O MOCNOJESIENNYCH NASTROJACH I WSTRĘTNYM JEDZENIU

 

Dziś rano – samochód już warczy, N. energicznie skrobie szybę, a ja niezwykle mało energicznie zapinam psu szelki w przedpokoju. Za chwile wpada N:

– Nie ubieraj się jeszcze, bo nie wiem, gdzie położyłem kluczyki od samochodu.

– No ale samochód już warczy.

– No tak, czyli są gdzieś niedaleko – i wybiegł szukać.

Kiedyś świat był prostszy – kluczyk to był kluczyk i trzeba go było wetknąć do stacyjki. A teraz kluczyk to jest nie wiadomo co i można go zgubić nawet jadąc samochodem, co nam się przytrafiło już nie raz – odnajdywał się w kieszeni albo pod fotelem. Że nie wspomnę, ile razy mnie kusiło, żeby je wywalić przez okno w trakcie jazdy i zobaczyć, co się stanie.

Ostatecznie niekluczyki znalazły się na tylnym siedzeniu.

Tak ogólnie to jestem tłusta, ciągle śpiąca i całkowicie gotowa, żeby zapaść w zimowy sen. „AHS Roanoke” do 7 odcinka ładnie trzymało w napięciu (bardzo się bałam iść w nocy do łazienki) i jakoś klapnęło. Mam nadzieję, że wymyślą jeszcze jakiś twist akcji, bo ile można się bać kolesia ze świńskim łbem.

Mieliśmy w weekend jechać nad morze, ale ponieważ ma być zimno i nikomu się nie chce, bo zapieprz w robocie, to N. będzie wędził boczek. Nie dość, że wszystkie wędliny śmierdzą i są śliskie od razu na drugi dzień po kupieniu, to jeszcze ostatnio boczek na jajecznicę najpierw puścił brzydko pachnącą, słoną wodę, a później przykleił się do patelni i zaczął przypalać. N. trafił szlag, wypowiedział na głos opinię na temat polskiego przemysłu spożywczego z mięsnym na czele, no i będziemy mieli boczek własny. I niech ta CETA już wejdzie, może z przynajmniej tej Kanady przywiozą jakieś jedzenie, które nie będzie nafaszerowane solą drogową, nie będzie śmierdziało, ser nie będzie wyprodukowany z pominięciem mleka, sok malinowy – z pominięciem soku z malin… Bo jak słuchałam ostatnio pana z PSL-u, któremu CETA bardzo przeszkadza, bo w Europie jest przecież taaaaaaaaaka wysoka jakość żywności, a wstrętna Kanada to popsuje, to najchętniej bym mu kazała zjeść kilogram śmierdzących parówek z bezmlecznym serem i jogurtem o smaku domestosa z cukrem. Przecież ja nawet chipsy przestałam jeść, bo one już w ogóle nie mają smaku ziemniaka! Myślałam, że może gust mi się zmienił i po prostu przestałam je lubić – ale nie, kupuję je w Hiszpanii i nadal smakują ziemniakami, oliwa i solą.

A w USA mają nowego seryjnego mordercę – to naprawdę jest kraj wielkich możliwości (no i wybory prezydenckie, ale kto by się tam wyborami przejmował, jak ma do wyboru mordercę!).

 

19 Replies to “O MOCNOJESIENNYCH NASTROJACH I WSTRĘTNYM JEDZENIU”

  1. Jeśli chodzi o owoce, warzywa, jajka – mamy z lokalnego targu, działającego od zawsze. Z mięsem gorzej – ten boczek to własnie był od LOKALNEGO PRODUCENTA. Ja nie jem wędlin, ale N. jak sobie od czasu do czasu kupi kawałek od miejscowych sprzedawców w budce, to się z nich leje się woda i śmierdzą na drugi dzień. Mięso mielone (wybrany kawałek mielą przy kliencie) raz jest dobre, a raz śmierdzi. Niby traktują N. jak stałego klienta, co nie przeszkadza wetknąć mu kawałka niedobrego, starego schabu. I serio przerzuciliśmy się z mięsem na supermarket, bo np. sezonowane antrykoty i steki w Biedronce, pakowane każdy osobno, są bardzo dobre. Drób na tackach tez lepszy niż z targu, gdzie te kawałki indyka czy kurczaków są po prostu brudne, niechlujnie poporcjowane. Więc tak, mięso wole kupić w Biedronce, która ma wyższe standardy i wymagania.
    A Biedronkowy boczek w plasterkach co prawda trochę za słony, ale do owinięcia śliweczek i upieczenia w piecyku – NIE MA LEPSZEGO 🙂

    • Kupowałam drób w biedronce do ostatniego weekendu, kiedy to po ugotowaniu rosołu na podudziach z kuraka na drugi dzień, wyciągnięty z lodówki, zaczął walić rybą na cały dom. Nie, to nie była ryba uformowana w kurczaka. To był ponad wszelką wątpliwość kurczak. Miałam dwie porcje z tej samej tacki, za drugim razem się powtórzyło.

  2. Parę dni nie zaglądałam, wchodzę dzisiaj rano, czytam o seryjnym mordercy, myślę sobie: „mocny ten komentarz na temat wyborów w USA, ale w sumie trafiony”, potem się skupiam i otrząsam, że jednak nie. I jakby czuję…nutkę rozczarowania 🙂

  3. Co do jedzenia w Kanadzie to sie nie zgadzam. Mieszkam tu kupe lat i nie mam problemu z zakupem dobrej i zdrowej zywnosci. Trzeba tylko czytac etykiety, a co do drobiu (innego miesa nie jem)i warzyw wystarczy kupowac organic, roznica w cenie
    jest niewielka..

