O WIOŚNIE I KOZIOŁKACH

No więc.

(Matko, azaliż to wiosna czy co? N. dalej smarcze, ale jakoś weselej, a Szczypawka przyniosła wielkiego, niemrawego żuka i była BARDZO zdziwiona, że nie chcemy go wziąć go gęby i pożuć i powypluwać, jak ona – przecież dobry żuk!… Pierwszy wiosenny).

No więc, Fortitude bardzo dobre i coraz lepsze. Innym okiem od razu człowiek patrzy na obieraczkę do warzyw. Chociaż i tak uważam, że najstraszniejsze co tam do tej pory pokazali, to lutefisk. Przeczytałam przepis na tego lutefiska, zaczynający się od ostrzeżenia, że ryba w ten sposób przyrządzona ma zapach, konsystencję i smak zwłok, które długi czas spędziły w wodzie. Solonego sztokfisza się odsala, a następnie kilka dni moczy w ługu, stąd wspaniały stęchło – mydlany posmak i galaretowato – trupiowoskowa struktura. To już chyba chętniej bym zjadła tego szwedzkiego zaśmiardłego śledzia z puszki z bombażem, którą trzeba otwierać w wiadrze z wodą, żeby upiorny sosik nikogo nie pobrudził, bo zapach jest NIE DO POZBYCIA się. Skandynawowie ogólnie mają coś z głową, jeśli chodzi o kulinaria (te wszystkie ryby na słodko, za to na deser salmiakki), czy to taki ich sposób na podkreślenie, jacy są TWARDZI?

Ale jak to słońce wychodzi, to prawie, PRAWIE przestaję tak bardzo żałować, że nie mamy czasu na wizytę w Madrycie, gdzie są dwadzieścia trzy stopnie i todos siedzą w koszulkach z krótkim rękawkiem przy stolikach na zewnątrz i żłopią winko. Ale bym też usiadła!… Przy winku, z gazetą o torreadorach. Tak, wydają tam – chyba – miesięcznik w całości poświęcony torreadorstwu, w tym wywiady z młodymi obiecującymi kandydatami na torreadorów (mają pryszcze i na oko jakieś trzynaście lat) i za każdym razem obiecuję sobie, że go kupię. (A później nie mam czasu albo jestem zbyt pijana żeby o tym pamiętać).

Oglądam sobie ostatnio filmy Woody Allena i mam dwie refleksje. Po pierwsze, chyba się trochę kocham w Diane Keaton. A po drugie – nie wiem, dlaczego kiedyś uważałam je za nadęte i przeintelektualizowane. Przecież to są strasznie, strasznie śmieszne komedie (za wyjątkiem „Snu Kasandry” oraz „Wszystko gra”, które nie wiem o czym są, bo kończą się w środku).

Jak to mówią – jedna jaskółka nie zwiastuje wiosny, ale Niektórzy mają koziołki zamiast jaskółek i to od razu dwa! Więc to chyba JUŻ – na poważnie (no, jeszcze tradycyjna śnieżyca w Wielkanoc, jak wszyscy będą zasuwać z koszyczkami).

8 Replies to “O WIOŚNIE I KOZIOŁKACH”

  1. Ja generalnie ryb nie lubie, bo śmierdzą rybą, ale mój chłop pod wpływem Norwegów robi śledzie, własnie z cukrem i one są rewelacyjne i każdy kto próbuje z niedowierzaniem jest zachwycony. Sledzie solone trzeba opłukać, zalać kwaśną śmietaną dodać pieprzu i cukru, zostawić na kilka godzin w lodówce i smacznego. Chlebek z maselkiem pasuje ale również ziemniaki w mundurkach. Koziołki u Kanionka przecudnej urody.

  2. Wiosna, nie-wiosna, wszystko jedno, niech już tylko się ta pogoda tak nie waha, bo mi łeb na pół pęknie. Dziś jest nawet ok, ale wczoraj myślałam, że umrę.

    No weź, Madryt to zawsze dobry pomysł. Nawet jak świeci słońce.

  3. Ty… zachciało mi się filmu Allena… Ale Ty jesteś, miałam zrobić przerwę od gapienia się w ekran 😛
    Tak, ja też czekam na śnieg wielkanocny XD

  4. Co do Fortitude zaiste dobre; dzięki za cynk 😉 jednakowoz mną najbardziej wstrząsnął ostatni wymiot we wnętrza rodzicielki 😉 (uwaga spoiler 😉 ) …. Ble… Tak to jest z dzieciakami 😉

  5. i całe szczęście, że jesteś zbyt pijana, żeby go kupić!
    co Ty byś robiła z 13 letnim pryszczatym
    obiecującym kandydatem na torreadora!

    P.S.
    nie, stanowczo nie mogę czytać o tym co oglądasz!
    dobrze że tego jest niewiele, ufff!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*