobyciu meczetu pośrodku wsadzili chrześcijańską katedrę, a pod ścianami kaplice, ale ze wszystkich stron jest to otoczone tą sakramencką kolumnadą, w której się natychmiast zgubiłam, zrobiło mi się słabo i dostałam zawrotów głowy. Chciałam powiedzieć N., że muszę wyjść, bo zaraz zemdleję, a ten mi gdzieś przepadł – jak go w końcu znalazłam, to powiedział „Wychodzimy stąd, bo ja nie mogę oddychać”. Czyli nie tylko na mnie to tak podziałało.

Dziwne miejsce, oczywiście na pewno piękne i kunsztowne, co za architektura i tak dalej, ale przedziwna ta atmosfera w środku. Zdecydowanie lepiej się czułam na uliczkach Cordoby, a zwłaszcza w barze na winie, oczywiście.

W jednym barze, jako że cały czas staram się poszerzać słownictwo i w ogóle, a siedziałam przodem do telewizora i leciało coś o piłce nożnej z napisami na paskach, i przeczytałam na głos jeden pasek „Shakira tiene rabo” i pytam N., co to znaczy. Na co on:

– No właśnie oznajmiłaś całej knajpie, że Shakira ma fiuta. Ale nie przejmuj się, jedz swój ser.

No przepraszam, ale na takim etapie jeszcze nie jestem biegła w idiomach i słownictwie potocznym kibiców piłkarskich (i dlaczego niby ona ma tego fiuta?…).

Najsłabsze w tej całej Andaluzji jest to, że większość miast, tych małych też, ma swoje Plaza de Toros, gdzie w sezonie na corridę męczą te biedne byki. Nasz znajomy mówił o nich per „carniceria” (czyli mięsny). No nie pochwalam, nie podoba mi się (nie, żeby Andaluzyjczycy byli ciekawi mojego zdania na ten temat, niemniej jednak).

Wnioski? Nadal wolę północ Hiszpanii. I zdecydowanie lepiej zwiedzać te miejsca poza sezonem, bo w samym szczycie nie wiem, jak jest możliwe cokolwiek tam zobaczyć, zjeść czy zrelaksować się. I tak było sporo ludzi i na przykład do takiego El Pimpi (najpopularniejsza obecnie winiarnia w Maladze, na dodatek pod samym domem Banderasa, który kupił całe najwyższe piętro eleganckiej kamienicy) nie było jak wejść w niedzielę przed obiadem na wino (weszliśmy innego dnia po południu i było drogo i wcale nie jakoś bardzo smacznie).

A do poczytania w drodze zabrałam dwie książki – obie znakomite, ale bynajmniej nierozrywkowe, wręcz bardzo mocno dające do myślenia – „Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” i „Był sobie chłopczyk”.

Oczywiście od razu następnego dnia po naszym wyjeździe było w Maladze dziewiętnaście stopni – wszyscy odetchnęli i udali się na taras pić pajarete. A my ze swojej strony cieszymy się że mamy taki ciepły, OGRZEWANY dom (najgorsze było zakładanie rano lodowatych dżinsów). A Szczypawka znowu utuczona. I polecone do odebrania. Ech… Chociaż na pocieszenie nowego Blade Runnera sobie zamówiłam, bo wyszedł na DVD. Podsumowując – majtki na dupę i do roboty.

 

23 Replies to “O SPACERZE NAD PRZEPAŚCIĄ I PRAWDZIWYCH ZAWROTACH GŁOWY”

    • No właśnie, latem to ja bym tam nie pojechała. A przejść Caminito w 40-stopniowym upale i palącym słońcu to nawet sobie nie wyobrażam.

    • Piękna. Czułam się jak w jakiejś scenografii.
      Ale na szklane balkoniki nie weszłam! I na moście też znacznie przyspieszyłam!

  1. dobrze, że opisałaś.
    to jest coś, czego bardzo żałuję, ale nigdy NIGDY nie przeszłabym tej trasy. ja po kratownicy nie przejdę, jeśli jest zawieszona parę metrów nad ziemią. a po szklanej posadzce mam opory, jeśli pod spodem jest metr do dna:(
    z jednej strony takie rzeczy mnie bardzo pociągają – ale wiem, że mogłabym się w pewnym momencie zblokować i nie wiem, jak by mnie stamtąd ściągali.

    Cordoba jest cudowna. zrobiłam setki zdjęć tych kolumn, robią niesamowite wrażenie.

    • No właśnie zastanawia mnie, co oni zrobią, jak ktoś na trasie dostanie histerii i zacznie szarpać tych pracowników i domagać się, że chce do domu TERAZ NATYCHMIAST. Mają gdzieś śmigłowiec? Czy tylko zastrzyk usypiający w kieszeni? Ciekawa jestem 🙂

  2. Nie oglądaj tego Blade Runner 2049 – Gosling zmasakrował tą rolę doszczętnie!! Android z wyrazem twarzy wymuskanego lowelasa jak gdyby nigdy nic walczy z innym androidem nawet nie uniósłszy brwi. No porażka, żenada i masakra. To już nawet Rachel w pierwszej części czasem się półgębkiem uśmiechnęła (bo myślała, że jest człowiekiem). Nie warto, nie należy i generalnie nie wiem po co niszczyć dobra fabułę takim miernym aktorem.

    • Ale Gosling jest androidem który wie że jest andoidem czy który nie wie, że jest androidem?
      Może być też tak, że jest androidem który nie wie że jest androidem, ale korporacja mu poskąpiła na mięśniach mimicznych, bo wiemy jakie te cholerne korporacje są – akurat cięli koszty i ten model nie dostał mimiki.

      A tak na marginesie, to mi też się ostatnio nie chce ruszać twarzą.

      • Wie, że jest androidem. Tylko, że to jest Ryan Gosling i przez cały film nie da się o tym zapomnieć – niby oglądasz Blade Runnera a widzisz Goslinga i zastanawiasz się co on to k….robi przecież to jest dobry film, to nie miejsce dla takich wymoczków! Jedno wielkie nie. Nawet Jared Leto tego nie uratował. Jednakowy wyraz twarzy Goslinga na wszystko jest bolesny.

  3. Nooooo
    Rabo, to ogon. C’nie? I tutaj gdzie mieszkam (dorzecze Rio La Plata) to nie znaczy, ze ktos ma fiuta….ale nie ma to jak roznice jezykowe miedzy kontynentalnym hiszpanskim a koloniami 😛

    • Tam w przybliżeniu chodzi o to, że Shakira ma męża piłkarza i on niedobrze grał, więc kibice od razu ułożyli piosenkę i śpiewają podczas meczów – że w ich małżeństwie jest na odwrót z płciami, delikatnie mówiąc.

      • Pique jest nielubiany, bo się angażuje w kampanie na rzecz autonomii Katalonii. Nawet jeśli gorzej gra, to tych w Andaluzji to raczej nie rusza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*