    • Jak wiadomo Kanada jest duzym krajem i w zaleznosci od tego w ktorej prowincji i w jakiej miejscowosci sie mieszka dostep do „zdrowej” zywnosci moze byc rozny. „Organic” czyli produkty ekologiczne jednak sa wszedzie drozsze i w ograniczonym asortymencie. Poza tym, zywnosc wysylana na export do Europy w ramach CETA na pewno nie bedzie „organic” ha ha 😉

  4. Od trzech lat mam swój dom z kawałkiem ziemi, niedużo 700m.kw. I w związku z tym mam też własne warzywa i niektóre owoce, nigdy nie lubiłam grzebania w ziemi ale sytuacja spożywcza wymusza pewne działania. Wędliny mąż wędzi na wsi u rodziców i raczej z tego nie zrezygnuje. Fajnie jest zimą zjeść kiszone ogórki z własnej działki oraz zupę pomidorową ugotowaną z przecieru ze swoich pomidorów. Wszelkie sałatki, keczupy,dżemy oraz kiszonki to normalnie niebo w gębie.

  5. Niestety jedzenie w Kanadzie generalnie pozostawia sobie wiele do zyczenia, a wiem co mowie, bo mieszkam tu ponad 20 lat… Zywnosc kanadyjska zostala zrujnowana przez masowa produkcje.
    Ryby swietne, pod warunkiem ze nie z farm rybnych tylko z polowow. Niezla wolowina… i chyba niestety tyle, bo syropu klonowego chyba nie mozna liczyc. Niby dobry jest bacon, ale czy zdrowy to watpie… Drob jest oczywiscie hodowany na hormonach. Mleko i produkty mleczne ubogie w smaku oraz asortymecnie i az piszcza od antybiotykow i hormonow, ktorymi faszeruje sie krowy mleczne.
    Poza tym, w Kanadzie juz od dawna jest GMO – np. rzepak, buraki cukrowe, soja, kukurydza, a w kolejce czekaja zboza, ziemniaki, jablka i pewnie wiele innych. Co ciekawe, w Kanadzie nie ma obowiazku etykietowania GMO na produktach.
    W supermarketach tak samo jak w USA zywosc jest sztuczna i chemiczna, w ladnych opakowaniach i bez smaku, albo totalnie przesycona sola lub cukrem. Na szczescie jest duzo malych sklepow etnicznych (np. wloskie, balkanskie, indyjskie itp.) gdzie jeszcze mozna kupic cos mniej trujacego oraz dostep do zywnosci ekologicznej.
    Z rozpaczy sama pieke chleb, robie wlasne „wedliny” oraz serki, a maz regularnie lowi ryby.
    Masakra 🙁

    • Ja tam często chodęe i nie narzekam , na jedzeniu znam się. Chodze też gdzie indziej i jakiejs przepaści nie widzę.
      Gdzie polecasz?

  6. Fakt, że o kanadyjskiej żywności wiem tyle, że mają smaczny:
    – bekon, oraz
    – syrop klonowy.
    Bekon lubię, a za syropem klonowym przepadam.
    Jeszcze podobno kawę mają dobrą, ale akurat nie piję.

    Ser w sprayu to nie wiem, ale kupiłam raz u Niemca francuskie rogaliki w tubce (surowe oczywiście). Jak wszystko, co kupiliśmy u Niemca, okazały się wstrętne. Więc chyba nie tylko amerykański przemysł spożywczy jest do dupy.

  7. To jedzenie z Kanady, to obawiam się, jeszcze mniej z jedzeniem będzie miało wspólnego. Serdecznie polecam książki Billa Brysona i jego opinie o amerykańskim przemyśle spożywczym. Co prawda to o usa, ale to jeden pies.
    Choć muszę przyznać, że nie każdy naród potrafiłby wymyślić ser żółty w sprayu. Jest w tym jakaś przewrotna zmyślność.

  8. A ja już WIEM niestety co się stanie jak się nie zabierze kluczyka tak zwanego inteligentnego. Mąż mi kiedyś auto odpalił i poszedł sobie z kluczykiem w kieszeni, a ja pojechałam. Na trzecim skrzyżowaniu auto zaczęło wyć, a na czwartym stanęło. Trzeba było dzwonić po pana męża, dotarł na szczęście po zaledwie kwadransie wstydu.
    A w kwestii boczku- już od dwóch lat wędzimy własny.

    • E, to chyba różnie. Ja kiedyś podwiozłam córkę na przystanek, a sama pojechałam do pracy. Po drodze zreflektowałam się, że córka była w kurtce, w kieszonce której siedziała sobie karta. Zrobiłam rundę po mieście i złapałam ją, jak wysiadała z autobusu. U mnie to chyba byle nie wyłączyć silnika…

  9. No, teraz mogę normalny komentarz napisać, bo już nikt mnie nie ubiegnie (ostatnio mnie ubiegli, ucieszyłam się, a jak skończyłam pisać komentarz, to już ze trzy były, ech życie!)
    Co do jedzenia – mam koleżankę w Kanadzie i zapytałam ją, czy naprawdę to jedzenie mają takie straszne, odpowiedziała mi, że tak, że głównie korzystają z plonów wyhodowanych na działce rodziców i mają nadzieję, że Pan Bóg nad nimi czuwa.
    Jeśli kiedyś przeprowadzimy się na wieś, to będę siać i sadzić co popadnie, a Mąż planuje budowę wędzarni, jednocześnie szydząc z moich rolniczych aspiracji, bo nawet roślinami doniczkowymi się nie zajmuję. Cóż, najwidoczniej potrzebuję rozmachu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*