O OPADACH I KINEMATOGRAFII

 

Internet do mnie mówi „Czy jesteś gotowa na upały?”. Po pierwsze, co to za spoufalanie, GÓWNIARZU, grzeczniej proszę – ja już jestem w tym wieku, że masz do mnie pisać „Szanowna Pani”: „Czy Szanowna Pani jest gotowa na upały?” – otóż, szanowna pani JEST. Jestem gotowa na upały mniej więcej od urodzenia. Chociaż w lipcu jestem gotowa również na deszcz, ponieważ lipiec to miesiąc z największą średnią ilością opadów w Polsce – dowiedziałam się tego kilka lat temu, jak nasi milusińscy z budowy napisali list do inżyniera, że no więc nie robili, albowiem na przykład PADAŁO i bardzo proszą o zmianę harmonogramu czy cośtam. Na co inżynier im odpowiedział, że JAK MIAŁO NIE PADAĆ W LIPCU, skoro to jest miesiąc o największej średniej opadów i żeby on im zaraz nie zmienił harmonogramu na bezrobocie strukturalne, jak się nie wezmą do roboty. No. Zawsze powtarzam, że wiedza nabyta w sposób praktyczny zostaje na zawsze, a ta wystukana gdzieś znika.

N. się uaktywnił kulturalnie i po chyba pół roku nieoglądania filmów, obejrzał ze mną dwa. Oczywiście, skoro on wybierał, to WIADOMO jakie, no ale dobra. Najpierw „Sicario”, z którego dowiedziałam się jednej rzeczy: że można zrobić naprawdę dobry film, który się z przyjemnością ogląda, na podstawie beznadziejnego scenariusza z dziurami tak wielkimi, że przechodzi przez nie słoń z podniesioną trąbą. Serio, gdyby spróbować rozgryźć logikę intrygi, to nic tam się nie klei i nie zgadza, w dodatku Emily Blunt zachowuje się jak rozhisteryzowana dziewucha z podstawówki – albo łazi jak zombie, albo nagle zaczyna się rzucać i smarkać, kompletnie nieadekwatnie do sytuacji. A Benicio del Toro jest bardzo kochany, ale przytył. Ale jest bardzo kochany. I dużo strzela. I muzyka jest dobra.

A później oglądaliśmy „Nienawistną ósemkę”, czyli wszystko wiadomo z góry. Jest Samuel Jackson, jest dużo „however”, a następnie dużo krwi i tkanki mózgowej w wielu malowniczych rozbryzgach. Bez zaskoczeń. No dobra – tym razem nie było ani jednej pary obnażonych damskich stóp, będących jak wiemy fetyszem pana Quentina, ale w sumie nie bardzo by się wpisywały w scenariusz, skoro akcja dzieje się w czasach kolonizacji Terytorium, a na dodatek zimą. Chociaż może gdyby wynajęli scenarzystów „Sicario”, to oni daliby radę upchnąć tam gołe  damskie stopy, bez oglądania się na logikę.

A jeszcze w międzyczasie łyknęłam „Gdzie jest Mia” – może być; dobrze napisana i z nieoczywistym rozwojem akcji. Musiałam sobie zrobić małą przerwę w Tudorach, bo nawet po sfabularyzowaniu Tudorowie są ciężkostrawni jak golonka smażona w głębokim tłuszczu. Z kiszoną kapustą.

Dobra. To czekam na te obiecane upały.

3 Replies to “O OPADACH I KINEMATOGRAFII”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*