O ZIMNIE, SMALCU I DZIEWCZYNIE Z GOŁĘBIEM

Gdzie ja się powinnam zgłosić, żeby zdjąć klątwę (a najlepiej od razu obie – klątwę brzydkiej pogody i niedopieczonych ziemniaków)? Bo że znowu nam zmarzły tyłki to jedno, ale zaspy śniegu które przykryły całą Hiszpanię, a w telewizji na okrągło leciały raporty z zasypanych wiosek, lawina która spadła na pociąg i wojsko przedzierające się przez zaspy z chlebem dla emerytów – to już naprawdę, naprawdę LEKKO przesadziłam.

Mieszkaliśmy na krzywy ryj w apartamencie ciotki i wujka naszych znajomych – wygodnym, w pierwszej linii od morza, NIEOGRZEWANYM. Oczywiście, że nieogrzewanym – jak nam wyjaśnił wuj, tutaj NIE MA takich temperatur, nawet zimą, w związku z tym mieszkania nie są przygotowane. I w ogóle ta pogoda NO ES NORMAL (ha, ha, ileż razy ja już to słyszałam).

Na szczęście, na śniadanie w Maladze tradycyjnie je się przepyszny smalec, który nazywa się zurrapa. Można oczywiście iść na czekoladę z churrosami – też tłusto i rozgrzewająco – ale kto wybiera czekoladę, kiedy można mieć smalec?…

Ta biała miseczka po lewej to zurrapa – smalec, dalej – sobrasada, czyli pasta z surowego mięsa, smalec z przyprawami, marmolada z jabłek i marmolada z marchewki – bardzo interesująca. Do tego dostaje się na tekturze podwójną tostowaną pajdę chleba i kawę albo herbatę (obrzydliwą, no ale kto oprócz mnie pije herbatę w Hiszpanii?). Całe śniadanie kosztuje 2,50 eurasia na osobę i są to znakomicie zainwestowane pieniądze. Ta zurrapa (ten zurrapa?) z przyprawami, z przewagą papryki, została moją nową miłością.

Poza tym, jedzenie jakoś nie rzuciło mnie na kolana; większość przystawek jest smażona, oprócz nabitych na patyk sardynek z grilla. Dobre były adobo – kawałeczki ryby marynowane w kwaśnym, ziołowym sosie i później usmażone, albo chrupiąca ryba z aioli. Przepyszne są pączki z dorszem (i z miodem – tu po arabsku sporo rzeczy polewają miodem, nawet dość kontrowersyjne zdawałoby się zestawienia), oraz absolutny hit wyjazdu – bakłażany, usmażone na chrupiąco, z miodem albo melasą z trzciny cukrowej. Przepyszne. Gdyby nie to, że trudno w domowych warunkach usmażyć bakłażana, żeby nie nasiąkł tłuszczem jak gąbka, to jadłabym to codziennie.

Podobały mi się białe miasteczka – chociaż to już nie są prawdziwe miasteczka, raczej takie odpicowane witryny dla turystów, bez prawdziwych mieszkańców. Mijas z osiołkami, Ronda na skraju klifu (akurat w Rondzie PADAŁ GRAD i przeszła nieduża śnieżyca, więc mało widzieliśmy, ha ha). Okropna marina w Marbelli – same jachty, bentleye i sklepy Hermesa (i Ruscy, naturalnie), ale starówka w Marbelli bardzo ładna. No i Nerja, która też jest bardzo przyjemna na spacer i kawę (dla niektórych wino, znaczy się), ale z Nerja najlepiej zapamiętam coś zgoła innego niż architekturę czy widoki.

Mianowicie, siedzieliśmy sobie nie wadząc nikomu w kawiarni przy placu, a na kamiennej ławce urzędowała dziewczyna z gitarą i dwoma psami. Najpierw wzięła gitarę i wykonała jakiś buntowniczy rockowy utwór, głos miała ładny, więc dorzuciliśmy się do kapelusza. Następnie sypnęła czymś na chodnik i zleciało się stado gołębi; wlazła pomiędzy nie i złapała jednego, wróciła z nim na ławkę i wyciągnęła z plecaka nóż i nożyczki. Na chwilę zrobiło mi się słabo, bo bałam się, że zabiera się za przygotowanie świeżego suszi dla psów albo coś, ale nie – ona, jak u Whartona, tego gołębia opatrywała; dłubała mu coś przy nogach. Traf chciał, że akurat przechodziła wycieczka Japończyków, z których każdy się zatrzymywał, żeby zrobić zdjęcie – jak w Europie robi się publicznie gołębiom manicure (czy raczej pedicure). Na to wszystko lekko zdenerwowały się psy, no bo ten gołąb, tłum Japończyków, więc dla zabicia czasu ten większy jął zapinać tego mniejszego. I tak oto powstał wspaniały żywy obraz andaluzyjskiej sielanki, po prostu jak na planie u Bunuela albo Felliniego.

