O KOPCIUSZKU, CO WŁOSZCZYZNĘ PRZEBIERA

 

No i właśnie tak wygląda zima w Galicji. Dziesięć stopni, huraganik i deszcz, nad oceanem do deszczu dochodzi jeszcze rozpylona wiatrem morska woda (i czasem kraby). Z tym, że u nich jednak pada więcej. W Galicji dopiero zobaczyłam co to znaczy, jak deszcz pada ze wszystkich stron. A i tak dziewczyny popylają w taką pogodę w balerinach na gołe nogi i w mieszkaniach nie ma ogrzewania.

Mam pierwsze postanowienie noworoczne: w tym roku wreszcie kupię i przeczytam „Rats, Lice and History”, bo tak się do tej książki zabieram, jak sójka za morze. Z opisu wynika, że jest to „Intriguingly fascinating and entertaining reading for anyone who is interested in how society copes with catastrophe and pain”. A wiadomo, że czytanie o katastrofach to mój konik (garbusek). Naprawdę dziwna była Abby z Ostrego Dyżuru, że nie chciała iść na randkę z Dubenko, kiedy on jej podarował na Gwiazdkę taką piękną książkę.

Teraz czytam „Kruchy dom duszy” Thorwalda i zaprawdę, zaprawdę jest to urocza lektura. Zwłaszcza początki operacji neurochirurgicznych, kiedy to dłubali w mózgu czym się dało, czasem drewnianą szpatułką, czasem  palcami nie do końca umytymi (nie każdy lekarz był zwolennikiem antyseptyki – zupełnie jak dziś). I czasem pacjent przeżył, choć zwykle notatki z takich operacji kończyły się na „Pacjenta żywego odniesiono na łóżko” – bez żadnej kontynuacji, ile czasu pacjent w stanie żywym na tym łóżku spędził (może jakieś pięć minut) i czy kiedykolwiek się z niego podniósł. Skandynawskie kryminały przy tym to Reksio.

W tle męczę „Przebudzenie” Kinga i nie wiem o co chodzi, czy to przez okoliczności, bo zaczęłam czytać przy poszarpanym psie, nie mogłam się skupić i wszystko mi natychmiast wylatywało z głowy. Ale odnoszę wrażenie, że jak na Kinga, niewiele się dzieje (a jestem na 400 stronie) i że jakieś to wymęczone. A może bohater wyjątkowo mi nie leży – uprzejmy i dobrze wychowany heroinista z wielodzietnej kochającej się rodziny, no zaraz się porzygam. Nie chcę się czepiać, ale trochę ciągnie flaka.

Dobra, bo czas ugotować psu risotto (pod groźbą kar cielesnych muszę wydłubywać pora z mrożonej włoszczyzny, bo ona nie lubi – zje, bo jest super grzeczna, ale marszczy swój śliczny nosek i N. mi każe usuwać zielone piórka co do centa). Jak sobie zaraz nie przygarnę czegoś na pocieszenie w Mango, to chyba zwariuję.

14 Replies to “O KOPCIUSZKU, CO WŁOSZCZYZNĘ PRZEBIERA”

  1. Oj podziwiam te dziewczyny, które w deszczu śmigają w tych balerinach 😛 Przyznam się, że ja tak tęsknie za tym obuwiem, że z chęcią bym je nawet i teraz ubrała, hihihi 😛
    Ciekawe lekturki w poście zamieściłaś. Ja właśnie skońćzyłam Zaginiony Symbol Dan’a Brown’a i szukam czegoś kolejnego – chyba zdecyduję się na „Kruchy dom duszy” – brzmi ciekawie.

  2. Będąc na 396 stronie „Przebudzenia” i usiłując ukradkiem usmarkać chusteczkę w publicznej komunikacji doszłam do wniosku, że jeśli na Kingu więcej płaczę niż się boję, to chyba nasze drogi się rozejdą. Ale wiem, że to czcze pogróżki bez pokrycia, bo przeżyliśmy razem ponad 20 lat, a nie wnosi się o rozwód tylko dlatego, że druga osoba zamiast black metalu woli teraz soul 😉 King coraz częściej grawituje w stronę powieści obyczajowej, ale nie zmienia to faktu, że ma doskonały styl i warsztat, za co nadal będę mu wierna.
    Zastanawia mnie natomiast o co chodzi z tą całą elektrycznością. Na cztery przeczytane ostatnio książki w trzech (Kinga, „Apokalipsa Odda” Koontza i „Punkt zero” Cusslera) energia grała główną rolę, a Tesla przewijał się co drugą stronę.

    P.S. Rury rurami, a czy ktoś z Państwa pamięta grę w kropki? Spędziłam na tym całe studia, ale kojarzę tylko, że trzeba było mieć kartkę w kratkę, dwie osoby i dwa różnokolorowe długopisy…

  3. Za czesto Cie chyba czytam, bo snilo mi sie dzisiaj, ze jestem w Hiszpanii, mam tam cos do zalatwienia (nie mam pojecia co:), do czego potrzebuje do pomocy tubylca, a tym tubylcem jestes Ty. W sensie, ze tam mieszkasz. Nie mam pojecia w jakiej miejscowosci, za to okolice moge opisac z detalami.
    No i teraz nie wiem, czy to te wiatry (u Ciebie we wpisie, w Galicji, u mnie za oknem), bo w moim snie tez pizdzilo strasznie, czy ja po prostu urlopu pilnie potrzebuje…w Hiszpanii najlepiej.

    • W tymże mózgowo-dłubaninowym klimacie (ino do oglądania) jest też The Knick, jeśli ktoś nie widział. Superancko pokazane cesarki i próby niezabicia matki i dziecka. 🙂 I ćpun na pewno lepszy niż u Kinga 😉

    • A bo WIESZ CO? Trzeba kupować włoszczyznę Renifer – tam por jest w plastrach, dużych. I łatwo go wywalić. W tej z Hortexu jest posiekany – okropna dłubanina.

  4. ja próbuję dokończyć „Jej wszystkie życia” i jakoś nie mogę. Tak od strony 300 zaczęło mi się dłużyć niemiłosiernie, ileż można wałkować fyfnastą wersję tego samego dnia?

    • A widzisz, a ja lubię tak podłubać i poanalizować, piętnaście wersji i co by było gdyby, poza tym klimat i język mi się podobał bardzo.

      • mi też się bardzo podobało, przez pierwszych 300 stron… A potem się znużyłam i już nie wiem: będzie jakaś puenta czy nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*