Gołąb przeżył, bo widziałam jak go wypuszczała.

W kolejnym odcinku: jak przeszłam Caminito del Rey i gdzie można dostać zawrotów głowy. A teraz udaję się na zasłużoną herbatę, która nareszcie nie smakuje jak przepłukana wiązka siana spod osiołka z Mijas.

 

12 Replies to “O ZIMNIE, SMALCU I DZIEWCZYNIE Z GOŁĘBIEM”

  1. Mam zdjęcia z tej mariny z początku stycznia, bo moje dziecko tam na jachcie (cudzym) mieszkało przez tydzień.
    W słońcu i przy 19 stopniach zyskuje, zapewniam Cię 🙂

  2. tam taram, pozdrawia ta, która na początku grudnia poleciała do Nicei. tydzień wcześniej prognozy zapowiadały przyjemne 10-12 stopni. tymczasem wiał mistral, znajomi wylądowali 200 km dalej, a pierwszej nocy spadł śnieg. najwiecej śniegu od 31 lat. więc pozamykali połowę autostrad, bo nie o(d)garnęli.
    a tydzień temu byłam we Włoszech, czy muszę mówić, że w Bolonii lało, a w Sienie było +1? a na górce w Uzzano, gdzie mieszkałam, to nawet -2 i trzeba było skrobać szyby w wynajętym aucie…

    • (a, Ronda! Ronda! co mi przypomina, że w 2010 pojechałam do Andaluzji na Semana Santa. tydzień wcześniej było 40 stopni i lampa. koniec kwietnia. i WTEM. wtem padało tak, że po raz pierwszy od 150 lat odwołali kilka procesji w Sewilli. na szczęście byłam w Maladze, tam byli twardzi, poza tym lało codziennie gdzieś do 15, burze, oberwania chmury, a późnym popołudniem się wypogadzało, więc procesje się odbywały.
      niemniej z tej Rondy mam jedno z ulubionych zdjęć tamtego wyjazdu, jedno z niewielu na zewnątrz, bo LAŁO, prawda. a Nerja ma przepiękne jaskinie).

      • Czyli jest nas więcej! Jakbyśmy połączyły siły, to może można to jakoś wykorzystać? Niekoniecznie do przesunięcia biegunów Ziemi, ale np. drobne opłaty za niepojechanie w danym terminie w określone miejsce?…
        Na pewno można by pomyśleć o jakimś modelu biznesowym 😉

  3. Naprawdę, sprowadziłaś śnieżyce na Hiszpanię?
    Duża rzecz. Podziwiam :)))

    Smalec, śledzie, ruskie i flaki.
    I rydze z patelni.
    I niech się schowają wszystkie czekolady świata :)))

  4. To dobrze wytłumaczył nasz znajomy – na północ jadą turyści – Hiszpanie, a na południe – turyści zagraniczni. W Benalmadena o 9 rano siedzieli w knajpach Anglicy i pili piwo, więc to oczywiste, że te knajpy się do takich klientów dostosowują. Najlepszy obiad zjedliśmy z wujostwem w dzielnicy „mieszkalnej” Malagi oraz w knajpie przy drodze, gdzie się zatrzymują kierowcy i rodziny na obiad (migas! Znakomite migas!).
    Teraz były pustki, ale widać, że oni są przygotowani na obsługę przewalających się setek i tysięcy ludzi w sezonie. Większa część tych białych miasteczek to faktycznie takie dekoracje skrojone pod turystów – szybkie knajpy (w każdej pizza i spaghetti bolognese) i sklepy ze skórzanymi torebkami. Ale miasteczka są zadbane, wysprzątane, odnowione budynki – przynajmniej te pieniądze idą w dobrą stronę (a nie tak jak u nas, do kieszeni szwagra co kroi za parking).
    Ale północ mi się bardziej podoba 🙂

  5. Ale nie wsiadłaś, mam nadzeję, na żadnego z tych biednych osłów? Ja jak zobaczyłam tłustych Amerykanów ładujących swoje ogromne tyłki na te biedaki, chciałam biec i robić aferę. Potem w ramach buntu całą drogę z jakiejś górki lazłam piechotą i zerkałam z ukosa na tych amerykańskich leni.
    Byłam ciekawa twojej opinii o Andaluzji. Jak dla mnie za sztucznie, i za „arabsko” w architekurze. Przeżyłam tam duże rozczarowanie.

  6. Barb, dawaj o tej Drodze Króla! Oglądałam już ją kiedyś w necie, w czasach sprzed remontu (pomimo zakazu oczywiście masy szaleńców chadzały tamtędy), No w ogólności widoki chyba super…? Ronda ma niezły most, z ogromnie wysokimi przesyłami: w jednym z nich było umiejscowione kiedyś wiezienie ;).
    Smalec… Hmmm…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*